Reklama

Małgorzata Pieczyńska: Tu jest moje serce

Znakomita aktorka filmowa i teatralna Małgorzata Pieczyńska od lat żyje i pracuje w Szwecji, ale regularnie bywa w Polsce. Uwielbia grać w rodzimych produkcjach. To tu ma przyjaciół z dzieciństwa i najpiękniejsze wspomnienia.

Żyję sobie "w rozkroku nad Bałtykiem" - mówi Małgorzata Pieczyńska

Choć od lat mieszka pani w Sztokholmie, wciąż oglądamy panią w polskich produkcjach. Ma pani spory kawałek drogi do pracy.

Reklama

Małgorzata Pieczyńska: - Samolot leci półtorej godziny, to żaden problem. Przyjemność grania dla polskiego widza jest tak niesamowita, że trudno jej się oprzeć. Swojski klimat, sami znajomi, no i publiczność, która okazuje serdeczność na każdym kroku. Taka sytuacja to marzenie każdego aktora!

Widzowie polubili Aleksandrę Chodakowską, w którą wciela się pani w serialu "M jak miłość". To wzorowa mama i babcia.

- A wcale tak nie miało być! Wywalczyłam sobie to jej ludzkie oblicze. Scenarzyści chcieli zrobić z niej straszną zołzę, wścibską i irytującą. Wskutek kompromisu mamy babkę z biglem i dystansem, a jednocześnie zaangażowaną w życie rodzinne. Staramy się z Mikołajem Roznerskim ocieplać jej wizerunek. Nawet, gdy przesadnie wtrąca się w sprawy innych.

Wkrótce wystąpi pani w serialu "Zawsze warto", który pojawi się jesienią na antenie Polsatu.

- Akcja rozgrywa się w środowisku prawniczym, co gwarantuje różnorodność spraw i błyskotliwe dialogi. Tu również mam przyjemność pracować w doborowym towarzystwie. Mojego męża-adwokata gra Mariusz Bonaszewski, a dzieci: Weronika Rosati i Bartłomiej Kotschedoff. To wspaniali, uzdolnieni ludzie na światowym poziomie. A wiem coś o tym, bo jednak głównie pracuję za granicą.

W czym teraz?

- W 2. serii kultowego szwedzkiego serialu "Zanim umrzemy". Praca jest intensywna, a rola interesująca - wcielam się w szefową mafii. Co ciekawe, o ile w Polsce grywam głównie postaci pozytywne, o tyle w Skandynawii raczej czarne charaktery. Niedawno, w produkcji zatytułowanej "Honor", wystąpiłam jako burdelmama! Pierwszy raz w życiu przyszło mi zmierzyć się z tak kontrowersyjnym wyzwaniem. No i proszę sobie wyobrazić, jak ja tam wyglądałam! Ale bywają i inne role, jak choćby najnowsza, w serialu, do którego zdjęcia zacznę w połowie marca. Będzie to ekranizacja powieści "Bäckström" Leifa GW Perssona, gdzie wystąpię jako wybitna kryminolożka. Czyli jednak idę w kierunku światła.

Mówi pani biegle po szwedzku?

- Tak, choć nie było łatwo. Uczyłam się u dykcjonisty, bo moim marzeniem była praca w sztokholmskim teatrze. Wiedziałam, że jest dobrze, kiedy poradziłam sobie z dużą, dramatyczną rolą, pisaną jedenastozgłoskowcem. Jednocześnie grywałam w filmach i telenowelach, co dało mi popularność. Mój syn, wówczas jeszcze mały, zachwycał się, że jestem najsłynniejszą mamą w szkole! Bawiło mnie to, a jednocześnie dało satysfakcję.

Jak to się stało, że ułożyła sobie pani życie po drugiej stronie Bałtyku?

- W 1986 roku pojechaliśmy z "Jeziorem Bodeńskim" na festiwal do Sztokholmu. Tam poznałam mojego męża Gabrysia Wróblewskiego. Mieliśmy za sobą nieudane związki, z czego wyciągnęliśmy wnioski. Dlatego jestem zwolenniczką teorii, że za mąż powinno się wychodzić od razu po raz drugi! Udało nam się stworzyć kochającą się rodzinę. Jesteśmy razem od 33 lat! No i mamy 28-letniego syna Victora, który wyrósł na wartościowego człowieka.

Czym się zajmuje?

- Działa na rzecz opuszczonych dzieci w Salwadorze. Zbudował sierociniec, organizuje w nim zajęcia dydaktyczne i opiekuńcze. W dużej mierze finansuje to przedsięwzięcie. Jestem pod wrażeniem jego zaangażowania w tę szlachetną walkę, którą realizuje z dużą konsekwencją. Tego korczakowskiego ducha odziedziczył po dziadkach. Ojciec męża, Misza Wróblewski, był bliskim współpracownikiem Janusza Korczaka. Cudem ocalał. Po wojnie z babcią Zofią stworzyli Międzynarodowy Komitet Korczakowski. W działania Victora angażuje się jego dziewczyna. Gdy widzę, jak ich to cieszy, sama jestem szczęśliwa. Trochę mniej entuzjazmu wykazuje mąż. Jego sceptycyzm wynika stąd, że jest człowiekiem pragmatycznym, który mocno stąpa po ziemi.

A jednak ożenił się z artystką!

- I jest moim najwierniejszym fanem! (śmiech)

Myślą państwo czasami o powrocie do kraju?

- Trudna sprawa. W Szwecji jesteśmy zakorzenieni. Poza tym, uwielbiam Sztokholm. To miasto dające wspaniałe możliwości rekreacji. Latem sporty wodne, zimą biegówki i jazda na łyżwach po zamarzniętych jeziorach. Sztokholm nie był dotknięty wojną, więc i od strony architektonicznej jest atrakcyjny. Mimo tych zalet, tylko w Warszawie czuję się naprawdę u siebie. Jestem ze Śródmieścia, tu się urodziłam i dorastałam. Moi rówieśnicy porobili kariery, są lekarzami, adwokatami... Gdzie się nie obejrzę, tam kogoś znam. To daje niezwykłe, swojskie poczucie bezpieczeństwa.

- I choć w Szwecji otacza mnie wielu bliskich ludzi, to takich koleżanek z podwórka, z przedszkola lub szkoły nigdy tam nie będę miała. Chciałoby się powiedzieć: prawdziwych przyjaciół poznaje się w młodości. Tego zawsze będzie mi tam brakowało. Dlatego tak chętnie tu wracam, nie tylko do pracy. Polska to kraj, który wygląda dziś zupełnie inaczej niż w latach 80., gdy z niego wyjeżdżałam. I żyję sobie, jak mówię, "w rozkroku nad Bałtykiem". Tak już musi być.

Rozmawiała Jolanta Majewska-Machaj

Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Małgorzata Pieczyńska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje