Reklama

Krzysztof Ibisz: Śmiać się z siebie

Postanowił udowodnić, że ma do siebie ogromny dystans. Krzysztof Ibisz rusza w Polskę z kabaretowym spektaklem, w którym parodiuje… Ibisza.

Gotowi na "Operację Ibisz"?

Pracuje w show-biznesie już od ćwierć wieku. Jest mistrzem prowadzenia zarówno telewizyjnych teleturniejów, wielkich imprez w plenerze dla tysięcy widzów, jak i kameralnych wywiadów. Na swojej stronie internetowej zamieścił motto "Bóg sprzyja przygotowanym". Słynie nie tylko z profesjonalizmu, ale też z niewyczerpanej pozytywnej energii, którą zaraża wszystkich dokoła.

Gdyby pana zapytano o zawód, jaki by pan podał - dziennikarz, prezenter, aktor?

Krzysztof Ibisz: - Opowiedziałbym: prezenter, dziennikarz, aktor. Obecnie taka jest kolejność. Będąc dziennikarzem, muszę być trochę prezenterem, czasem - aby wytworzyć atmosferę - aktorem, a jako aktor zdarzyło mi się, że grałem... prezentera. Współczesne media często wymaga ją współistnienia tych trzech profesji. Nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy. Lubię powiększać swoją wiedzę, szukać, słuchać, rozmawiać. Ponieważ co pewien czas prowadzę poranki w Polsat News, muszę być na bieżąco z tym, co dzieje się w kraju i na świecie. Bardzo sobie to cenię, ponieważ sprawy mojego kraju nigdy nie były mi obojętne i zawsze interesowały mnie mechanizmy decyzji, które dotyczą nas wszystkich.

- Ciekawość świata i ludzi sprawiła, że ukończyłem studia dziennikarskie, ale jestem również z wykształcenia aktorem, więc gdy pojawiają się ciekawe propozycje, z przyjemnością staję na teatralnych deskach lub filmowym planie. Niedawno miałem przyjemność zagrać w nowym filmie "Twarz" laureatki ubiegłorocznych Lwów Gdańskich za film "Body/Ciało", Małgorzaty Szumowskiej. Ponieważ uwielbiam się śmiać - również z samego siebie - postanowiłem też wyprodukować spektakl kabaretowy, który jest żartobliwą odpowiedzią na wszystkie dowcipy na mój temat.

Reklama

Zdradzi pan jakieś szczegóły?

- Projekt nosi tytuł "Operacja Ibisz", to będą prawie dwie godziny zdrowego śmiechu. Startujemy na początku sierpnia. My, czyli Piotr Pręgowski, Tadeusz Ross i Mikołaj Cieślak z Kabaretu Moralnego Niepokoju. Nie chcę za wiele zdradzać, ale fabuła jest mniej więcej taka: Krzysztof Ibisz chce prowadzić wszystkie programy na wszystkich kanałach, do tego na żywo. Ponieważ nie może się rozmnożyć, organizuje casting na Krzysztofów Ibiszów. Na casting przyjeżdżają moje klony (śmiech). Powraca do kraju Zulu Gula, czyli Tadeusz Ross, który jak powszechnie wiadomo wygląda zupełnie jak ja. Z "Rancza" wyrywa się Piotr Pręgowski, który od przebudzenia do zaśnięcia marzy, aby być mną. Wreszcie zgłasza się też Mikołaj Cieślak, który okazuje się być donosicielem - bo jak wiadomo, w show-biznesie musi być po bandzie, więc hurtowo pisze donosy i kabluje.

- Cały czas pracujemy, ćwiczymy, zwłaszcza piosenki, do których aranżacje pisze legendarny Czesław Majewski i ciągle nas pyta: "Graaać?". Właśnie kiedy rozmawiamy, wydrukowane, gorące, egzemplarze spektaklu leżą na moim biurku. Jesteśmy pewni, że publiczności się to spodoba. Nie możemy się doczekać pierwszych przedstawień.

Ma pan jakieś zawodowe marzenia?

- Od lat marzyłem, żeby sparodiować samego siebie i wkrótce to się spełni. Ale moją wielką pasją zawsze było i będzie prowadzenie prestiżowych programów rozrywkowych. Takich, w których uczestnicy muszą się wykazać realnymi umiejętnościami. Przekroczyć siebie, zmęczyć się i dostarczyć widzom prawdziwych emocji. Takim programem jest bez wątpienia "Taniec z Gwiazdami" w Polsacie. To najbardziej prestiżowy i kochany przez widzów program rozrywkowy na świecie, więc moje marzenia cały czas się spełniają. Jest jednak jeszcze jedna rzecz, o której myślę i marzę od wielu lat. W USA nazywa się "Late Night Show" i jest długim, ale dynamicznym, wysokiej jakości magazynem rozrywkowym. To znakomita mieszanka żartów, opinii i informacji. Różnych puntów widzenia bez skakania sobie do gardeł - tego jeszcze w Polsce nikt nie spróbował.

Chciałby pan wrócić do teleturniejów?

- Teleturnieje to moja stara wielka miłość. Prowadziłem ich mnóstwo. Niektóre wciąż są powtarzane, np. "Awantura o kasę", "Rosyjska ruletka", "Życiowa szansa" czy "Gra w ciemno" - i chyba były niezłe, bo cały czas mają liczną widownię. Wydaje się, że teraz przycichła moda na teleturnieje, ale po tylu latach pracy w telewizji zaryzykuję stwierdzenie, że teleturnieje wrócą, oczywiście w odświeżonej, nowoczesnej formie. Tak, jak wróciły reality-show albo widowiska z udziałem gwiazd. Warto pamiętać, że teleturnieje oprócz rozrywki dostarczają też wiedzy i budzą ciekawość świata.

Sporo pan pracuje z kobietami, od prowadzenia wyborów najpiękniejszych po kameralne talk-show - "Zrozumieć kobietę" i "Demakijaż". Czy podejmuje się pan tego czysto zawodowo, czy przy okazji sam pan próbuje zrozumieć kobiety?

- Oczywiście, że próbuję zrozumieć! "Demakijaż" jest trochę kontynuacją poprzedniego talk-show, chociaż w zupełnie innej, bardzo nowoczesnej formule. W talk-show zawsze chodzi o interesującą i poruszającą rozmowę, która dotyka obszarów dotychczas nieznanych. Realizujemy już kolejną edycję "Demakijażu", w której mamy nadzieję zaskoczyć widzów wywiadami ze wspaniałymi Polkami zamieszkującymi stolicę światowego show-biznesu - Hollywood. To będzie sensacja, bo część serii nagramy właśnie tam.

Czy któraś z zapraszanych pań odmówiła?

- Żadna, choć niektóre były ciekawe poprzednich odcinków. Kiedy je obejrzały, zgodziły się. Jest mi niezmiernie miło, że moim bohaterkom podoba się formuła programu i obdarzają mnie zaufaniem.

Jest pan sławny - to ułatwia czy utrudnia życie?

- Zamiast sławy wolę termin - popularność. Sławni są Krzysztof Penderecki czy Andrzej Wajda, osobowości z najwyższej półki. A moja popularność to przede wszystkim bardzo miłe spotkania. Pracuję już 25 lat na oczach ludzi i nie znam innej rzeczywistości, rozpoznawalność to część mojej profesji. Cieszy mnie nie tyle to, że jestem rozpoznawany, ile to, że ludzie podchodzą do mnie z uśmiechem. Rozmowy, gdy np. kupuję truskawki czy biegam po parku, są przesympatyczne. Jestem wzruszony, kiedy ludzie przede mną się otwierają, bo to dowód dużego zaufania. Nie ma większej nagrody w tej pracy.

Co pan ogląda w telewizji?

- Muszę być na bieżąco, więc śledzę wydarzenia krajowe i zagraniczne. Chętnie też zaglądam do zagranicznych stacji, żeby zobaczyć, jak inni robią telewizję. I wiecie co? Nie mamy powodów do kompleksów!

A co najchętniej lubi pan robić w wolnym czasie, o ile ma pan w ogóle wolny czas?

- Staram się wszystko równoważyć. Moją pasją jest telewizja, ale nie mógłbym funkcjonować bez udanego życia rodzinnego. No i sport! Tak organizuję czas, żeby przynajmniej godzina dziennie była poświęcona na aktywność ruchową. Teraz, latem rzadko wsiadam do samochodu, wszędzie jeżdżę na rowerze. Rolki po ostatnim wypadku zawiesiłem na kołku, ale lubię pobiegać i popływać. Sport rozjaśnia umysł, pomaga zbudować hierarchię rzeczy ważnych. Poza tym w czasie biegania i pływania przychodzą do głowy najlepsze pomysły. Całe lato jest przed nami, więc wykorzystajmy pogodę i ruszajmy się.

Kilka lat temu wydał Pan książkę "Jak dobrze wyglądać po 40.". Czy może pracuje pan nad następną - jak dobrze wyglądać po 50.?


- Humor, życzliwość, żart wszystkich uratuje i dlatego zamiast książki zająłem się spektaklem kabaretowym, na który serdecznie zapraszam.

Maria Wielechowska

To i Owo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Krzysztof Ibisz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje