Reklama

Małgorzata Zajączkowska: Gorycz mam za sobą

Spędziła w Nowym Jorku 19 lat. Lubiła energię miasta, które nigdy nie śpi. Tam pracowała z największymi: Woody Allenem, Glenn Close czy Anjelicą Huston. Tam też urodził się jej syn, Marcel. Ostatecznie wróciła do Warszawy i jest szczęśliwa.

Nie wyjechałam z kraju robić karierę - wspomina Małgorzata Zajączkowska

Kim według ciebie jest aktor? Potrafiłabyś odpowiedzieć na to pytanie 40 lat po obronie dyplomu?

Reklama

Małgorzata Zajączkowska: - Jeżeli zapytasz, kim jest lekarz albo nauczyciel, odpowiedź będzie prosta. A aktor? To ktoś, kto raz przenosi cię w świat myślenia, a kiedy indziej daje o tym myśleniu zapomnieć. Kiedy szłam do szkoły, chciałam być artystką. Na studiach nauczyłam się rzemiosła, bo przede wszystkim jesteśmy rzemieślnikami, a artystami tylko bywamy.

Dzisiaj nadal dyplom jest aktorowi potrzebny?

- Uważam, że tak. Natomiast stopień magistra nie, ponieważ to jest szkoła zawodowa. Jeśli chcesz mieć magistra, możesz go sobie zrobić na teatrologii albo filmoznawstwie.

Byłabyś dobrym nauczycielem?

- Przez rok wykładałam w szkole teatralnej. To był bardzo fajny czas. Uczyłam Marcina Hycnara i Piotrka Głowackiego. Lubię to robić. Ja uczę jednego, a studenci uczą mnie czegoś innego. Zachodzi cudowna wywiana doświadczeń i energii.

A podobno za młodu w ogóle nie chciałaś być aktorką.

- Chciałam zostać lekarzem. W dodatku chirurgiem. Bo mnie to kręciło!

Dlaczego więc nie poszłaś na medycynę?

- Spotkałam chłopaka, który szedł na ASP. Opowiedział mi z taką pasją, że chce być artystą. Po tym wyznaniu nie odczułam bólu z powodu zerwania z medycyną. Potem byłam już w Teatrze Narodowym. 

Studiowałaś na jednym roku z Joanną Pacułą?

- Tak, z Aśką i z Lilianą Głąbczyńską-Komorowską. Wszystkie pofrunęłyście w świat. Liliana mieszka w Kanadzie, Joanna w Stanach. Wyjechałam na dziewięć dni do Paryża i już nie wróciłam. W Polsce ogłoszono wtedy stan wojenny.

Przypadek?

- Tak, bo ja nie wyjechałam z kraju robić karierę. Jeszcze będąc w Paryżu, zakochałam się. Mój przyszły mąż chciał lecieć do Nowego Jorku, więc pojechałam za nim. Znalazłam się tam. Byłam w ciąży i wtedy Agnieszka Holland, z którą pracowałam przy filmie "Zdjęcia próbne", poleciła mnie do filmu "Wrogowie" w reżyserii Paula Mazursky'ego.

A ja słyszałam, że miałaś tupet i sama do niego napisałaś, że chcesz zagrać z Anjelicą Huston.

- Nie wiem, czy to był tupet? Dostałam adres Paula od Agnieszki Holland. Na jego prośbę wysłałam zdjęcie i CV. Nie napisałam tylko, że jestem w ciąży, bo to by mogło zaburzyć mój perfekcyjny obraz. Zanim ostatecznie spotkałam się z Paulem, miałam 20-minutową rozmowę z jego asystentką. Chciała się zorientować, czy sobie poradzę.

Zagrałaś w ciąży?

- Mój syn zdążył się urodzić, zanim ktokolwiek z produkcji skontaktował się ze mną. Pierwsze spotkanie z agentką Paula odbyłam, kiedy Marcel miał trzy tygodnie. No i wszystko zaczęło się od tego filmu. Zgłosili się do mnie różni agenci. Zrobiłam dwa filmy z Glenn Close, "Sarę" i "Skowronka", serial "Wszystkie moje dzieci". Przyjęłam sceniczne nazwisko Margaret Sophie Stein. Potem zagrałam u Woody Allena w "Strzałach na Broadwayu" i trafiłam na... Broadway.

Jak to możliwe, że młoda polska aktorka dotarła w to legendarne miejsce?

- Mój agent załatwiał mi role filmowe i telewizyjne, ale teatru się bałam. Nie wiedziałam, czy sobie poradzę, grając na scenie po angielsku. Pewnego razu bawiłam na jakimś bankiecie. Poznałam tam węgierską aktorkę, która widziała moje filmy. Pogratulowała mi kariery, ale szybko dodała: - Szkoda, że teatr jest dla ciebie zamknięty. Zapytałam, dlaczego. Powiedziała, że z powodu silnego akcentu. Na drugi dzień zadzwoniłam do agenta: - Słuchaj, wiesz co, chyba jestem gotowa na teatr. I wysłał mnie na przesłuchanie, ale nie wspomniał, że chodzi o Broadway.

- Ponieważ casting odbywał się w piwnicy, byłam przekonana, że to taki Off Broadway. Nie wiedziałam nawet, jaka jest obsada. Niespodziewanie dostałam się na drugie przesłuchanie. Poszłam do innej piwnicy, ale tym razem za stołem siedzieli panowie w garniturach. Scenę czytał ze mną jakiś facet w czarnych spodnich i w białej koszuli, dość potężny. Widocznie długo się skupiałam, bo w końcu powiedział:  - Długo będziemy czekać? Byłam wściekła. Odparłam: - Zaczniemy, jak będę gotowa. Okazało się, że to był Frank Langella, którego ja ze zdenerwowania nie rozpoznałam. Strasznie mu się to spodobało. (śmiech)

Masz poczucie, że spełniły się twoje marzenia?

- Tak, te najwspanialsze.

Po powrocie do Polski rodzimych producentów pociągało, z kim pracowałaś? Woody Allen w CV robił wrażenie?

- Bardzo to ludzi interesowało, szczególnie na przyjęciach. Nawet kiedy szłam do dyrektorów teatrów na rozmowę, wszyscy pytali mnie o te wielkie nazwiska, ale nikt nie miał na mnie pomysłu. Moje zawodowe doświadczenie w Ameryce długo nie przekładało się na propozycje pracy w Polsce.

Dlaczego nie wykorzystano tego, czego się tam nauczyłaś?

- Nie wiem, nie oceniam. Gorycz mam za sobą. Sama zaczęłam produkować, prowadzę też warsztaty aktorskie na Scenie Kameralnej Teatru Wielkiego Opery Narodowej. Dyrektorem programu jest Anna Sapiego. Należę do osób, które prowokują zdarzenia i działam!

Gdy cztery lata temu zagrałaś w filmie "Noc Walpurgi"  Marcina Bortkiewicza, byłaś tuż przed 60-tką. Rola przyniosła ci nagrody i satysfakcję. Mówiłaś nawet, że to twój najważniejszy film.

- W tym okresie mojego życia na pewno. To taka rola, przy której można użyć wszystkiego, czego się uczyłaś, a co już zardzewiało i wymagało naoliwienia. Dała mi poczucie, że wciąż mogę coś kreować.

Czyli przyszła do ciebie w odpowiednim czasie?

- Tak. Była jak wielki dar. Teraz robimy z Marcinem następny film i znowu będę musiała, jak ja to mówię, ulepić moją bohaterkę. To coś fantastycznego!

Rozmawiała Beata Banasiewicz

Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Małgorzata Zajączkowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje