Reklama

Reklama

Marzena Trybała: Ważne jest tylko zdrowie

W latach 80. XX wieku grywała zabójcze kokietki, obecnie stawia już tylko na poważne wyzwania. - Jako osoba ambitna zawsze uważałam siebie raczej za aktorkę dramatyczną niż erotyczną - śmieje się Marzena Trybała.

W latach 80. XX wieku grywała zabójcze kokietki, obecnie stawia już tylko na poważne wyzwania. - Jako osoba ambitna zawsze uważałam siebie raczej za aktorkę dramatyczną niż erotyczną - śmieje się Marzena Trybała.
"Marzę dziś o tym, żeby wszyscy moi bliscy (i ja sama) byli zdrowi. Z resztą sobie poradzimy" - mówi Marzena Trybała /AKPA

Zagrała pani ponad 100 ról. Które z nich były kamieniami milowymi?

- Nie chciałabym tego tak określać. To, co potrafię, jest wynikiem pracy z wieloma reżyserami. Każda rola, nawet ta niewymarzona, dodawała coś do mojego "koszyka doświadczeń".

Posiłkowała się pani w filmach doświadczeniem teatralnym?

- Na planie nie ma za dużo czasu na próby i przygotowania. Trzeba więc czerpać z umiejętności, które gromadzi się w wolniejszym trybie pracy, w teatrze. Z kolei film nauczył mnie błyskawicznego koncentrowania się w atmosferze chaosu. Reżyser coś do nas mówi, charakteryzatorka pudruje nam w tym czasie nos, garderobiana czyści szczotką ubranie, a dookoła krzyżują się polecenia dotyczące światła, dźwięku i kabli. Tak do tego przywykłam, że tekstu uczę się zawsze przy włączonym telewizorze albo radiu. (śmiech)

Reklama

Dobrze wspomina pani zdjęcia do filmu "Roman i Magda" (1978) Sylwestra Chęcińskiego?

- To mój ekranowy debiut i pierwsza tak odpowiedzialna rola. Miałam szczęście grać kobietę na różnych etapach życia, która podjęła m.in. próbę samobójczą. Było sporo stresu. Ale Andrzej Seweryn pomógł mi w przyswajaniu zasad pracy przed kamerą.

Spotkała się pani z wieloma wybitnymi reżyserami. Była trema?

- Jeżeli aktorka na starcie wygrywa zdjęcia próbne do głównej roli u Andrzeja Wajdy, to większych emocji już nie trzeba.

Stała się pani ikoną seksu lat 80. Zastanawiała się pani, dlaczego dostawała takie role?

- Jako osoba dość ambitna nie lubiłam ich. Denerwowałam się, że jestem postrzegana przez pryzmat tego, czego sama nie widzę. Uważałam, że jestem aktorką bardziej dramatyczną niż erotyczną. (śmiech) Dopiero z czasem do tego przywykłam...

Fakt, że dostrzegano pani urodę, nie działał jak komplement?

- Uroda na ekranie to głównie zasługa operatora i światła. Nawet z mało urodziwej osoby można zrobić ładną. Ale filmowe piękno to coś innego: emanuje z aktora, jest nieuchwytne i nie da się go nauczyć.

Żałuje pani, że zrezygnowała z roli w "Krajobrazie po bitwie" (1970) Andrzeja Wajdy?

- Nie. Widocznie tak musiało być. Szklanka u mnie zawsze jest do połowy pełna. Wiedziałam, że w scenariuszu jest scena, gdzie zmarła Nina leży, a Tadeusz (Daniel Olbrychski) rozpacza przy jej nagim ciele. Kiedy znalazłam się na planie w tłumie ludzi, którzy w niewybredny sposób komentowali przebieg zdjęć, uświadomiłam sobie, że nie dam rady... Byłam za młoda i zbyt głupia, by pójść do reżysera i powiedzieć: - Proszę mi pomóc przebrnąć przez tę scenę, bo w tej chwili mam ochotę zabrać się i uciec. Nastąpiła przerwa w zdjęciach. Pan Andrzej zastanawiał się, co robić, a ja nie zdawałam sobie sprawy, że mógł to być mój pierwszy i ostatni kontakt z planem filmowym. Rolę Niny ostatecznie zagrała Stasia Celińska. Była znakomita.

A pamięta pani jakieś zabawne zdarzenia z planów filmowych?

- Uwielbiałam się przekomarzać z Janem Łomnickim, kiedy kręciliśmy "Rzekę kłamstwa" (1987). Przyszło mi grać dużo starszą ode mnie Wincentę, musiałam więc poddać się charakteryzacji. Błagałam panią Ewę,  charakteryzatorkę, żeby nie robiła mi zmarszczek klejem, bo jestem uczuleniowcem. Ale reżyser był nieugięty. Argumentował, że większość aktorek dla mniej ciekawych ról poddałoby się znacznie gorszym zabiegom. Na próbę położyli mi klej na jedno oko, które oczywiście spuchło. Wyszło więc na moje i musieli postarzyć mnie szminkami. Potem w jednej ze scen miałam się kąpać w drewnianej balii, ale nikt nie wpadł na to, że dzień wcześniej trzeba było ją namoczyć, żeby była szczelna. Gdy historia z przeciekającą wodą powtórzyła się w ciągu dwóch dni, pan Jan się obraził i na piechotę poszedł do domu. Mimo próśb ekipy nie zawrócił ani nie wsiadł do taksówki. Machał tylko rękami i szedł dalej. Dopiero po kilku kilometrach udało mu się rozładować stres.

Do której ze swoich bohaterek jest pani podobna?

- W pewnym sensie wszystkie coś ze mnie mają. Lubiłam grać Wincentę. Poza tym, że prawdopodobnie podtruwała kolejnych mężów, jest do mnie całkiem podobna. (śmiech)

Na co dziś stawia pani w filmie?

- Nie interesuje mnie już granie dla grania. Czekam na role, które zainteresują mnie na etapie scenariusza, dadzą szansę osobistego wypowiedzenia się, będą inne od tego, co grałam dotąd. Szkoda czasu na powielanie tego, co już było.

Traktuje pani zawód jak misję?

- Nie na darmo nazywa się aktorów lekarzami duszy. (śmiech)

A zdawała sobie pani sprawę z tego, jaki wpływ mogą mieć serialowi bohaterowie na życie telewidzów?

- Absolutnie nie, aż do momentu, gdy w centrum handlowym podeszła do mnie pewna pani i powiedziała, że dzięki mojej roli wróciła do zawodu nauczyciela. Był to największy komplement i zarazem jedna z najważniejszych recenzji mojej pracy. Jednak do tego trzeba tak dobrze napisanych postaci jak Maryla Urbańska w serialu "Pensjonat pod Różą".

W takim razie dlaczego planuje pani zakończyć pracę w "Barwach szczęścia"?

- Ze względu na moje pozostałe zajęcia zawodowe poprosiłam kiedyś produkcję, bym mogła grać postać poboczną. Tak więc od momentu śmierci Marty (Katarzyna Zielińska) mój wątek w sposób naturalny wygasa.

Nad czym obecnie pani pracuje?

- Gram w spektaklu "Bette & Joan" w reż. Sylwestra Biragi w Teatrze Druga Strefa. Jest to opowieść o Joan Crawford i Bette Davis podczas dnia zdjęciowego na planie "Co się zdarzyło Baby Jane?". Serdecznie Państwa zapraszam. Warto też przyjść do Teatru Ateneum na spektakl Macieja Wojtyszki "Fantazja Polska" w reż.  Andrzeja Strzeleckiego. Wcielam się w Helenę Paderewską. To zabawna i inteligentna komedia o tym, jak to panie prezydentowe Paderewska oraz Wilson załatwiły niepodległość Polski przy pomocy tajemnej receptury kremu na zmarszczki.

Pani mąż Jan Greber też jest aktorem. Czy ta sama profesja nie wpływa źle na relacje w małżeństwie?

- Mąż po etapie intensywnej pracy w Teatrze Polskim w Poznaniu, gdzie się poznaliśmy, zdecydował: - Stawiamy na Ciebie. I zajął się zawodem pokrewnym, w którym się spełnia. Czasem mi żal, bo jest świetnym aktorem, ale doceniam tę decyzję. Gdybyśmy nadal oboje robili to samo, dawno już nie bylibyśmy razem.

O czym pani marzy?

- Przede wszystkim o tym, żeby moi bliscy, przyjaciele, pies Kubuś i ja byli zdrowi, bo z resztą sobie poradzimy. Natomiast w planach zawodowych mam granie i chciałabym, żeby te role jedna po drugiej dawały mi radość i satysfakcję.

Rozmawiała Dorota Czerwińska

***

Marzena Trybała urodziła się 16 listopada 1950 roku w Krakowie. Absolwentka krakowskiej PWST (1972). Od 1998 r. związana z Teatrem Ateneum (Warszawa). Świetnie śpiewa. Kocha zwierzęta. W 2014 r. otrzymała Brązowy Medal "Zasłużony Kulturze Gloria Artis". Pamiętamy ją z ról w serialach "Barwy szczęścia", "Na noże", "Pensjonat pod Różą" i "Rzeka kłamstwa" oraz filmów "Bez końca", "Widziadło" i "Przypadek". Jest jedną z bohaterek ilustrowanej książki "Demony seksu" Krzysztofa Tomasika. Jej mąż to aktor Jan Greber.


Tele Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: Marzena Trybała

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL