Reklama

Mateusz Pacewicz: Musiałem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę

Mateusz Pacewicz na spotkaniu z twórcami filmu "Boże Ciało" w kinie Iluzjon w Warszawie (29 stycznia 2020)

Nie rozważasz ucieczki do Stanów?

Reklama

- Nie chcę w tym momencie podejmować takiej decyzji. Nie robię z zagranicznych propozycji wielkiej rewolucji życiowej. Chcę mieszkać docelowo raczej w Warszawie, nie planuję dużych wyjazdów. Ale też staram się być otwarty. Taki rok, w którym dwa miesiące spędzałbym w Los Angeles, a pozostałe dziesięć w Europie, byłby dla mnie w porządku. Świat hollywoodzki jest fajny, dobrze traktuje się w nim twórców, wszystko opiera się na budowaniu relacji i zawsze jesteś tam traktowany jak partner do rozmowy.

- To, co mnie najbardziej zniechęca, to samo miasto. Los Angeles jest... cóż, brzydkie (śmiech). Ponadto wszędzie trzeba jeździć samochodem, nie tylko dlatego, że nie ma tam komunikacji miejskiej, ale przede wszystkim dlatego, że chodzenie jest niebezpieczne. Są bardzo duże nierówności społeczne, na ulicach jest mnóstwo bezdomnych i narkomanów. Raz, gdy szedłem chodnikiem, zatrzymał mnie policjant i zapytał, czy wszystko jest ze mną w porządku. To dla nas, Europejczyków, bardzo wyjątkowa sytuacja. W zamian mają cudowną plażę. I w jednej z restauracji spotkałem mojego ukochanego szefa kuchni, którego przepisy próbuję odtwarzać od wielu lat. Los Angeles nie jest miejscem, w którym chciałbym mieszkać, ale mógłbym się tam odnaleźć.

Miasto zwiedziłeś przy okazji wspomnianej już gali oscarowej. Byłeś jednym z niewielu Polaków, którzy mieli szansę uczestniczyć w tej uroczystości.

- I zupełnie szczerze wspominam to jako moment wielkiego niedowierzania. Tak dużego, że dopiero teraz, parę miesięcy po gali, zaczyna to do mnie docierać. Pamiętam taką szczerą myśl, że teraz to wszystko pooglądam, ale zanim zrozumiem i uznam za fakt, minie sporo czasu. Musiałem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Ten przeskok był dla mnie o tyle duży, że ja zaledwie pół roku wcześniej przeżyłem pierwszy publiczny pokaz filmu, który napisałem. Miałem sześć miesięcy, by oswoić się z tym, że coś, co zrobiłem, ujrzało światło dzienne i przejść do etapu gali oscarowej, podczas której słyszę jak Penelope Cruz odczytuje tytuł "Corpus Christi" ze sceny.

- Często jak słyszałem wcześniej w wywiadach relacje ludzi, którzy byli w świecie oscarowym i opowiadali o tym, że "jest to dla nich takie trudne i są tym takie zmęczone", miałem poczucie, że to kokieteria, wydawało mi się to sztuczne i nienaturalne. Dopiero, jak sam znalazłem się w tej sytuacji, pomyślałem "aha, więc to o to chodzi" (śmiech). Janek Komasa powiedział mi przed premierą "Bożego Ciała" takie słowa: "jeśli coś jest dla nas super fajnego, ale też super stresującego, to dla naszego organizmu nie ma znaczenia, że jest to super fajne. Pamiętasz i odczuwasz głównie ten stres". Często mówią też o tym piłkarze. Finał Ligi Mistrzów to jest właśnie taka sytuacja - wychodzisz na murawę i nawet jeśli gra ci się świetnie, grasz i tak ze ściśniętym gardłem. Tak w pewnym sensie było dla mnie z Oscarami. Na szczęście nie wygląda na to, by wkrótce ta oscarowa historia miała się powtórzyć (śmiech). Po tym intensywnym czasie postanowiłem w tym roku skupić się na mniejszych projektach lub na tych, przy których moja rola będzie inna. Choć oczywiście pisanie zawsze będzie dla mnie priorytetem.

A jak podobała ci się sama gala?

- Nie wyniosłem z niej żadnych celebryckich plotek, choć odbyłem parę fajnych rozmów m.in. z Pedro Almodovarem i Joon-ho Bongiem, reżyserem "Parasite". Ten drugi doradził mi, bym oprócz pisania nie rezygnował też z reżyserii. Dużym wyróżnieniem były też zamknięte kolacje dla ekip pięciu filmów nominowanych w kategorii Najlepszy Film Zagraniczny. W porównaniu z nimi, sama gala oscarowa to taki wielki, nieco kiczowaty event z popcornem i reklamami. Często nie czuć tego z perspektywy widza, ale Oscary to jednak impreza masowa. Ekip filmowych jest tam mnóstwo, każda po kilkanaście osób, do tego są stale zapraszani członkowie Akademii. Silne doświadczenie, aż za silne mam wrażenie! (śmiech)

Dowiedz się więcej na temat: Mateusz Pacewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje