Reklama

Maria Kowalska: Kameleon chwil

Za jedno z największych objawień aktorskich tego roku można uznać Marię Kowalską, która w serialu "Pod powierzchnią" błyszczy nie mniej niż Magdalena Boczarska i Bartłomiej Topa. W prawdziwym życiu bliżej jej do poetki, niż buntowniczej Oli, w którą się wciela.

Myślę, że wielką sztuką jest móc nazwać się artystą codzienności - przekonuje Maria Kowalska

Kim jest Maria Kowalska? Tak mało o tobie wiemy.

Reklama

Maria Kowalska: - Obawiam się, że nie znam odpowiedzi na to podchwytliwe pytanie i szczerze mówiąc, mam nadzieję nigdy nie poznać - to oznaczałoby, że przestałam patrzeć, widzieć i podziwiać świat, który zmienia się z sekundy na sekundę, a ja razem z nim. Jestem rozdziałem książki, którego nie dokończyłam, jestem jednominutowym spóźnieniem na autobus, jestem zapachem świeżo parzonej kawy, którą właśnie kosztuję. A jak nasze spotkanie dobiegnie końca i będę zmuszona opuścić tę przytulną kawiarenkę, ponownie stanę się warszawskim jesiennym popołudniem, które poodmraża mi koniuszki palców. Jestem zmianą, kameleonem chwil - tak bym się określiła.

Och, zaskoczyłaś mnie tym poetyckim ujęciem samej siebie. A jakie są podstawowe, niezaprzeczalne fakty?

- Mam 22 lata, urodziłam się w Wadowicach, a wychowałam w leżącej nieopodal wiosce - Łękawicy. Jestem studentką IV roku łódzkiej szkoły filmowej, gdzie obecnie mam nadzieje zacząć pracę nad spektaklem dyplomowym.

Czy miałaś jakiś plan B poza aktorstwem?

- Tak, miałam zostać lekarzem i przez długi czas był to nawet plan A. W liceum chodziłam do klasy biologiczno-chemicznej z rozszerzoną matematyką, ale w momencie, kiedy dostałam się do szkół aktorskich w Krakowie i Łodzi, marzenia o medycynie odeszły na dalszy plan.

Jak udało ci się pogodzić studia z pracą na planie "Pod powierzchnią"?

- Pierwsze trzy lata w filmówce są bardzo intensywne i trudno wtedy pogodzić studia z pracą, ale ja miałam to szczęście, że casting do serialu rozpoczął się pod koniec mojego trzeciego roku. Pierwszy etap przesłuchania odbył się w szkole. Plan filmowy serialu był przewidziany na okres wakacji, więc udało mi się uniknąć konfliktu między studiami i tak dużym projektem. Teraz przy pracy nad dyplomem można wygospodarować nieco większą ilość czasu na aktywność pozauczelnianą.

Dostałaś jedną z głównych ról w serialu, który reżyseruje Borys Lankosz, a partnerują ci takie tuzy jak Bartłomiej Topa, Łukasz Simlat i Magdalena Boczarska. Czy był to dla ciebie skok na głęboką wodę?

- Tak, ale ja lubię głęboką wodę - w przenośni i dosłownie. Kocham pływać, nurkować, uprawiać windsurfing. Żywioł wody jest dla mnie czymś niewiarygodnym, czymś, co z jednej strony uczy pokory, a z drugiej uświadamia, jak wiele ograniczeń funkcjonuje tylko i wyłącznie w naszych ludzkich głowach. Lubię przekraczać granice, odnajdywać się w nowych, często trudnych sytuacjach. Nie paraliżuje mnie to, ale motywuje. Jeśli podróżować, to na koniec świata! Jestem totalna w tym, co robię.

Uprawiasz windsurfing?

- Ukończyłam kurs windsurfingu dwa lata temu. Pływałam trochę w Egipcie. Sądziłam, że poświęcę surfowaniu ostatnie wakacje, ale pojawił się serial. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przy okazji pracy nad serialem zaoferowano mi kurs nurkowania głębinowego. Zrobiłam go i odkryłam kolejną pasję. Siłą trzeba było wyciągać mnie z wody (śmiech). Mam taką przypadłość, że uwielbiam robić kursy. Kurs na prawo jazdy był jedną z większych przygód, jakie przeżyłam... Szczególnie, że dwa dni po otrzymaniu dokumentu dachowałam... (śmiech)

Z kolei na planie filmowym przeszłaś kurs sztuki kochania w obiektywie kamery. Miałaś wiele miłosnych scen z Bartkiem Topą. Jakie triki stosowaliście, żeby przedstawić zbliżenie kochanków?

- Wydaje mi się, że relacja miłosna między Olą i Bartkiem została przedstawiona w serialu z dużym wyczuciem, bez - często myślę zbędnej w takich scenach - nadmiernej dosłowności. Efekt, jaki widzimy na ekranie, nie odbiega też w sposób znaczący od atmosfery, w jakiej te ujęcia były kręcone. Ekipa podążała za nami, z tego względu, że trudno jest wyreżyserować tak intymne sytuacje. Każde ujęcie jest inne.

Co twoim zdaniem popchnęło Olę w ramiona dużo starszego dyrektora szkoły?

- Dla mnie ich relacja nie jest fanaberią. Widzę w tym krzyk dziewczyny, która czuje się potwornie samotna. W scenie nad Wisłą, w momencie, kiedy ktoś ratuje ją przed napaścią, poświęca jej chwilę swojego czasu, mimo że nie musi tego robić, jest to dla niej odurzające. Bartek jest też dla Oli substytutem ojca, bo swojego prawdziwego zna bardzo słabo i jest z nim skonfliktowana.

Czy gdy byłaś licealistką, tak jak Ola przechodziłaś okres burzy i naporu?

- Nie do końca, buntowałam się, ale na swój własny sposób. Moją złość, energię spożytkowałam chyba w sporcie. W szkole grałam w koszykówkę, najczęściej jako atakująca, uprawiałam też piłkę ręczną i byłam w sekcji pływackiej. Szczególnie w gimnazjum byłam bardzo aktywna sportowo, później już nie miałam na to aż tyle czasu. Na boisku czy basenie mogłam walczyć do przysłowiowej "ostatniej kropli krwi", natomiast w życiu starałam się i staram nadal słuchać, nie atakować.

Czy wcielając się w buntowniczkę, zgodziłaś się podgolić jedną ze skroni? Czy to było związane z rolą?

- Zaproponowano mi taką zmianę przed zdjęciami. Zgodziłam się. Poczułam, że mogę to dla Oli zrobić. Poddałam się impulsowi. Golimy! Włosy już trochę odrosły. Widzisz, jak dobrze potrafię maskować tę krótszą stronę (śmiech). Prywatnie nie mam potrzeby emanowania swoim buntem na zewnątrz. Lubię sobie robić tatuaże na duszy. To jest dla mnie bardziej nęcące.

Mam poczucie, że wyrażasz swoje emocje nie tylko poprzez sport, ale i słowo pisane. Na twoim Instagramie znalazłem odniesienie do Virginii Woolf...

- Kocham Virginię Woolf! Kiedy mieszkałam przez jakiś czas w Londynie, podążałam nieustannie jej śladami. Czasami mam tak jak Virginia - siadam i przez dłuższą chwilę zapadam się w sobie. Napisałam fragment swojej sztuki, którą mam nadzieję skończyć, jednak najbardziej lubię pisać do kogoś, konstruując takie wiadomości, listy, które zawierają sugestywne opisy. Ubolewam, że muszę teraz szybko odpisywać i nie mam czasu na zabawę słowem.

Prawdziwa artystka z ciebie!

- Myślę, że wielką sztuką jest móc nazwać się artystą codzienności, koneserem chwil. Często z tego nie korzystamy. Wydaje nam się, że pójdziemy do teatru, do galerii sztuki, nakręcimy film i dopiero to zasługuje na miano czegoś artystycznego, a przecież sztuka rodzi się tu i teraz. Już to, że się spotkaliśmy i możemy porozmawiać, przekłada się na to, że tworzymy nową rzeczywistość.

Rozmawiał Andrzej Grabarczuk (PAP Life)


PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Pod powierzchnią (serial) | Maria Kowalska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje