Reklama

Reklama

Mia Hansen-Love: To nie tylko złota młodzież i lejący się strumieniami szampan

- Oczywiście, że łatwiej byłoby pokazać kolejną euforyczną kliszę na temat pracy DJ-a. Ale prawda jest taka, że tamte czasy to nie tylko złota młodzież i lejący się strumieniami szampan - mówi Mia Hansen-Love, której film "Eden" o 20 latach z życia francuskiego DJ-a można od piątku oglądać na ekranach polskich kin.

Co zainspirowało cię do opowiedzenia dwudziestu lat z życia DJ-a?

Mia Hansen-Love: - To film Oliviera Assayasa "Something in the Air" ("Apres Mai"), który opowiada historię całego pokolenia przez pryzmat nastoletnich lat reżysera, zmusił mnie do zadania sobie pytania; jaki byłby film o moim pokoleniu, film o młodych ludziach w latach dziewięćdziesiątych, opowiedziany z szerszej perspektywy niż ta z mojego wcześniejszego obrazu "Goodbye First Love"? Historia Svena, mojego brata, który był DJ-em przez dwadzieścia lat i doszedł do końca pewnej drogi w swoim życiu, narodziny rave'u, odkrycie muzyki elektronicznej, światowy sukces nurtu French Touch i pewnego rodzaju rozczarowanie, które doprowadziło go do zmiany trybu życia, wydawały się dobrze ilustrować energię i aspiracje mojego pokolenia.

Reklama

Muzyka house, techno i garażowa, które stanowią tło filmu, to różne twarze ostatniego wielkiego ruchu muzycznego naszych czasów. Czy film o dwudziestu latach, w ciągu których narodziła się i rozkwitła ta scena muzyczna, to dla ciebie sposób na rzucenie światła na tę - czasami błędnie pojmowaną - rewolucję kulturalną?

- "Eden" w założeniu nie jest filmem o French Touch i nie stawia sobie za cel opowiedzenia historii muzyków z tamtych lat. To raczej indywidualna historia. Myślę natomiast, bez popadania w stereotypy, że może ona stać się reprezentacyjną dla pewnego ruchu i epoki, a poprzez jej aspekt ludzki i emocjonalny - może nawet uniwersalną. Równolegle motywowało nas przekonanie, że nie powstał dotychczas żaden film fabularny o narodzinach muzyki elektronicznej. To nam dawało prawdziwego kopa.

- "24 Hour Party People" to owszem dalekie odniesienie do "Edenu", ale dzieje się w innych czasach i innym kraju. Dziewiczość tego tematu była dla nas naprawdę ekscytująca. Mogliśmy go przedstawić w kategoriach success story i na pewno byłoby łatwiej go sfinansować, ale moim zdaniem byłby wtedy mniej przekonujący, straciłby dużo w aspekcie humanistycznym. Dlatego skoncentrowałam się na historii kariery DJ-a, który nie był głównym przedstawicielem nurtu French Touch, który specjalizował się w undergroundzie i grał nie najpopularniejszy rodzaj muzyki elektronicznej.


Jak postrzegasz nurt French Touch, którego główni reprezentanci występują w filmie?

- Nie wiem, czy słusznie, ale uważam, że historia French Touch oddaje specyfikę mojego pokolenia, pokolenia lat dziewięćdziesiątych. Coś w niej lepiej podsumowuje tamtą dekadę niż jakikolwiek inne wydarzenie kulturalne czy polityczne. Sven często mówi, że młodzież wtedy była hedonistyczna. Ja przypominam sobie również uczucie niewinności, niebywałą świeżość w podejściu do świata i życia, obecną w muzyce Daft Punk. Realizowanie swoich marzeń z dzieciństwa, traktowanie imprez i przyjemności jako sensu życia to jednocześnie daremne i ważne pragnienie tamtego pokolenia, które ostatecznie nie stoi w sprzeczności z melancholią. Nie da się imprezować przez piętnaście lat bez negatywnych skutków dla twojego życia. Ziarno melancholii jest tam od samego początku.

Jakie miałaś podejście do ścieżki dźwiękowej? Każdy utwór to właściwie pełnoprawny bohater filmu.

- Sven i ja moglibyśmy mówić godzinami o każdym kawałku w filmie i o tym, co skłoniło nas do wybrania właśnie tych konkretnych numerów. Pisząc scenariusz, myśleliśmy o odpowiedniej ścieżce do każdej sceny, dbaliśmy o konsekwencję i znaczenie muzyki dla filmu. Chcieliśmy i to było dla nas bardzo ważne, aby "Eden" stanowił pewien hołd dla muzyki garażowej. Na każdym etapie: pisania, kręcenia i oczywiście miksowania, zastanawialiśmy się, jak każdy kawałek będzie żył w filmie. Chciałam, żeby muzyka była upostaciowana i obecna, żeby widzowie mogli zrozumieć i poczuć pracę DJ-a. Félix i Hugo przychodzili do Svena kilka tygodni przed zdjęciami na "lekcje" miksowania. Statyści też się postarali. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, by wypracować porozumienie między aktorami, DJ-ami, statystami, kamerą i muzyką.

W filmie co jakiś czas pojawia się legendarny duet Daft Punk, pokazany na różnych etapach ich rosnącej popularności. Jak istotne było wykorzystanie ich muzyki w filmie i pokazanie na ekranie?

- Daft Punk to kwintesencja tamtego okresu. Ich muzyka jest wszechobecna, a mimo to tajemnicza, klubowa i jednocześnie melancholijna - pełna paradoksów jak i sam film. Thomas Bangalter i Guy-Manuel de Homem-Christo wspierali "Eden" od samego początku, wyrażając zgodę na wykorzystanie ich muzyki za jedynie symbolicznym wynagrodzeniem. Zgodzili się również na pokazanie ich w filmie pod warunkiem, że będą pokazani jako ludzie, a nie roboty stworzone przez media. Pojawianie się Daft Punk w filmie pełni też odpowiednią rolę - zestawiają bohatera z upływającym czasem - popularność Daft Punk rośnie w kosmicznym tempie, podczas gdy Paul pozostaje niezmiennie w tym samym punkcie.

Pokazujesz mniej spektakularną stronę bycia DJ-em. Ludzie wyobrażają sobie, że DJ-e żyją od imprezy do imprezy, z kieliszkiem szampana w dłoni. Nie każdy DJ to David Guetta?

- Mój film jest zakotwiczony w rzeczywistości, a nie w świecie fantazji. Oczywiście, że łatwiej byłoby pokazać kolejną euforyczną kliszę na temat pracy DJ-a. Ale prawda jest taka, że tamte czasy to nie tylko złota młodzież i lejący się strumieniami szampan. Chcieliśmy uczciwie przedstawić ten świat, nawet jeśli ludzie wyobrażają sobie lub chcieliby zobaczyć coś innego. Nie sądzę, że pokazanie trudnych lub smutnych momentów w życiu niweluje piękno pracy DJ-ów i muzyki.

Muzyka elektroniczna i clubbing często źle wyglądają na ekranie. Jakich pułapek musiałaś unikać, żeby twój film nie stał się karykaturą tej sceny?

- Często z filmach kluby przedstawione są w ograniczony sposób, zredukowany do kilku klisz. My zadbaliśmy o statystów, oświetlenie, muzykę, reżyserię i montaż scen, w skrócie - o wszystko! Za każdym razem zaczynaliśmy od nowa, szukaliśmy świeżych ujęć i autentyczności niespotykanej w filmach fabularnych. Przede wszystkim chcieliśmy uniknąć klisz, na przykład ujęć statystów tańczących odrobinę za dobrze. To nie jest prawda o klubach. Naprawdę w klubach znajdują się przypadkowi ludzie, nie zawsze najlepiej wystylizowani, czasami znudzeni, czasami pojawiający się tam, by napić się tylko piwa. Chcieliśmy uchwycić wszystkie aspekty klubowego życia. Na imprezach elektro szukaliśmy statystów i prosiliśmy ich o zapoznanie się z muzyką do każdej sceny, ponieważ na imprezy, którymi się inspirowaliśmy, przychodzili ludzie, którzy mieli ścisły związek z tą muzyką. Poza tym mogli tańczyć tak, jak chcieli, byle nie zbyt anachronicznie. Odszukaliśmy też tancerzy breakdance, którzy pojawiali się na imprezach Cheers w La Coupole. Szczery entuzjazm i zaangażowanie statystów było bardzo pomocne nie tylko dla mnie, ale też dla aktorów i DJ-ów.

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Eden | Mia Hansen-Love

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje