Reklama

Mathieu Amalric: Za niski na Bonda

Mathieu Amalric w filmie "Motyl i skafander"

Myśli pan, że musi znaleźć odpowiedź na to pytanie?

Reklama

- Chciałbym kiedyś. To byłoby uczciwe wobec innych i wobec siebie.

Może mając trzy Cezary na koncie, nagrodę w Cannes i mnóstwo wspaniałych nominacji nie trzeba wcale być dla siebie surowym, ani nawet obiektywnym?

- Już widzę tytuł pani wywiadu: "Sukces go zmienił". I byłaby to prawda, każdy sukces zmienia człowieka, tak samo zresztą jak porażka. Z tą różnicą, że porażkę lepiej przeżyć wcześniej niż później, z sukcesem jest na odwrót.

Sukces i porażka, które pana najbardziej zaskoczyły?

- To opowiem pani takie zdarzenie - festiwal w Cannes kilka lat temu otwierał film, w którym zagrałem jedną z głównych ról, pt. "Kobiety mojego życia". Obraz został dość marnie przyjęty, wygwizdano go podczas pokazów prasowych, zjechano w prasie. Z kolei "Barbarę" - wspominany wyżej film w mojej reżyserii - nagrodzono owacją na stojąco. Wszystko podczas jednego festiwalu, projekcje dzieliły dni. Przeżyć tak skrajny odbiór własnych dokonań - choć "Kobiety mojego życia" to film Arnauda Desplechina, ale utożsamiam się z nim - przyznam pani: mocna rzecz. Ale to też lubię w kinie, publiczność bezwzględnie i natychmiast weryfikuje twój talent, pomysł, realizację, możliwości. To piękne, uczciwe i okrutne zarazem. Według mnie festiwale mają w sobie coś z igrzysk. Szybkość reakcji widzów jest porażająca.

Wyobrażam sobie, ile pan pali na takim festiwalu.

- Raczej sobie nie odmawiam. Jak ja tęsknię za kinami, w których można było palić podczas seansów! Ostało się kilka w Paryżu. Jest coś podniosłego, nierealnego w oparach dymu na sali kinowej. To zawsze podbija bajkowość, magię pokazu. Jak by zaraz z tego dymu miały wyjść ekranowe postaci, zstąpić na ziemię.

Byłam raz na takim paryskim seansie. Jeden z widzów wypalił dziurę w fotelu, bo przysnął. Było trochę dymu, włączył się alarm. Właściciel kazał mu płacić za naprawę obicia.

- Może trzeba wymyślić regulamin: palenie dozwolone tylko na filmach, które nie są nudne? Inaczej to się może powtarzać. [śmiech] A ja już wiem, czym mógłbym się zająć na emeryturze: klasyfikacją filmów dla palących lub nie.

Ciekawe, co by się znalazło w tej pierwszej grupie?

- Na pewno seria o Bondzie. Ja spalam pół paczki, gdy oglądam wszystko jedno jaki odcinek! W domu oczywiście.

To pewnie było niczym spełnienie marzeń, gdy dostał pan propozycję zagrania w "007 Quantum of Solace"?

- Trafiło na fana, więc byłem zaszczycony, szczęśliwy. Byłem po czterdziestce, kariery w tym wieku w Hollywood już się nie robi, więc nie traktowałem tego jak trampoliny do sukcesu, czy wyrzutni za granicę.

Wiedział pan od razu, że będzie grał typka spod ciemnej gwiazdy?

- Oczywiście, na Bonda jestem za niski, mam niecałe metr siedemdziesiąt. [śmiech]

No tak, to przynajmniej nie było rozczarowań.

- Żadnych. I tak zapisałem się w dziejach najsłynniejszej sagi filmowej świata. To dało mi wielką satysfakcję, pozafilmową, pozazawodową. Moi synowie są dumni z mojego udziału w tej produkcji. Raz nawet usłyszałem, że w końcu zagrałem w jakimś prawdziwym filmie. Nie jest prosto zasłużyć na uznanie dzieci, więc nie polemizowałem z nimi. Byłem poruszony tą deklaracją, choć do dziś nie wiem, czy powinienem ją traktować w kategoriach odosobnionego komplementu, czy jednak krytyki całego dorobku...

I tak źle i tak niedobrze.

- Nie drążę, bo czasami lepiej nie wiedzieć wszystkiego do końca. To napędzające, być zawieszonym pomiędzy niepewnością a nadzieją.


Wywiad przeprowadzono dzięki pomocy UniFrance (organizacja promująca francuskie filmy poza Francją) w 2019 roku w Paryżu.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Mathieu Amalric

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje