Reklama

Reklama

Krystyna Tkacz: Chciałam dużo grać

Znakomita aktorka teatralna. Potrafi wzruszyć do łez śpiewem i rozbawić grą. Pamiętamy ją z roli Kotkowej w serialu "Alternatywy 4". Obecnie wciela się w sympatyczną panią Jadzię z "Drugiej szansy".

Dzisiaj jeżeli nie jest się na Facebooku, to podobno się nie żyje - mówi Krystyna Tkacz

Prowadzi pani rejestr ról, które zagrała pani w życiu?

Krystyna Tkacz: - Nie, skądże! Wpisuję do kalendarza tylko te, które aktualnie gram. W lipcu miała miejsce premiera spektaklu "Coming out". Dawno nie pracowałam w tak cudownej, twórczej atmosferze, którą stworzyła reżyser Ola Popławska. Dzięki Ci, Olu.

Możemy panią oglądać w serialu "Druga szansa". Kim jest Jadzia?

- Gdy otrzymałam propozycję, jak zawsze poprosiłam o scenariusz. Spodobał mi się, ale myślę sobie: "Boże, jaka malutka ta moja rola". Okazało się jednak, że została zauważona. Publiczność pokochała panią Jadzię. Praca w serialu sprawia mi dużą przyjemność i cieszę się, że gram w towarzystwie najpiękniejszych amantów polskiego kina, m.in. Rafała Królikowskiego i Bartka Świderskiego.

Reklama

Jest pani w zawodzie od ponad 40 lat i cały czas gra. Jaki jest klucz do pani sukcesu?

- Pracować. Różnie bywa z propozycjami, jednak zawsze się czeka na telefon. Np. przez kilka lat nie byłam w Teatrze Telewizji czy filmie. Jestem z pokolenia aktorów, którzy sprawdzają się i realizują przede wszystkim w teatrze, w którym szczęśliwie gram. Niektóre przedstawienia, jak "Klan wdów" (reż. Romuald Szejd) czy "Boska" (reż. Andrzej Domalik), ku mojej radości utrzymują się na afiszu bardzo długo, ale nie zauważyłam, żeby gazety cokolwiek na ten temat pisały. Kiedyś premiery teatralne były dla mediów najważniejszymi wydarzeniami. A dzisiaj, podobno, jeżeli nie jest się na Facebooku, to się nie żyje.

Od zawsze chciała pani być aktorką. Marzyła pani o popularności?

- Skądże! Popularność to jest jakiś twór dzisiejszych czasów. Moje pokolenie dążyło do tego, żeby jak najwięcej grać, tworzyć, spotykać się z wybitnymi reżyserami. Mieliśmy świadomość, że nieustannie trzeba pracować nad głosem, dykcją, ciałem, rozwojem duchowym, intelektualnym, warsztatowym itd. W Polsce były wybitne aktorki, cenione za swój dorobek artystyczny, talent, warsztat. Uznanie można było zdobyć tylko wtedy, gdy było się mistrzem w swoim zawodzie. Jeżeli grało się dobre role w teatrze, z czasem mogły przyjść propozycje filmowe. Jednak nikt nie uważał się za gwiazdę.

O czym więc pani marzyła?

- Na pewno nie o tym, żeby być Gretą Garbo, tylko, że dobrze byłoby zagrać Królową Krystynę. Kiedyś gwiazdy były w Hollywood, a dziś, cóż... gwiazdą może być jakaś pani, którą sfotografują na meczu. Ja na mecze nie chodzę.

Dzisiaj jest pani mistrzynią dla wielu aktorów. Często wyławia pani talenty?

- Wiele razy siedziałam w komisjach egzaminacyjnych w Akademii Teatralnej, co jest trudnym, odpowiedzialnym i męczącym zajęciem, ale nie mogę powiedzieć, że jestem łowcą talentów. Bez względu na to, jak bardzo podobała mi się dana osoba, nie miałam decydującego wpływu na to, czy zostanie przyjęta. Głosy członków komisji są równoważne.

Kto na początku drogi zawodowej wyciągnął do pani rękę?

- Gdy za pierwszym razem nie dostałam się do szkoły teatralnej, chudłam, płakałam, nie żyłam. Sąsiadka, pani Maria Kuś, widząc moją rozpacz, zaproponowała, że zaprowadzi mnie na przesłuchanie do siostrzenicy swojej przyjaciółki - młodziutkiej wówczas aktorki Starego Teatru, Eli Karkoszki. Ela mnie przesłuchała i wyraziła zdziwienie, że mnie nie przyjęli. Sądzę, że porażka wynikała z tego, że źle wybrałam sobie repertuar. Od spotkania z Elą zaczęłam intensywnie pracować. Pomogła mi ułożyć nowy repertuar i za rok dostałam się do krakowskiej PWST. Stwierdziłam, że muszę spłacić losowi dług. Raz w życiu podjęłam się przesłuchania kandydatki do egzaminów. Na szczęście trafiła mi się bardzo zdolna uczennica, która dostała się i skończyła łódzką filmówkę. Iwonka Karlicka, bo o niej mowa, obecnie jest aktorką Teatru Jaracza w Łodzi. "Urodzinniłam" ją i właśnie wróciłam z jej ślubu i weseliska.

Wrocław, Kraków, Poznań, Warszawa - to główne punkty na mapie pani życia zawodowego. Które z tych miast jest pani najbliższe?

- Wszystkie, bo w każdym coś przeżyłam, zostawiłam. Teraz do nich wracam przy okazji wyjazdów ze spektaklami, robię sobie sentymentalną podróż. We Wrocławiu się urodziłam i mieszkałam aż do matury. Kiedyś tam był mój dom, ogród, łąki i młyn. Dziś biegną trasy szybkiego ruchu, więc bardzo się martwię, gdzie przybiją tablicę, że w tym domu urodziła się i mieszkała Krystyna Tkacz. (śmiech) Do Krakowa odczuwam wdzięczność - tam dostałam się na studia. Mieszkałam w akademiku, ludzie byli do mnie podobni, a po korytarzach uczelni "kroczyła" historia teatru, profesorowie, wielkie autorytety, przy których baliśmy się oddychać. Po zajęciach klub studencki Pod Jaszczurami i pierwsze występy w Piwnicy pod Baranami. Pomijając wszystko, to po prostu "ta nasza młodość", w której nieśmiało zaczęłam podśpiewywać. Poznań miło wspominam ze względu na swój debiut w Teatrze Polskim. W Poznaniu popełniłam też jeden z najpoważniejszych życiowych błędów - wyszłam za mąż. A Warszawa to była moja miłość od pierwszego wejrzenia. Zachwyciła mnie, gdy w wieku 14 lat odwiedziłam ją z wycieczką szkolną. Nawet nie miałam przebłysku myśli, że kiedyś tu będę mieszkać.

W młodości często się pani zakochiwała?

- Tak, zaczęłam w przedszkolu - chłopak nazywał się Wojtuś. Kiedy ktoś się koło mnie kręcił, przyprowadzałam go do domu i przedstawiałam babci. Miała doświadczenie życiowe i dobrą intuicję. Wystarczyło, że spojrzała na kandydata, zamieniła z nim zdanie i już wiedziała. Mówiła: "Dziecko, daj sobie spokój, on nie jest dla ciebie".

Najbliższe pani sercu osoby mieszkają dziś w Warszawie?

- Na szczęście większość moich przyjaciół mieszka w pobliżu. Na przykład przyjaciółka z dzieciństwa, Barbara Falender, znana i szanowana rzeźbiarka, ma pracownię na Starym Mieście. Jestem z niej dumna, ona ze mnie też. Poznałyśmy się w przedszkolu, potem razem szkoła muzyczna, a na studiach nasze drogi się rozeszły. Dzisiaj mieszkamy blisko siebie, a przez okno widzę jej rzeźby. Są bardzo duże i piękne. Mamy niemal takie same numery telefonów stacjonarnych, różnią się tylko jedną cyfrą.

Rozmawiała Dorota Czerwińska

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Krystyna Tkacz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje