Reklama

Reklama

Maciej Musiałowski: Nie tylko aktorstwo

Na początku roku oglądaliśmy go w głośnym filmie Jana Komasy "Sala samobójców. Hejter", teraz na ekrany kin wchodzi "Polot", w którym Maciej Musiałowski ponownie kreuje na ekranie główną rolę. - Nie daję się zwariować. Czuję się spokojny, spełniłem swoje marzenie, idę dalej po swoje w tym zawodzie - przyznaje aktor w rozmowie z Mateuszem Demskim. I dodaje, że życie nie kończy się na aktorstwie. - Wciąż ważnym planem w moim życiu jest wyjazd na studia do Stanów. Tam chciałbym trochę posiedzieć, poznać ciekawych ludzi, poromansować - deklaruje Musiałowski.

Maciej Musiałowski

"Polot" Michała Wnuka to chyba pierwszy film, który podejmuje próbę pochylenia się nad polskim środowiskiem startupowym. Zastawiam się, czy kiedykolwiek wśród rówieśników spotkałeś się z planami rozkręcenia własnego biznesu.

Maciej Musiałowski: - Nie, ale być może to zależy od środowiska. Akurat większość moich licealnych znajomych celowała raczej w świat sztuki. Chcieli zostać operatorami, malarzami, muzykami i artystami przeróżnej maści profesji. Z tego, co wiem, większość dobrze poradziła sobie z tym okresem wynajdywania własnej ścieżki, ale oczywiście nie każdemu się powiodło. W ogóle z perspektywy lat mam takie poczucie, że ta młodzieńcza energia, niezależnie od dziedziny czy kierunku, nie zawsze wytrzymuje. Że często te nasze ambicje są dość brutalnie redukowane przez życie.  

Reklama

No właśnie - "Polot" można czytać jako taką opowieść o młodzieńczych ideałach, które drastycznie zderzają się z ekonomiczną rzeczywistością. Ale ja tu widzę również historię o więzach krwi. O tym, jak na zawodowej ścieżce podążamy śladem swoich rodziców.

- Na tym polega chyba uniwersalność tego filmu. To opowieść o dorastaniu i pewnych emblematach nieodłącznie związanych z tym czasem, kiedy stajemy przed wyborem życiowej ścieżki. Ale masz rację, że jest to w pewnym sensie również film o tym, że pochodzenie ma fundamentalne znaczenie w procesie kształtowania naszej osobowości. Życie Karola, bohatera "Polotu", jest przecież silnie związane z rodzinną miejscowością, gdzie praktycznie wszyscy mieli coś wspólnego z lotniskiem lub tamtejszą fabryką szybowców. Jego dziadek latał z Watta-Skrzydlewskim, ojciec służył w siłach powietrznych i został instruktorem lotnictwa, matka też potrafi usiąść za sterami. To, gdzie się rodzimy, w dość definitywny sposób określa nasze perspektywy społeczne i zawodowe.

Domyślam się, że twoja rodzina też miała duży wpływ na to, kim dzisiaj jesteś.

- Oczywiście. Moje artystyczne pasje na pewno zostały mi zaszczepione w domu. Od dziada pradziada w naszej rodzinie było dużo sztuki, moi dziadkowie tańczyli i śpiewali, co dawało im dużo radości. Ich krew, ich wspomnienie są nadal we mnie obecne i to jest dar, za który jestem wdzięczny. Ale nie możemy też zrzucać wszystkiego na geny. Są przecież ludzie, którzy wywodzą się z domów artystycznych, ale nie chcą kontynuować tej tradycji. Aktorstwo jest więc tak samo, a może nawet bardziej, moją zasługą. Mojej indywidualnej pasji i takiego niepowstrzymanego pragnienia, by tworzyć.

Wracając jednak do "Polotu" - jak przygotowywałeś się do roli Karola, młodego, przedsiębiorczego wizjonera, który marzy o rozkręceniu własnego biznesu? Odnoszę wrażenie, że ten film wymagał zupełnie innego wachlarza środków wyrazu i emocji od tych, którymi posłużyłeś się w "Hejterze".

- Zawsze jest tak, że budując rolę, szukam cech wspólnych z bohaterem, a jeżeli ich nie ma, to obdarzamy go po prostu swoimi doświadczeniami. Każdy projekt zaczyna się od postaci napisanej na papierze, która nie ma ciała i duszy, nie ma też wspomnień, przeszłości, żadnego błysku. Wszystkim tym mogę zająć się ja i to ode mnie zależy, z czego tego bohatera ulepię i czym go obdarzę. W przypadku Tomka z "Hejtera" musiałem znaleźć w sobie jakąś samotność, złość i krzywdę, które nosi w sobie mój bohater. Przy "Polocie" towarzyszyły mi emocje podobne do tych, z którymi przyszło mi się mierzyć w okresie dorastania.

A samo doświadczenie związane z lotnictwem? Twój bohater w końcu wychował się pośród przeróżnych maszyn latających, zastanawiam się więc, czy to wymagało od ciebie jakichś dodatkowych przygotowań. Tym bardziej, że jakiś czas temu na stronie Red Bull trafiłem na wideo, w którym udzielasz krótkiego wywiadu na pokładzie samolotu akrobacyjnego. Przy prędkości 420 km/h i przeciążeniach sięgających 8G.

- Przygotowania do filmu polegały głównie na rozmowach z pilotami, podsłuchiwaniu ich żargonu i podglądaniu ich codzienności. Akurat to spotkanie z Łukaszem Czapielem, jednym z największych czempionów lotnictwa akrobatycznego, które wspomniałeś, miało miejsce już po zdjęciach do "Polotu". Fantastyczne przeżycie, nieporównywalna do niczego przygoda. Tak przelecieć się nad ziemią i z bliska zobaczyć niebo. Naprawdę, na maksa się tym zajarałem. Do tego stopnia, że zacząłem poważnie się zastanawiać, czy nie zrobić kursu na instruktora lotnictwa.

Mam wrażenie, że gdzieś między wierszami "Polotu" pojawia się jeszcze jeden wątek bliski twojemu sercu - ekologia. Filmowy Karol stara się skonstruować innowacyjny sterowiec, po części również w oparciu o ekologiczne zastosowania. Słyszałem, że ekologiczny aktywizm nie jest ci obcy.

- Nie wiem, czy powinniśmy od razu mówić o aktywizmie czy jakimś wielkim akcie heroizmu. To obowiązek każdego z nas, by temat ekologii stał się nam bliski. Inaczej, jeśli w porę tego nie zrozumiemy, nasza planeta przestanie po prostu istnieć. Tyle. Nie jest to żadna zła wróżba czy prognoza rodem z ezoteryki. Fakty mówią same za siebie, groźba globalnego ocieplenia klimatu jest realna. Dlatego ekologia jest tak ważną częścią mojej codzienności. W każdej dziedzinie życia, na ile tylko mogę, staram się ograniczać swoje kapitalistyczne przyzwyczajenia i zachowywać się odpowiedzialnie. Segreguję śmieci, unikam plastikowych toreb, stanowczo ograniczam jedzenie mięsa. W ten sposób, małym kroczkami, próbuję się przyczyniać do większych zmian.

Nie ulega wątpliwości, że równie ważną prawdę o współczesności przekazaliście razem z Jankiem Komasą w "Hejterze". Wywołaliście tym filmem ogólnonarodową, a może nawet - zważywszy na sukces na Netflixie - ogólnoświatową dyskusję o nienawiści w internecie.

- Albo inaczej: o korzystaniu z sieci w ogóle. Nigdy nie twierdziłem, że internet jest czymś złym i niegodziwym. Wprost przeciwnie. To jeden z najwspanialszych wynalazków ludzkości, oferujący nam wiele możliwości. Internet u swoich podstaw dawał przecież człowiekowi szybki dostęp do wiedzy, do kultury, zapewniał łatwość komunikacji globalnej i mógł uczyć nas wzajemnego zrozumienia. Niemniej zaczęliśmy ten wynalazek wykorzystywać w skrajnie niepoprawny i nieodpowiedzialny sposób. Zamiast edukować, internet ogłupia, manipuluje, znieczula, zalewa nas reklamami, niesprawdzonymi informacjami, fake newsami i hejtem na zamówienie. Niepokoi mnie takie podejście i ślepe podążanie w tę zgubną stronę. To trochę tak - nawiązując do "Polotu" - jakby nagle zacząć używać samolotów tylko do zrzucania bomb. I nie dostrzegać, że mogą one służyć równie dobrze do pięknych rzeczy.

A nie czujesz przypadkiem, że po "Hejterze" niektórzy widzą cię właśnie w roli takiego rzecznika pokolenia? Chłopaka, który powinien dziś odważnie i publicznie zabierać głos w sprawach najważniejszych z perspektywy naszej przyszłości?

- Nie, nie czuję takiego ciężaru. I powiem więcej - podoba mi się to, co czuję, a to znaczy, że zrobiłem film, który mnie czegoś nauczył i może też nauczyć innych. Naturalnie, wiele w moim życiu po "Hejterze" się zmieniło, zainteresowanie moją osobą wzrosło i przyjąłem to z otwartymi ramionami, ale to nie powoduje, że nagle zamiast mózgu mam kisiel w głowie. Nie daję się zwariować. Czuję się spokojny, spełniłem swoje marzenie, idę dalej po swoje w tym zawodzie. Ale to prawda, że jeśli mam okazję wypowiedzieć się na jakiś temat - bez krzywdzącego generalizowania, oczywiście - to przed tym nie uciekam.

Co zatem myślisz o obecnej i nadchodzącej sytuacji środowisk artystycznych w Polsce? Koronawirus pozbawił ludzi środków do życia. Wielu z nich pozostaje bez wsparcia.

- Ewidentnie sytuacja jest trudna, a to nie tylko groźba wisząca nad branżą filmową, ale nad całym światem kultury i sztuki. Mój apel jest więc taki - jeśli tylko sytuacja się uspokoi, to chodźmy do teatru, do kina, do galerii, na koncert. I nie pozwólmy ambitnej sztuce przygasnąć.

A gdzie widzisz siebie w tym wszystkim za kilka lat? Nie jest tajemnicą, że w przyszłości chciałbyś realizować się w różnych dziedzinach sztuki. Wybiec poza aktorstwo.

- Mam wrażenie, że taka wielozadaniowość to w ogóle jest domena naszego pokolenia. Że jesteśmy bardziej elastyczni, a przy tym nastawieni na bezpośrednie celebrowanie życia. Nasze standardy są nieco inaczej przewartościowane w porównaniu do generacji naszych rodziców, którzy byli bardziej umocowani w jednym zawodzie i chcieli przede wszystkim osiągnąć sukces materialny dla swoich bliskich. Ja mam inaczej. Nie chcę pewnego dnia się obudzić i odkryć, że całe moje życie poświęciłem aktorstwu. Chcę, żeby życie pozostało życiem, a aktorstwo było jedną z wielu jego składowych i szło pod rękę z innymi moimi pasjami. Z muzyką, pisaniem, a choćby nawet z gotowaniem i jazdą konno, czy też innymi aktywnościami, które pomogą mi się rozwinąć. Wciąż ważnym planem w moim życiu jest wyjazd na studia do Stanów. Tam chciałbym trochę posiedzieć, poznać ciekawych ludzi, poromansować. Innymi słowy - pożyć. C'est la vie!

Mateusz Demski

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Maciej Musiałowski | Polot

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama