Reklama

Maciej Bochniak: Czerpię z kina

"Magnezja" to nasz hołd dla westernów z lat 70. Zyskuje, gdy ogląda się go w dużej grupie widzów - powiedział Maciej Bochniak, którego najnowszy film jest prezentowany w konkursie międzynarodowym 36. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

Należę do twórców, którzy czerpią z kina - przekonuje Maciej Bochniak

"Magnezja" to opowieść o losach przestępczej rodziny mieszkającej na pograniczu polsko-sowieckim w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Po śmierci ojca na czele rodu staje Róża Lewenfish (w tej roli Maja Ostaszewska), która postanawia poszerzyć działalność rodu o handel narkotykami sprowadzanymi od wschodnich sąsiadów. W przemycie pomagają jej siostry Zbroja (Borys Szyc) i Lila (Małgorzata Gorol). Majątek kobiet pragną wykraść syjamscy bracia Albert i Albin Hudini (Dawid Ogrodnik i Mateusz Kościukiewicz), prowadzący mały zakład fotograficzny. W realizacji planu ma im pomóc Helena (Magdalena Boczarska). W pozostałych rolach zobaczymy m.in. Agatę Kuleszę, Andrzeja Chyrę i Bartosza Bielenię.

Reklama

"Magnezja" to film gatunkowy, western przeniesiony w polskie realia, z dużą dozą humoru, scenami pościgów konnych, strzelaninami. Brakowało panu tego w polskim kinie?

Maciej Bochniak: - Tak, zresztą nie tylko w polskiej kinematografii. Gdy przygotowywałem się do pracy nad "Magnezją", zacząłem szukać tego typu filmów poza Ameryką oraz Azją i okazało się, że jest z tym problem. Trochę mnie to zaskoczyło. Sądziłem, że z łatwością znajdę wiele tytułów, ale research internetowy doprowadził mnie zaledwie do kilku. Uświadomiłem sobie, że szalenie rzadko robi się w Europie tego typu kino. Nie mówię, że to był powód, dla którego chciałem zrobić "Magnezję". Wręcz przeciwnie, ona wzięła się z osobistych fascynacji gatunkiem filmowym. To wyłącznie obserwacja, dzięki której zacząłem czerpać inspiracje ze Stanów Zjednoczonych i z Azji.

Ten film jest antologią tego, co pana w kinie interesuje?

- Zdecydowanie tak. Uważam, że twórcy czerpią albo z życia, albo z kina. Ja należę do tych, którzy czerpią z kina. Film to mój dialog z fascynacjami, które przeżywam w zasadzie od dziecka. W warstwie języka filmowego "Magnezji" odwołuję się do klasyki nurtu, który bardzo cenię, czyli głównie westernu i filmu gangsterskiego. Świadomie nawiązuję do różnych tytułów, ale historia, którą opowiadam, jest całkowicie autorska, oparta na własnych pomysłach.

Pana film przywodzi skojarzenia z kinem Sergia Leone. Widzę w nim też sporo z filmów Quentina Tarantino.

- To tak naprawdę jeden zbiór inspiracji, bo Tarantino czerpie z Leone i z kinematografii azjatyckiej, a Leone inspirował się kinem japońskim. Ten nurt rozwijał się od wczesnych lat 60. W centrum stawiał bohatera, który ma charakter wojownika, musi przejść drogę związaną nie tylko z wewnętrznymi, ale i zewnętrznymi przeżyciami, konfliktami, z pokonywaniem własnych słabości. Bardzo podoba mi się w kinie mitologiczna podróż bohatera. Chciałem napisać taką historię, ale zamiast jednego bohatera pokazać wiele równorzędnych postaci.

- Wracając jeszcze na chwilę do Tarantino, muszę przyznać, że jest dla mnie wyjątkową inspiracją. Wynika to nie tylko z jego filmów, ale też z drogi, jaką przeszedł. Bardzo podobają mi się tytuły, z których czerpie, sposób ich doboru. Mieszkałem w Stanach akurat w tym czasie, kiedy Quentin Tarantino ponownie otworzył kino w Los Angeles. Często jeździłem tam oglądać filmy, które programował. Były wśród nich stare westerny, amerykańskie filmy klasy B i kino Azji. Odtwarzano je z oryginalnych taśm 35 mm, które Tarantino gdzieś odkopał i dołączył do swojej kolekcji. To była podróż nie tyle w głąb jednego twórcy, ile w głąb artysty otwierającego przed tobą wielkie wrota do gatunku filmowego, który obecnie jest w wielu miejscach na świecie.

Zgromadził pan wokół siebie świetnych współpracowników - poczynając od obsady, przez twórcę muzyki, charakteryzatora, na producentach kończąc. Sądząc po tym, co widać na ekranie, chyba nietrudno było ich namówić do udziału w tym przedsięwzięciu.

- To prawda. Właściwie nikogo nie musiałem szczególnie przekonywać. Wszyscy chwycili bakcyla i stwierdzili, że udział w tym filmie może być naprawdę twórczą zabawą. Cieszę się, że tak też było. Od początku wiedziałem dokładnie, na jakim efekcie mi zależy. W tego typu kinie ważne jest, żeby bohaterowie od początku wywoływali określone uczucia i emocje. Widz powinien czuć podskórnie, że ktoś jest dobry, a ktoś zły. Chciałem, by aktorzy nie nadużywali środków, ale od początku tworzyli bardzo wyraziste postacie. To wymaga odwagi zerwania z minimalistycznością gry, którą większość zaproszonych aktorów miała w sobie, bo tego wymaga się w kinie psychologicznym, do którego są przyzwyczajeni. Zależało mi, żeby to przełamać.

PAP life

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Maciej Bochniak | Magnezja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama