Reklama

Reklama

Krystyna Janda: Jestem otoczona młodzieżą

Krystyna Janda to legenda polskiego kina i teatru. Jej najbardziej znane role pochodzą z filmów: "Przesłuchanie", "Człowiek z marmuru", "Tatarak", "Bez znieczulenia", "Stan wewnętrzny", "W zawieszeniu", "Pestka" czy "Rewers". "Nie kocha się artystów w tym kraju. Władza ich lekceważy" - mówi aktorka.

Krystyna Janda w serialu to rzadkość. Tym większą gratką dla wielbicieli jej talentu jest serial komediowy Macieja Bochniaka "Królestwo kobiet", gdzie zagrała jedną z czterech głównych bohaterek. Aktorka, która w grudniu obchodzi 68. urodziny, planuje zakończyć rok premierą teatralną. A był to dla jej fundacji rok jubileuszowy, ze względu na 15-lecie Teatru Polonia i 10-lecie Och-Teatru.

Ineza, imię pani bohaterki w serialu "Królestwo kobiet", mogłoby sugerować, że to kobieta o ognistym temperamencie, rodem z południowoamerykańskiej telenoweli...

Reklama

- Nic z tych rzeczy. Myślę, że byłam bodaj najspokojniejszą z czwórki głównych bohaterek. Jak mówił reżyser, miałam reprezentować głos rozsądku, z racji wieku i doświadczenia. "Myśmy ich nie zabiły, myśmy ich tylko zakopały" - mówi moja bohaterka. Spokojna, jak widać, i z poczuciem humoru [uśmiech - przyp. red.].

Seriale to w pani filmografii rzadkość. Obliczyłam, że bierze w nich pani udział średnio raz na dekadę. "Bez tajemnic" - 10 lat temu, "Męskie-żeńskie", w pani reżyserii, prawie 20 lat temu. To taki wewnętrzny rytm serialowy?

- Nie, po prostu nie miałam dotąd żadnej propozycji. Ale sama też nie wychodziłam w stronę kamery, ponieważ od 15 lat zajmuję się głównie fundacją. Wszystkie interesujące role, i w filmach, i w serialach, które do mnie przyszły, zagrałam. Nie narzekam, gram bardzo dużo w teatrze, 200-300 przedstawień w ciągu roku, od 15 lat. Zresztą kiedy byłam aktorką Teatru Powszechnego, nie było ich mniej. Pewnie trudno byłoby znaleźć aktorkę, która uprawiałaby ten zawód tak intensywnie jak ja. Poza tym, nie wiem, być może reżyserzy uważają, że moje środki wyrazu do serialu nie za bardzo się nadają.

A ogląda pani seriale? Olga Tokarczuk, w swojej słynnej mowie noblowskiej, powiedziała, że współczesne czasy nie wypracowały jeszcze własnej narracji, a najbliższy uchwycenia ciągle zmieniającej się rzeczywistości jest właśnie serial.

- Od kiedy Netflix stał się obecny w naszym życiu i mamy dostęp do najlepszych produkcji światowych, to czasem wyszukuję w całej tej bogatej ofercie rzeczy, które są mi bliskie, na przykład "The Kominsky Method". Na co dzień nie mam jednak na to czasu. Trzeba by pół życia poświęcić, żeby siedzieć i oglądać tę ilość seriali, która jest do dyspozycji.

Ten rok, pomimo pandemii, jest dla pani bardzo ważny, jubileuszowy. 15 lat z Teatrem Polonia i 10 lat z Och-Teatrem to kawał życia i kawał dobrej roboty, co potwierdzają wierni widzowie obu scen. Pewnie jest pani dumna z tej dwójki swoich "dzieci"?

- Jestem! Od 15 lat podkreślam, że to nie fundacja jest dla mnie, tylko ja dla fundacji. Moim obowiązkiem jest reagować na jej potrzeby - zrobić zastępstwo, zagrać, wyreżyserować. Służę fundacji. I dawno już przestałam myśleć o sobie jako o aktorce, która ma jakieś wyjątkowe prawa. Raczej, jako szefowa tej fundacji, myślę o innych aktorach. Z drugiej strony, fundacja dała mi szansę zagrania co najmniej kilku znaczących ról: "Danuta W.", "Zapiski z wygnania", "Callas", "Matki i synowie", "Zmierzch długiego dnia", "Biała bluzka", mogłabym wymieniać dłużej. A także dała mi niezaprzeczalną radość grania w wielu komediach i farsach, co też ratuje moje zdrowie psychiczne. Role w "Pomocy domowej", "Weekendzie z R.", czy w "Lily" to ciastka deserowe, które sama sobie ofiarowałam, przy okazji zarabiając dla Fundacji naprawdę niezłe pieniądze.

Jeszcze w tym roku zaplanowała pani premierę sztuki "Aleja Zasłużonych". Sądząc po tytule, pachnie końcem życia. Perwersyjny prezent na urodziny w grudniu?

- Nie, tu nie chodzi o koniec życia, tylko opis sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, my artyści. Gram poetkę. Autorem sztuki jest Jarosław Mikołajewski, wybitny poeta, tłumacz, eseista. Jego tekst opowiada - co mnie zachwyca najbardziej - o kondycji zawodów artystycznych.

 A jaka, pani zdaniem, jest kondycja artysty w obecnych czasach?

- Narzekanie, nas artystów, w obliczu problemów bohaterów tego czasu pandemii - ludzi służby zdrowia - jest nietaktem. Ale nasza sytuacja też jest podła. Nie kocha się artystów w tym kraju. Władza ich lekceważy. Kiedyś szanowano aktorów, nie tylko za wybitne role, ale też za ich zwyczajną, codzienną posługę, za zajmowanie stanowiska w ważnych sprawach społecznych i za branie udziału w akcjach charytatywnych. Teatr i film zawsze uczyły tolerancji, otwartości, ćwiczyły wyobraźnię i przypominały wielkie słowa i uczucia. Teraz trafiliśmy pod rynnę. Bo w większości jesteśmy w opozycji do rządzących dzisiaj, zwracamy uwagę na błędy i niesprawiedliwości, boimy się o wolność, nie tylko w sztuce. A to jest także zadanie ludzi kultury. A ja? Moje życie zawodowe, moje role? Tyle lat pracy! Tyle wieczorów na scenie! Okazuje się, że te wszystkie moje Medee, Elektry, Kotki na gorącym blaszanym dachu, te lata wydalania z siebie wszystkich najlepszych uczuć, nic nie znaczą, dotykają mnie pomówienia, lekceważenie i słowa pogardy od rządzących. Ten zawód zobowiązuje do niesienia ludziom wartości, zasad moralnych. Uświadamia, że człowiek potrafi być okrutny, wstrętny, zły, ale jednocześnie może być piękny, wspaniały, szlachetny. Na końcu w "Callas" mówię, że sztuka jest po to, żeby świat zostawić lepszym i mądrzejszym. I ja w to wierzę, zawsze w to wierzyłam.

Skąd czerpie pani siłę, żeby się nie poddawać?

- Od widzów. Cieszą mnie co wieczór spotkania z publicznością. Ludzie kupują bilety, bo chcą oglądać nas i historie, które im opowiadamy. Nawet podczas pandemii mieliśmy 50 procent widowni. Publiczność w Polsce jest nadzwyczajna. W Warszawie mamy 17 teatrów publicznych, finansowanych przez państwo, i wiele, wiele niepublicznych. Ale jeśli się policzy ilość miejsc na widowni, to nie są to jakieś oszałamiające liczby, a w dwumilionowym europejskim mieście musimy grać, grać, grać, wystawiać interesujące rzeczy, mówić prawdę, nawet niepopularną. Obnażać wady, stereotypy i śmiać się z samych siebie.

Jest pani jedną z najbardziej utytułowanych polskich aktorek. Ilość otrzymanych medali, odznaczeń, tytułów, o nagroda aktorskich nie wspominając, budzi respekt. Była już pani m.in. Kobietą z Marmuru, Kobietą z Żelaza, Człowiekiem Wolności.

- Tytuł "Człowiek Wolności", otrzymany z okazji 25-lecia przemian ustrojowych, to dla mnie ważne wyróżnienie. Mam też Medal Karola Wielkiego w dziedzinie sztuki za wkład w zjednoczenie Europy, ponieważ zagrałam w kilku ważnych europejskich filmach. Ale najważniejszy jest medal od Muzeum Polin "za umiejętność współodczuwania". Czy aktorka może dostać nagrodę, która ma piękniejsze uzasadnienie?

W tym roku uczestniczyła pani w odsłanianiu pamiątkowej tablicy przed domem Andrzeja Wajdy na Żoliborzu. Zawsze pani powtarzała, że to Wajda stworzył panią jako aktorkę i osobę wrażliwą na problemy społeczne.

- Andrzej Wajda jako człowiek, twórca, obywatel, Polak, powoli przestaje istnieć w świadomości społecznej. Telewizja prawie wcale nie pokazuje jego filmów. Andrzej Wajda i jego twórczość powinna być obowiązkową lekturą szkolną.

Skoro o młodzieży mowa, śliczną ma pani wnuczkę. Jej zdjęcie, które jakiś czas temu wrzuciła pani na Instagrama, wywołało w sieci burzliwą debatę.

- Bardzo mnie to rozśmieszyło. Zrobiłam Jadzi zdjęcie w sobotni poranek, taka była cudna po obudzeniu, i za jej zgodą wrzuciłam na Instagrama. No i zrobiła się burza. Jadzia jest miłą osobą, bardzo piękną dziewczyną, a przy tym skromną, dlatego była tym zainteresowaniem zszokowana. Postanowiłyśmy więc jak najszybciej o tym zapomnieć (uśmiech - przyp. red.).

Widać, że ma pani fajne relacje ze swoimi wnuczkami.

- Jestem osobą bardzo rodzinną. Stale jesteśmy w kontakcie, teraz na telefonach, bo od dłuższego czasu się izoluję, boję się zachorować. Moja starsza wnuczka, Lena, studiuje reżyserię. W tej chwili realizuje swój kolejny film. Staram się ją wspierać, bardzo jej kibicuję. Moi synowie, obecnie 30-latkowie, to też jeszcze dla mnie młodzież, życie przed nimi. Jestem otoczona młodzieżą, dziećmi, wnukami, ich kolegami. W Fundacji też pracują sami młodzi ludzie. Jestem najstarsza i "Mamo, uważaj na siebie!", "Mamo, nie wychodź!" - słyszę ciągle.

Towarzystwo młodych to pozytywny zastrzyk energii?

- Tak, ale teatr nie mógłby też istnieć bez starszych aktorów, bez nestorów. W "Alei Zasłużonych" pracuję na przykład z Emilką Krakowską, Olem Łukaszewiczem, Grzesiem Warchołem. Trudno o nas powiedzieć, że jesteśmy młodzieżą. Jest jeszcze Dorota Landowska, ale ją traktujemy jak młodzież.

Czego wam życzyć na te trudne czasy?

- Żeby pandemia się skończyła, potem, żeby można było pracować i grać normalnie, to damy sobie radę. Na nic nasze pomysły, talenty, entuzjazm, skoro nie możemy grać, gubimy sens, rytm, nadzieję i oddech.

Ewa Jaśkiewicz/AKPA

AKPA
Dowiedz się więcej na temat: Krystyna Janda

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje