Reklama

Małgorzata Szumowska i Michał Englert: Potrzeba nieoczywistości

- Bohaterowie naszego filmu potrzebują uzdrowiciela. To rola, którą kiedyś spełniał w Polsce Kościół - powiedzieli PAP Małgorzata Szumowska i Michał Englert, twórcy "Śniegu już nigdy nie będzie".

MIchał Englert i Małgorzata Szumowska na weneckiej premierze filmu "Śniegu już nigdy nie będzie"

Głównym bohaterem opowieści jest urodzony kilka lat po katastrofie w Czarnobylu, obdarzony bioenergoterapeutycznymi zdolnościami Ukrainiec Żenia, który przyjeżdża do Polski w celach zarobkowych. Mężczyzna otrzymuje zezwolenie na pobyt i rozpoczyna pracę jako masażysta na zamieszkiwanym przez bogaczy zamkniętym osiedlu. Z przenośnym łóżkiem odwiedza rodziny, których członkowie pomimo materialnego dostatku czują się nieszczęśliwi. Są samotni, brakuje im zimy, jaką pamiętają z czasów dzieciństwa, i bliskich, którzy odeszli. Dzięki hipnozie Żenia prowadzi ich do magicznego lasu, w którym konfrontują się ze swoimi lękami i z potrzebami.

Reklama

"Śniegu już nigdy nie będzie" to opowieść, która przez pryzmat mieszkańców luksusowego podwarszawskiego osiedla porusza kwestie zmian klimatycznych, samotności, głodu prawdziwej bliskości, tęsknoty za metafizyką. Poprzez ten film chcieli państwo sprowokować dyskusję o zmianach, jakie przechodzi Europa?

Małgorzata Szumowska: - Na pewno tak. W tym filmie opowiadamy o polskim, podwarszawskim osiedlu, ale staramy się również, żeby była to opowieść o Europie i o tym, że żyjemy w szalenie dziwnych czasach. Dowodem na to jest choćby pandemia koronawirusa, którego nie widać, a który stanowi zagrożenie. Niewidocznym zagrożeniem był wybuch w elektrowni jądrowej w Czarnobylu, o którym wspominamy. Teraz są nim zmiany klimatu, powolne obumieranie planety. Stąd właśnie przewrotny tytuł "Śniegu już nigdy nie będzie". Pokazujemy współczesnych ludzi, którzy skupili się tylko i wyłącznie na konsumpcji i na tym, żeby "mieć", a nie "być". Tymczasem ja byłam zawsze uczona przez rodziców, że najważniejsze jest "być", a nie "mieć". Nie wiem, na ile to we mnie zostało, natomiast opowiadamy o tym, jak świat potrzebuje wyimka nieoczywistości.

Tę nieokreśloną przestrzeń duchową ukazują państwo poprzez magiczny, ciemny las, do którego bohaterowie przenoszą się dzięki Żeni. Kontrastuje on z jasnością wnętrz, w których zazwyczaj przebywają. Tutaj czas wydaje się zwalniać.

Michał Englert: - Zaproponowałem Małgośce ogólną dynamikę warstwy wizualnej, a jej się ten pomysł spodobał. Tam nie ma wartości stałych, wszystko jest płynne. Tak jak zmienia się czas w scenach, tak samo zmienia się perspektywa dźwięku, światła. Mamy nadzieję, że to będzie oddziaływało również na widza, stymulowało jego wrażenia. Zależało nam, żeby pozostawić mu czas na refleksję, na moment, kiedy jesteśmy sami ze sobą, bez jakichkolwiek bodźców zewnętrznych. Wtedy panuje cisza i można zadać sobie pytanie, kim właściwie się jest, czego się pragnie. Żenia jest przewodnikiem do tej zony, do której nasi bohaterowie podświadomie się przenoszą.

Małgorzata Szumowska: - Las jest w pewnym sensie symbolem śmierci i miejsca spokoju, którego wszyscy potrzebujemy. W każdym z nas drzemie jakiś lęk. Współczesność, w której mamy do czynienia z konkurencją, podziałem na klasy społeczne, jest tak intensywna, ostra, że życie staje się opresyjne. Choć bohaterowie "Śniegu..." żyją w bardzo dobrych warunkach, ciągle się do siebie nawzajem porównują - kto jest lepszy, kto ma więcej. To ich męczy. Potrzebują uzdrowiciela, który przyjedzie i zdejmie ten ciężar z ich barków. To rola, którą kiedyś, w czasach komuny, spełniał w Polsce Kościół, a która już się skończyła. Teraz ci ludzie błąkają się i szukają nowych opiekunów duchowych, spowiedników.

W tym filmie w jakimś sensie powracają państwo do tematyki podejmowanej w "Body/Ciało" - poszukiwania duchowości, relacji ciała i ducha, tego, jak ciało ujawnia nasze lęki, pragnienia, tęsknoty. Z czego zrodziła się ta potrzeba?

Małgorzata Szumowska: - Mieliśmy pomysł na film o duchowości i powrót do tamtej tematyki, ponieważ wydaje nam się ona najbliższa. Być może sami odczuwamy głód czegoś podobnego. Życie jest zbyt krótkie na to, żeby siedzieć na kanapie i oglądać seriale albo wykonywać coś tylko i wyłącznie po to, by popchnąć swoją karierę do przodu albo zarabiać pieniądze. Ono jest też po to, żeby dotknąć spraw nieoczywistych. Dlatego chcieliśmy zrobić film, który zanurzy się ponownie w tę sferę. Podjęliśmy taką próbę. Sądzę, że powoli wytyczamy sobie drogę artystyczną, którą chcielibyśmy podążać. Podoba nam się w kinie operowanie formą, niedopowiedzenia. Dla mnie kino nie jest tylko opowiadaniem historii, bo było ich bardzo wiele. Ważne jest, jak ją opowiem. Podoba mi się poetyka snu.

Michał Englert: - Chcieliśmy zrobić film, który nie jest łatwo sklasyfikować gatunkowo, który rozwija się w widzu w czasie i wzbudza refleksję. Nie chodzi o odpowiedź na wszystkie pytania, ale przestrzeń do własnej interpretacji. Tu, gdzie jest magia kina, fajnie, gdy coś jest niezrozumiałe i kiełkuje w człowieku.

PAP

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje