Marta Prus: Najtrudniej się nie poddawać

W filmie dokumentalnym "Over the Limit" Marta Prus zagląda za kulisy świata gimnastyki artystycznej. Przedstawiając historię 20-letniej Rosjanki Margarity Mamun podczas przygotowań do olimpiady w Rio de Janeiro, opowiada także o morderczych metodach szkoleniowych, które stosują jej trenerki. - Film obejrzały gimnastyczki z wielu krajów i żadna z nich nie była zszokowana tym, co zobaczyła. Zszokowani są ludzie spoza świata sportu - przekonuje reżyserka.

Żeby zrobić autorski film, trzeba być upartym. Nie odpuszczać, nie iść na kompromisy - przekonuje Marta Prus

To już twój czwarty raz na festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie...

Marta Prus: - I tym razem w zupełnie nowej roli, bo jako członek jury filmów krótkometrażowych. Pokazywany jest także "Over the Limit", ale w sekcji pozakonkursowej. Gdy mam film w konkursie odczuwam formę stresu i dlatego udział w wydarzeniach  festiwalowych ograniczam do minimum. Tym razem w pełni korzystam z programu. Jednak bycie w jury to ciężka i niewdzięczna rola. Tym bardziej, że oceniam filmy znajomych.

Reklama

Koszaliński festiwal kojarzy ci się jednak pozytywnie.

- Tak, z trzema nagrodami, które dostałam tu za każdy ze swoich trzech szkolnych dokumentów. To był pierwszy w życiu festiwal, na który pojechałam, po pierwszym roku reżyserii w szkole filmowej w Łodzi. Pamiętam, że wyjechałam na dzień przed zakończeniem festiwalu i dostałam w autobusie telefon, żebym zawróciła. Myślałam, że wszystkich gości o to proszą. Powiedziałam, że nie wrócę, bo muszę pracować nad kolejnym filmem. Wciąż nie zmieniałam zdania, gdy usłyszałam, że dostanę nagrodę. Zupełnie tego nie rozumiałam. Dopiero mama mnie przekonała, żebym wracała, bo taki telefon musi coś oznaczać.

Oznaczał Jantara - główną nagrodę za krótkometrażowy film dokumentalny. Teraz wracasz tu z filmem pełnometrażowym "Over the Limit" - o Rosjance Margaricie Mamun, która przygotowuje się do olimpiady w Rio de Janeiro pod nadzorem dwóch charakternych trenerek. Skąd ten temat?

- Sama byłam kiedyś gimnastyczką, więc temat przyszedł naturalnie. Pamiętałam, że Rosjanki zawsze były najlepszą drużyną na świecie, więc sprawdziłam, co obecnie się u nich dzieje. Znalazłam w internecie pochłaniające informacje o pani Irinie Viner - głównej trenerce reprezentacji Rosji. Pojechałam razem z przyszłym operatorem filmu - Adamem Suzinem do Moskwy, żeby się z nią spotkać. Sam ośrodek szkoleniowy jest zamknięty, ogrodzony drutem kolczastym, dlatego chciałam porozmawiać z panią Iriną podczas zawodów w Moskwie. Udało nam się wkraść na nie tylnymi drzwiami i znaleźliśmy się w samym centrum części dla zawodniczek. Mój tata powtarzał, że w Rosji trzeba wyglądać na silnego i pewnego siebie, więc udawaliśmy, że wcale nie jesteśmy tam przypadkiem. Dostaliśmy się do pani Iriny, ale ona powiedziała "nie". I mówiła "nie" przez trzy kolejne lata, aż udało się ją namówić na film.

Same przygotowania trwały więc trzy lata?

- Tak, tyle czasu trwało przekonywanie pani Iriny, nauka rosyjskiego i pozyskiwanie partnerów. Kolejny rok - zdjęcia w Rosji. Jeszcze jeden - montaż. Łącznie to było pięć lat, a cały czas nie było pewności, że film powstanie, bo bohaterki w każdym momencie mogły znów powiedzieć "nie".

Były chwile, gdy chciałaś zrezygnować?

- Miałam kilka gorszych momentów, ale żeby naprawdę myśleć o rzuceniu tego projektu - nie. Gdybym naprawdę tak pomyślała, to bym to zrobiła. Jakaś siła we mnie mówiła, że muszę to dokończyć.

Udało się!

- Ale przez cały ten proces nie miałam innego życia. Poświęciłam się projektowi w zupełności, co nie jest do końca zdrowe. A napięcie, które panowało w drużynie bohaterek udzieliło się także i mi. Było więc wiele stresu.

Co sprawiło wam najwięcej trudności?

- Głównie zmagania międzyludzkie - bo bohaterka, Rita, nie zawsze chciała współpracować i nie rozumiała, po co ten film powstaje. A że jestem dość ambitna, to wszystkie takie niepowodzenia odbierałam bardzo osobiście. Bałam się, że nic z tego nie będzie. Praca przy filmie, w którym w grę wchodzą tak duże pieniądze, to całkiem nowa sytuacja i nowe doświadczenie. Ten projekt był dla mnie ważną lekcją.

To o tyle ciekawe, że przy twoim poprzednim dokumencie - "Mów do mnie" sytuacja była odwrotna. Twój bohater - uzależniony od marihuany Krzysztof - zakochał się w tobie... Tu spotkałaś się z obojętnością.

- I na początku bardzo się cieszyłam, że po tym wydarzeniu z "Mów do mnie", które było czymś zupełnie przeciwnym, między mną, a Ritą jest dystans. Środowisko rosyjskich gimnastyczek jest prestiżowe, wysoko usytuowane społecznie, z innym podejściem do rzeczywistości, więc przestała w grę wchodzić kwestia odpowiedzialności za człowieka. 

Rita często mówiła "nie"?

- Przed wyjazdem na Igrzyska, gdy emocje i napięcie w drużynie były ogromne, Rita miała nas dość. Zaczęła nas unikać. Trzeba było być bardzo ostrożnym.

Udzielały ci się jej emocje?

- Z racji trzyletnich przygotowań wiedziałam już dobrze, czego mogę się spodziewać i jakie sytuacje mogą mieć miejsce, nie przeżywałam ich więc za każdym razem. Tak samo traktowała to Rita. Były nieliczne sytuacje, gdy podchodziłam do niej i pytałam, czy wszystko z nią w porządku, a ona zawsze była tym zniesmaczona. Nie lubiła, gdy ktoś traktował ją jak ofiarę. Zdarzało się jednak, że mocno przeżywałam to, co się z nią dzieje - nawet nie wtedy, gdy któraś z trenerek na nią krzyczała, ale na przykład podczas jej startów. Potrafiłam płakać i jednocześnie filmować. To świat, w którym panuje gigantyczna presja i tę presję czuje każdy. Napięcie udzielało się więc zarówno mi, jak i Adamowi, mojemu operatorowi.

Nie pomogły twoje własne doświadczenia z gimnastyką?

- Średnio, bo nasza rzeczywistość ma się nijak do rzeczywistości rosyjskiej. To było dla mnie coś zupełnie nowego. Dlatego też ten film zrobiłam - bo ciekawi mnie to, czego nie znam.

Metody treningu Rity zszokowały cię? Jej trenerki, Irina i Amina, bywają bowiem bezwzględne. Ich wrzaski i wyzwiska przypominają nieco metodę ćwiczeń muzyków z nominowanego do Oscara filmu "Whiplash" Damiena Chazelle.

- Nie wiem dlaczego, ale to akurat nie był dla mnie szok. Może dlatego, że się tego spodziewałam? U nas w Polsce też za mojego dzieciństwa metody krzyku czy bicia jeszcze się pojawiały. To taka mentalność bloku wschodniego. Żadna z gimnastyczek na całym świecie nie była zszokowana tym, co widziała w filmie. Zszokowani są ludzie spoza świata sportu.

Bohaterki nie miały oporów przed kamerą?

- To są osoby obyte z kamerą. A poza tym - one się w żaden sposób z nami nie liczyły. Nie zmieniłyby swojej metody pracy ze względu na to, że jest kamera. Do tego po wszystkich pracach nad filmem mogły powiedzieć, że się na niego nie zgadzają. To była złożona pozycja dla mnie, jako reżysera filmu. Z jednej strony to ignorowanie było dobre, bo bohaterki działały według swoich porządków, z drugiej strony trudno mi było robić film o człowieku, z którym nie jestem blisko.

Rita, Amina i Irina widziały gotowy film?

- Tak. I nie miały uwag. Jedynie pani Irina, która w Rosji jest osobą bardzo wysoko postawioną, multimiliarderką, na początku oburzyła się na przekleństwa, których używa. Nawet wyłączyła film. Ale potem udało się ją przekonać, by oglądała dalej i na końcu powiedziała, że chce pokazać ten film w telewizji rosyjskiej, bo tak jej się spodobał. Nie wróciła już do przekleństw. Rita z kolei przez cały seans płakała. I na kilku innych pokazach też płakała. W domu też ma ten film i ponoć też płacze. Mówi, że dzięki niemu może zobaczyć, jakie to było ciężkie, bo podczas roku przygotowań była tak pochłonięta swoją pracą, że nie zauważała, co dzieje się wokół niej.

Razem z Adamem Suzinem, operatorem, udało wam się podejść na planie naprawdę blisko niej...

- Między mną a Ritą nie było głębokiej przyjaźni, ale była mimo wszystko duża wyrozumiałość i zaufanie. Podczas zawodów ona i jej trenerki były tak skupione na swojej pracy, że nie zauważały naszej kamery. Podobnie było na treningach. My staraliśmy się również szanować jej pracę, przestrzeń i dzięki temu wypracowaliśmy sobie rodzaj współżycia. Czasem chciałam więcej - żeby Rita częściej nas zauważała i częściej z nami rozmawiała po zdjęciach. To dopiero przyszło w momencie, gdy film został ukończony.

Po "Over the Limit" jesteś w stanie powiedzieć, co jest największym wyzwaniem stojącym przed filmowcem - debiutantem?

- Chyba najtrudniejsze w tym procesie jest rozciągnięcie w czasie. Skąd czerpać siły na pracę trwającą pięć lat, której efekt jest niepewny? Jak to zrobić, by wierzyć, że ten wysiłek na końcu się opłaci?

Trzeba być bardzo upartym, żeby zadebiutować?

- Myślę, że w ogóle żeby zrobić autorski film, trzeba być upartym. Nie odpuszczać, nie iść na kompromisy. Jeśli czuje się, że coś będzie dobre dla filmu, to iść w tę stronę, niezależnie od konsekwencji.

Rozmawiał Adrian Luzar

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje