Reklama

Marcin Wrona o "Demonie": Pomiędzy światami

- Zależało mi, by to był film zawieszony w "bezczasie", w estetyce pomiędzy światami - przeszłością i teraźniejszością - mówił przed śmiercią Marcin Wrona, opisując "Demona". Ostatni film reżysera wejdzie na ekrany polskich kin 16 października.

Moim zamierzeniem przy tym filmie, było wyzbycie się wszelkich tanich trików współczesnego kina - mówił o "Demonie" Marcin Wrona

"Demon" to pana trzeci film fabularny. Wydaje się on nieco odmienny od poprzedniej twórczości. Czy istnieje jednak jakieś powiązanie tego obrazu z "Chrztem" i "Moją krwią"?

Reklama

Marcin Wrona: - Ten film jest stylistycznie zupełnie inny niż poprzednie moje produkcje. Wynika to z odmiennego tematu, który podyktował taki, a nie inny styl opowiadania. Są jednak elementy dramaturgiczne wspólne wszystkim obrazom: zawsze główny bohater ofiarowuje siebie dla większej sprawy: w "Mojej krwi" było to potomstwo, w "Chrzcie" rodzina, wreszcie w "Demonie" - społeczność. Zawsze też, wszystkie wątki skupiają się podczas rodzinnej ceremonii.

W głównej roli zagrał Itay Tiran - uznany europejski aktor, o którym zrobiło się głośno za sprawą nagrodzonego Złotym Lwem na festiwalu filmowym w Wenecji "Libanu". Jak udało się pozyskać gwiazdę takiego formatu do "Demona"?

- Pomysł, żeby główną rolę zagrał aktor z Izraela pojawił się dość wcześnie. Miałem poczucie, że dzięki takiemu obsadzeniu roli Pytona - żyjącego w Wielkiej Brytanii imigranta z polskimi korzeniami, "Demon" zyska dodatkowe piętro. Nie dopowiadając zbyt wiele, osiągnę wrażenie, które jest też ważne dla odbioru filmu. W tym czasie, kiedy o tym myślałem, okazało się, że Itay był w Polsce i grał w innym filmie. Spotkaliśmy się, dość szybko nawiązaliśmy dobry kontakt, myślę też, że przede wszystkim wyzwanie, jakie stawiała przed aktorem taka rola, było pociągające. Potem na festiwalu w Hajfie poznaliśmy jego agentkę Perry Kafri i tak doszło do współpracy. Myślę jednak, że zawsze w wypadku każdego aktora (niezależnie jakiego formatu jest to gwiazda), decydującym czynnikiem jest, czy propozycja stawia przed nim nowe zadania i zmusza do podjęcia artystycznego ryzyka.

W pana filmie zobaczymy również Tomasza Schuchardta i Adama Woronowicza - obaj zagrali również w "Chrzcie". Czy tak jak Wojciech Smarzowski zaczyna pan mieć swoich ulubionych aktorów, których będziemy mogli oglądać w kolejnych pana filmach?

- Tak, lubię pracować z aktorami, którzy lubią mój świat i nigdy wcześniej mnie nie zawiedli, a wręcz zaskoczyli, grając swoje role lepiej niż mogłem wcześniej założyć. Przy czym najważniejsze jest, że na każdą postać i rolę, trzeba mieć osobny pomysł. I to staram się robić, traktując każdego jak odrębny "kosmos". Ważne jest też, by nie składać aktorom propozycji podobnych ról, które już mają w swoim dorobku. Zawsze staram się odkryć w aktorze nową twarz, pomóc mu ją znaleźć czy też sprowokować to nowe aktorskie "ja". Jest fantastycznym przeżyciem obserwowanie procesu, kiedy to się wydarza. Oczywiście najlepiej kiedy dzieje się to przed kamerą.

Motyw wesela to temat mocno zakorzeniony w polskiej kulturze. Podejmowali go Andrzej Wajda w swoim filmie z 1972 roku czy wspomniany już Wojciech Smarzowski. Czy inspirował się pan ich twórczością? Dlaczego wesele pasowało panu do "Demona"?

- Wesele jest ceremonią nacechowaną specjalną symboliką oraz kontekstami obecnymi w polskiej kulturze. W  "Demonie" spełnia też rolę łączącą małżeństwo dwóch światów: przeszłości z teraźniejszością, martwych z żywymi, nowego ze starym, wesela z pogrzebem. Przypomina o pewnej pokoleniowej kontynuacji i tkwiących w nas zadrach. Oprócz odniesień do "Wesela" Wyspiańskiego czy "Dziadów", przede wszystkim jest tu "Dybuk" An-skiego (czyli chasydzki wariant "Romea i Julii"). Może pobrzmiewają echa Iwaszkiewicza ("Panny z Wilka"). Akurat z wszystkimi tymi utworami miał do czynienia Andrzej Wajda. Może więc jego twórczość ma tu pewien wpływ. "Dziady", "Wesele" czy "Dybuk" zawierają dość wyraźne wątki mistyczne oraz zmarłych powracających niczym dybuki, by zainterweniować w świecie współczesnych. Ten motyw najbardziej mnie ciekawił i inspirował.

W filmie oprócz plejady gwiazd czy świetnej scenografii możemy podziwiać również rzadką dla polskiego kina pracę operatora kamery. Chodzi głównie o niespotykane zazwyczaj szerokie kadry pokazujące rozległe plenery - skąd pomysł, aby w "Demonie" znalazły się takie "niepolskie" ujęcia?

- Zdjęcia do filmu zrobił mój przyjaciel jeszcze z czasów pierwszego roku szkoły filmowej, Paweł Flis. Cieszę się, że ten temat, scenografia Anny Wunderlich i kostiumy Oli Staszko pozwoliły mu pokazać pełnię swoich możliwości. I zrobić film momentami bardzo malarski. Nie inspirowaliśmy się żadnymi konkretnymi filmami. Chciałem, żeby to był film opowiedziany niejako staroświecko, w poetyce czasów świetności kina epickiego, czyli lat 70. W szerokich, bogato zakomponowanych kadrach, z centralnie umiejscowionym bohaterem, z pełnymi rozmachu inscenizacyjnego scenami. W większości w zatrzymanych kadrach, trochę jak w rodzinnym albumie ze starymi fotografiami. Naszym zamierzeniem przy tym filmie, było wyzbycie się wszelkich tanich trików współczesnego kina, nie faszerowania obrazu efektami specjalnymi, często przeeksploatowanymi popisami grafiki 3D. Zależało mi, by to był taki film zawieszony w "bezczasie", w estetyce pomiędzy światami - przeszłością i teraźniejszością.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Wrona | Demon (film)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje