Reklama

Łukasz Simlat: Bez tezy

"On mówi do powracającej do niego żony, że chce, żeby tu z nim była, ale jej nie zna, bo przez dwa lata od jej zaginięcia przeżył to i to. Takie wyznanie już wystarczająco go broni, bo oznacza, że on nie pauzował przez dwa lata, tylko pikował w swoim prywatnym koszmarze" - mówi Łukasz Simlat o swojej kreacji w "Fudze" Agnieszki Smoczyńskiej.

Łukasz Simlat w scenie z "Fugi"

Łukasz Simlat jest aktorem filmowym, teatralnym i telewizyjnym, z powodzeniem łączącym sukcesy artystyczne z komercyjnymi. Uwagę widzów i krytyków zwrócił rolą rozdartego wewnętrznie Arka w produkcji "Kochankowie z Marony" Elżbiety Cywińskiej. Za kreację tę otrzymał nominację do nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. W następnych latach do swojego dorobku dopisał pamiętne role w filmach "Wymyk" Grega Zglińskiego, "Amok" Kasi Adamik, "W imię..." Małgorzaty Szumowskiej oraz "Jeziorak" Michała Otłowskiego. Z powodzeniem realizował się również w serialowych hitach, jak: "Pod powierzchnią" oraz "Krew z krwi".

Chociaż Simlat kojarzony bywa głównie z rolami twardzieli, to równie doskonale potrafi wpasować się w realia dramatu i obyczaju. Udowadnia to w filmie "Fuga", w którym jego bohater mierzy się z życiową tragedią: zostaje samotnym ojcem po tajemniczym zaginięciu żony. Kiedy ta po kilku latach niespodziewanie wraca do domu, nic już nie będzie takie samo jak wcześniej.

Jak trafiłeś do "Fugi"?

Reklama

Łukasz Simlat: - To była wyjątkowa sytuacja, bo po raz pierwszy byłem w projekcie od tak dawna. Kilka scen z pierwszej wersji scenariuszowej kręciliśmy z Agnieszką Smoczyńską już osiem lat temu. Próbowaliśmy z Gabrielą Muskałą stworzyć wtedy na ekranie inne małżeństwo niż teraz - młodsze, inaczej patrzące na to, co im się przydarza. Kiedy projekt odżył po sześciu latach, odbył się ponowny casting, bo przecież po takim czasie niekoniecznie musieliśmy z Gabrielą do siebie pasować. Kiedy okazało się, że dalej jest między nami chemia, przystąpiliśmy do prób.

Jak one wyglądały?

- Tak jak lubię najbardziej: bardzo dużo rozmawialiśmy na temat bohaterów i wydarzeń, które się wokół nich dzieją. To właśnie na etapie tych rozmów scenariusz zaczął ewoluować tak, żeby nadążyć za kinem, które zmienia się tak prędko. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że to, co nas satysfakcjonuje albo napędza, za kilka lat może już nie działać. Tak właśnie jest w przypadku kina. Z racji mojego zawodu bardzo dużo oglądam. Widzę, w jakim tempie zmieniają się kody lokowania informacji, przekazywania znaczeń, sposoby narracji. Pewne rzeczy narracja za nas załatwia, aktor już nie musi tego grać. To oczywiście zależy też od konwencji projektu.

- W "Fudze" wiarygodność polega na szczególe, który okazał się po tych kilu latach za małą bazą wyjściową dla współczesnego widza. Dlatego my musieliśmy sobie odpowiedzieć na pytanie, co działo się z tymi bohaterami, zanim poznajemy ich na ekranie. Agnieszka Smoczyńska i Gabriela Muskała są osobami, które lubią uwiarygodniać historię w najmniejszym nawet detalu. Ja też tak lubię, bo dzięki temu aktor nie myśli o tym, co ma zagrać, tylko bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem.

Jak poznawałeś przeszłość swojego bohatera, której nie było w scenariuszu?

- Mam dziesiątki pozapisywanych stron na temat tego, co on z miesiąca na miesiąc przez dwa lata od zaginięcia żony robił i przeżywał. Musiałem się dowiedzieć, jak dla niego w tym czasie rozkładały się działające na niego siły - gdzie on miał swój kryzysowy moment, a jaki ma imperatyw, kiedy go widzimy po raz pierwszy na ekranie. Musiałem się dowiedzieć, które emocje do niego wracają i z jaką siłą, bo część z nich się przez dwa lata skanalizowała i ostudziła.

Na ekranie one są niejednoznaczne, wprowadzają w konfuzję.

- Lubię to, co nam się wydaje oczywiste, zaatakować emocjami kompletnie na kontrze. Jestem fanem nieprzystających do sytuacji odczuć. Widz zaczyna się dzięki temu przyglądać sytuacji, w której dzieje się coś, a emocje są zupełnie inne, to go magnesuje. Ta nieadekwatność przykuwa i ciekawi, zatrzymuje nas na chwilę i zmusza, żeby patrzeć i myśleć. Dlatego tak ważne były dla mnie emocje bohatera, które musiał przekłamywać na potrzeby dziecka, czyli osoby jeszcze nieświadomej. Wytwarzał dla niego sztuczne realia, żeby trudne doświadczenia mu wytłumaczyć.

Rozmawiałeś z osobami, które doświadczyły takich sytuacji?

- Nie było takiej potrzeby. Rozważałem takie spotkanie, ale wiedziałem, że w rzeczywistości osoby takie, jak mój bohater, niechętnie o swoich doświadczeniach mówią. Bałem się, że rozmowa z nimi okaże się niemiarodajna. Za to bardzo dużo świadectw przeczytałem w internecie, gdzie anonimowość skłania autorów do większego otwierania się. Składałem tego bohatera z wielu takich relacji.

Co cię w nich zaskakiwało albo emocjonowało?

- Przede wszystkim opis mieszkań ludzi, którzy doświadczyli zaginięcia bliskiej osoby. Przepastna samotność i smutek pozostawionych i niepozmienianych pokoi są dojmujące. Oglądałem mnóstwo takich zdjęć, które otworzyły mi wiele kanałów wyobraźni na to, co przeżywają osoby, które wciąż utrzymują pokój zaginionej osoby w takim samym stanie, jak w momencie, gdy ona zniknęła. To trwa nawet po dziesięć lat. Pokój zostaje, żeby uspokoić nasze sumienie i naszą wyobraźnię, która nie wie, w którą stronę ma powędrować, bo nie wie, jak ten człowiek dzisiaj wygląda. Jeśli taka osoba wraca, to ona nigdy nie pasuje już do takiego pokoju, bo jest już kimś zupełnie innym.

- Bardzo dużo dało mi też wydrukowanie listu informującego o zaginięciu mojej filmowej małżonki, którą ciałem obdarzyła Gabriela Muskała. Musiałem ten list zobaczyć na własne oczy. Bardzo mnie otworzył, bo powiedział mi, jaki rodzaj emocji przeżył mój bohater, kiedy go drukował i roznosił. Ten film determinował nas aktorów do grania na totalnym minimalizmie, który ja bardzo lubię. Wypoziomowanie emocji należało do mnie, natomiast Agnieszka Smoczyńska jeździła na heblach i mówiła, czego ma być w mojej postaci więcej, a czego mniej.

Jaką ona jest reżyserką?

- Agnieszka jest bardzo szczegółowa. Już od jej dyplomu "3 Love", w którym zagrałem z Romą Gąsiorowską, zaciekawiają mnie momenty jej zawieszenia. Ciekawi mnie, jaki proces myślowy odbywa się w jej głowie już na planie, tym bardziej, że ona nie ma polskiego spojrzenia na kino, nie patrzy zero-jedynkowo, wykręca wizualnie opowieść, a aktorowi daje pole do popisu, bo od jej pułapu wyobraźni musi się odbić. Nie osiada na laurach, tylko szuka nowego języka narracji i obrazka. Tworzą świetny duet z Kubą Kijowskim, z którym łączy ich spojrzenie na film zupełnie inne od polskiej szkoły.

Mieliście zbieżną koncepcję twojej postaci?

- Dla mnie spotkanie aktora i reżysera to jest spotkanie dwóch wektorów, które zawsze musi odbyć się w połowie drogi. Szala nigdy nie może się przeważyć w jedną ani w drugą stronę, bo wtedy to jest wykonywanie czyjegoś polecenia, a nie budowanie wspólnej wizji. Budując mojego bohatera z Agnieszką, chcieliśmy, żeby broniły go rodzaj determinacji i to, co on przeżył sam z sobą. On mówi w czterdziestej minucie filmu do powracającej do niego żony, że chce, żeby tu z nim była, ale jej nie zna, bo przez dwa lata od jej zaginięcia przeżył to i to. Takie wyznanie już wystarczająco go broni, bo oznacza, że on nie pauzował przez dwa lata, tylko pikował w swoim prywatnym koszmarze, bo nie miał wpływu na sytuację, która go spotkała, nie był w stanie w żaden sposób jej odwrócić. Każdy z widzów może postawić tezę oskarżającą, że może on za mało szukał zaginionej żony, ale tak naprawdę, jak długo mógł jej szukać? To jest taki rodzaj kina, w którym nie da się postawić tezy.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Simlat | Fuga (film)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje