Kino niezależne to tylko pewien etap

Polski Instytut Sztuki Filmowej był pod wrażeniem jego scenariusza, opartego na opowiadaniach Olgi Tokarczuk z powieści "Bieguni", ale nie wsparł jego filmu finansowo. - Zasugerowano mi dalszą pracę nad projektem, ale obawiałem się, że będzie się to ciągnęło w nieskończoność i nie zrobię tego filmu wcale - mówi reżyser "Zniknięcia", Adam Uryniak.

Premiera jego filmu odbyła się w poniedziałek, 18 kwietnia, w Krakowskim Centrum Kinowym ARS, w sali Sztuka. Gościem specjalnym pokazu była autorka "Bieguni", Olga Tokarczuk.

Reklama

Krystian Zając: Wychowałeś się w "środowisku medycznym" - twoi rodzice są lekarzami. Nigdy nie kusiło cię, żeby kontynuować tę rodzinną tradycję? Dlaczego postanowiłeś zostać właśnie reżyserem filmowym?

Adam Uryniak: - Nigdy nie chciałem zostać lekarzem. Odkąd pamiętam, rodzice odradzali mi pójście tą drogą, więc nie brałem tego nawet pod uwagę. Kiedy byłem mały, chciałem być archeologiem, informatykiem, potem krytykiem filmowym i to zaprowadziło mnie do reżyserii. Medycyna jest poza sferą moich zainteresowań. Mojego kolegę, którego rodzice też są lekarzami, ktoś kiedyś zapytał, dlaczego nie poszedł on w ślady ojców, on odparł, że: 'Ślady ojców trzeba zaorać'. Wychodzę z podobnych założeń.

Z wykształcenia jesteś przede wszystkim teoretykiem, skończyłeś filmoznawstwo na UJ. Wiem, że mógłbyś godzinami rozkładać film na czynniki pierwsze, analizować go pod różnymi względami. Czemu postawiłeś na praktykę, wolałeś stanąć po drugiej stronie kamery i zamiast osądzać, być osądzanym?

- Ani w liceum ani na początku studiów nie brałem pod uwagę możliwości robienia filmów. Każdy pewnie kiedyś chciał być aktorem, ale to są marzenia rodem z podstawówki. Potem, na poważnie, chciałem być kimś w rodzaju krytyka.

Teoretykiem, historykiem kina?

- Tak, w grę wchodziła jakaś akademicka kariera. Całkiem przypadkowo - podczas studiów - zacząłem jednak kręcić etiudy, krótsze, dłuższe, bardziej na żarty, mniej na żarty. I w pewnym momencie odkryłem, że to jest to.

Kariera naukowa została odsunięta na bok?

- Kariera naukowa nie wyglądała zbyt dobrze od samego początku (śmiech). Pozostawała w sferze jakichś bliżej nieokreślonych planów, odkładanych wciąż na później. Pisałem artykuły, recenzje, ale to nie było to. Tymczasem rozpędu nabrała moja kariera filmowca niezależnego.

A nie uważasz, że łatwiej jest oceniać, niż być ocenianym?

- Z pisaniem recenzji jest jeszcze taki problem, że ktoś musi chcieć je opublikować, a ktoś inny przeczytać. Poza tym w pewnym momencie odkryłem, że w zasadzie nie lubię tego robić. W trakcie badań związanych z moją pracą magisterską doszedłem do wniosku, że nie widzę sensu w zapisywaniu tego wszystkiego. Zaczynałem analizować film, przeczytałem wszystko na jego temat i nagle musiałem usiąść i pisać o nim, ale wciąż zadawałem sobie pytanie: po co, skoro ktoś już to kiedyś zrobił? Po prostu minąłem się z teoretyzowaniem. Robienie filmu to świetna sprawa, bo zaczynasz od zera. Jest tylko jakiś zarys pomysłu, do którego powoli wszystko dobudowujesz, a potem nagle okazuje się, że jest premiera, festiwale, plakaty.

- Są twórcy filmowi, którzy nakręcili jeden, dwa filmy i o nich się mówi, pamięta. Należy do nich np. Terrence Malick - który do pewnego momentu miał na swoim koncie jedynie: 'Badlands' i 'Niebiańskie dni', ale był i jest ciągle wspominany jako klasyk kina. Ktoś, kto chciałby zostać klasykiem teorii filmu, musi napisać tych recenzji ogrom i publikować w wielu gazetach. A w konsekwencji i tak trudno przywołać jakąś jedną konkretną, która sprawiła, że to właśnie ten krytyk jest wybitny. Pisząc, buduje się swoje nazwisko bardzo powoli, także to jest zupełnie inny rodzaj pracy, dotyczy czego innego.

- A jak jest z filmami? Rzeczywiście potrzeba pieniędzy na produkcję, ktoś później musi chcieć zobaczyć film, pokazać go innym, ale w moim przypadku było tak, że trafiłem na okres rozkwitu kina 'offowego'. Pojawiła się wówczas masa festiwali w całej Polsce, gdzie ludzie mogli oglądać nasze filmy. Poza tym był jeszcze Internet, a większość filmów kręconych przez Butcher's Films jest rozprowadzana właśnie tą drogą.

Wymieniłeś nazwę Butcher's Films. Masz na myśli niezależną krakowską grupę filmową, do której należysz. Jak to się stało, że się w niej znalazłeś?

- Studiowałem na jednym roku filmoznawstwa z Filipem Rudnickim, który jest prezesem tej grupy. Jego pomysł narodził się jeszcze w liceum, gdzie razem z kolegami nagrywał filmy. Filip zaczął studiować filmoznawstwo, ale miał ostre postanowienie zostania filmowcem. Nie dostał się na reżyserię do Katowic i filmoznawstwo było jego 'planem B'. Dzięki znajomości z nim sam zacząłem robić filmy.

Jak wygląda praca w tej grupie?

- Zupełnie normalnie (śmiech). Masz pomysł na film, piszesz scenariusz, dajesz go pozostałym członkom do przeczytania i oceny. Zaczynasz przygotowania...

- Zresztą to cały czas się zmienia. Zupełnie inaczej wyglądały prace dwa, trzy lata temu, kiedy w zasadzie cała obsada to byli ludzie z grupy. W tej chwili to się bardzo zmieniło. Wcześniej wszyscy członkowie grupy znajdowali zatrudnienie za i przed kamerą, teraz często pomagają w sprawach organizacyjnych czy okołofilmowych, czasem produkcyjnych, w filmach natomiast występują już niemal wyłącznie profesjonaliści.

Co stanowi dla ciebie inspirację? W jaki sposób szukasz tematów do swoich kolejnych filmów?

- Głównie z życia, wiesz, różne rzeczy mogą się przydarzyć. Dla 'Zabójstwa Romana Kowalskiego' punktem wyjścia był film 'Potęga strachu' Wayne'a Kramera - chciałem po prostu zrobić coś podobnego. Z kolei, kiedy zaczynałem robić 'Podglądacza' miałem zamiar zrealizowania obrazu, w którym byłaby scena w barze, gdzie słychać jakiś jazzowy kawałek śpiewany przez kobietę rzewnym głosem, na przeciwko której siedzi samotny mężczyzna nad kuflem piwa. Na podstawie tej jednej sceny powstała cała fabuła. W przypadku mojego najnowszego filmu - 'Zniknięcia' - inspiracją było opowiadanie Olgi Tokarczuk, które spodobało mi się tak bardzo, że zdecydowałem się je przenieść na ekran. Bywało też tak, że ktoś przychodził do mnie z gotowym scenariuszem, tak jak przy okazji filmu 'Marta'.

Która faza jest dla ciebie najtrudniejsza w trakcie realizacji filmu? Czy największe problemy masz na poziomie scenariusza, czy nieco później - na planie, gdy trzeba nad wszystkim zapanować, a może już w fazie postprodukcji?

- Najtrudniejszy jest na pewno etap produkcji, kiedy wszystko dzieje się naraz. Błędy, które pojawiają się w innych fazach, można jakoś skorygować. To, co zepsuje się w fazie realizacji zdjęć, jest już w zasadzie nieodwracalne. Poza tym wtedy jest najtrudniej, bo jest największe zamieszanie, największy stres, ale jednocześnie jest to też ta część, która daje największą satysfakcję, bo widzisz jak kolejne strony scenariusza zamieniają się w realny film.

- Oczywiście pisanie także jest bardzo trudne, trzeba czekać, żeby spłynęło na ciebie natchnienie (śmiech). Można też pracować inaczej, zmuszać się co codziennego pisania, niemal rzemieślniczego, żeby się wprawić, ale jak wiadomo, różne rzeczy przeszkadzają człowiekowi w życiu. Kiedy pracuje się samemu ze sobą trzeba wykazać się ogromną dyscypliną. W postprodukcji zwykle nie ma rzeczy, które byłyby nie do przeskoczenia, czy bardzo by przeszkadzały. Jest to też o tyle przyjemny etap, że dzięki niemu widzisz, jak ze 'ścinków' powstają sceny, które kiedyś były jedynie w twojej głowie. Czasami zdarzają się takie momenty, że wiesz, iż coś zostało zepsute na planie, a podczas montażu udaje się to naprawić i to też jest bardzo satysfakcjonujące.

Wymieniłeś wcześniej tytuł swojego nowego filmu - "Zniknięcie". Jak doszło do tego, że zainteresowałeś się powieścią "Bieguni" Olgi Tokarczuk w kontekście filmowym? Dlaczego wybrałeś z niej właśnie opowiadania o Kunickim i to je postanowiłeś przenieść na ekran?

- Moja mama przeczytała 'Biegunów', powiedziała mi, że jest tam świetne opowiadanie i powinienem spróbować zrobić film na jego podstawie. Było to mniej więcej w czasie, kiedy Filip Rudnicki robił swój film na podstawie opowiadania Wojciecha Kuczoka, więc adaptacja prozy uznanego polskiego pisarza wydawała się kuszącym pomysłem. Przeczytałem trzy opowiadania z powieści, które bardzo mi się spodobały i pomyślałem, że warto spróbować. Miałem szczęście, bo akurat w Krakowie odbywało się spotkanie z Olgą Tokarczuk. Poszedłem na nie i wyjaśniłem pisarce, na czym polega mój pomysł i spytałem, czy nie miałaby nic przeciwko temu, żebym spróbował napisać scenariusz na podstawie jej prozy. Zgodziła się, a gdy wysłałem jej już gotowy projekt, powiedziała, że jej się podoba.

Miała jakieś uwagi do twojej koncepcji?

- Nie, w ogóle. Nie konsultowaliśmy się na etapie scenariusza, a potem też nie pojawiły się żadne uwagi z jej strony. Napisała tylko, że podoba jej się to, co zrobiłem z tym opowiadaniem.

Jakie trudności pojawiły się na planie 'Zniknięcia'? Wiem, że pierwsza część zdjęć powstawała nad morzem, a druga w Krakowie. Co było trudniejsze, gdzie napotkałeś większe problemy: organizacyjne, realizacyjne, aktorskie?

- Paradoksalnie produkcja tego filmu przebiegła bardzo sprawnie, dużo lepiej niż się tego spodziewałem. Obawiałem się przede wszystkim eskapady nad morze - cała ekipa musiała udać się do Serbinowa. Ponieważ przebywaliśmy tam wszyscy razem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, cały plan dnia był podporządkowany robieniu filmu. Pogoda nam dopisała, nad morzem w lecie są bardzo długie dni, więc udało się wszystko nagrać.

- Dużo trudniej poszło w Krakowie, ale też dlatego, że to był dłuższy plan - część krakowska trwała trzynaście dni, nadmorska sześć. W pewnym momencie zaczął nas gonić czas, bo mieliśmy pewne ograniczenia odnośnie lokacji, w których możemy nagrywać. No i jak zwykle pojawił kłopot związany z obecnością dziecka na planie. Zawsze słyszałem, że dzieci i zwierzęta to zmora każdego filmowca i rzeczywiście przekonałem się, że z małym dzieckiem ciężko się współpracuje, bo nie bardzo słucha wskazówek reżyserskich. Tymczasem fabuła wymagała tego, by w kilku scenach pojawiło się dziecko - grające syna głównych bohaterów - które odmawiało współpracy, często na wiele godzin. Na szczęście udało się wszystko dopiąć, zrealizowaliśmy to, co sobie zamierzyłem i skończyliśmy zgodnie z planem.

Powiedziałeś, że twój scenariusz podobał się Oldze Tokarczuk, wiem też, że zainteresował przedstawicieli Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, do którego ubiegałeś się o dotację. Dostałeś jakieś pieniądze z PISF-u?

- Nie dostałem żadnych pieniędzy. Mój projekt trafił najpierw do grupy ekspertów, którzy ocenili scenariusz bardzo dobrze. Dwóch ekspertów było 'na tak', dwóch sugerowało przesunięcie zdjęć i wprowadzenie poprawek do scenariusza, jeden był przeciwny projektowi. Ogólnie zasugerowano mi dalszą pracę nad projektem, tak żeby wydłużyć planowany metraż i urealnić budżet.

Co oznacza urealnienie budżetu?

- Przede wszystkim wprowadzenie stawek, które obowiązują w świecie filmowym. Pewne rzeczy celowo zaniżyliśmy, m.in. ja zrezygnowałem ze swojej pensji, chcieliśmy też robić film cyfrowo, a nie na taśmie, co też drastycznie obniżało koszty produkcji. Budżet napisałem taki, jaki uznałem za stosowny, został on jednak zakwestionowany. PISF doszedł również do wniosku, że scenariusz jest nieco za krótki. Musiałem w efekcie nakręcić film za dużo mniejsze pieniądze. Nie chciałem czekać do następnej sesji PISF-u, bo obawiałem się, że będzie się to ciągnęło w nieskończoność i nie zrobię tego filmu wcale.

Skąd w takim razie wziąłeś pieniądze na realizację "Zniknięcia"?

- Część dostałem od firmy Mulitmedia, która od wielu lat zajmuje się m.in. sponsorowaniem filmowców niezależnych. Zainwestowałem też swoje oszczędności. Reżyseria to generalnie moje hobby, działanie non-profit, a poza tym pracuję również, robiąc m.in. filmy promocyjne i reklamowe. Dzięki pieniądzom uzyskanym z tych zleceń, dopiąłem budżet.

A jak to wyglądało w wypadku twoich wcześniejszych filmów, kto je finansował?

- 'Podglądacz' kosztował 900 złotych, w przypadku pozostałych obrazów to były również tego typu kwoty, więc nie da się ukryć, że nie jest to wielkie wyzwanie dla kogokolwiek, zainwestować taką sumę pieniędzy. Wystarczy oszczędzać parę tygodni czy miesięcy. Wcześniej pieniądze nie sprawiały też specjalnych problemów, bo udawało mi się zawsze porozumieć z ludźmi, którzy współpracowali, użyczali wnętrz, dzięki czemu wszystko odbywało się za darmo.

A jak to wygląda w przypadku aktorów. Wspominałeś, że na początku swojej reżyserskiej przygody współpracowałeś przede wszystkim z naturszczykami. Swoje ostatni filmy realizujesz już jednak z wykształconymi aktorami (czasem pojawiają się w nich gwiazdy, jak Jerzy Trela w "Zniknięciu"). Jak bardzo różni się praca z aktorem amatorem od pracy z aktorem profesjonalistą?

- Jest zupełnie inna. Gdy masz doświadczonych aktorów czy nawet studentów z PWST, oni wiedzą jak zagrać pewne rzeczy, podejrzewam, że nawet lepiej ode mnie. Rozmawiamy wtedy o takich kwestiach: jak przeżywanie roli, wizja danej postaci, itp. W przypadku pracy z aktorami, najczęściej ograniczam się do uwag typu: 'Powiedz tę kwestię nieco ciszej lub głośniej, zrób taki gest a nie inny'. Po kolejnych dublach wychodzi w końcu zadowalający efekt. W pracy z naturszczykami częściej trzeba robić tak, by to nie aktor stawał się postacią, ale by postać upodobniła się do osoby, która ją gra. Wtedy efekt końcowy jest najbardziej zadowalający. Zdolni profesjonalni aktorzy potrafią wszystko.

Oni też grają non-profit?

- To zależy.

Sam także próbujesz swoich sił z drugiej strony kamery i występujesz w filmach innych członków Butcher's Films: Przemysława Filipowicza czy Filipa Rudnickiego, pojawiasz się również w epizodach we własnych produkcjach. Ciągnie cię do aktorstwa?

- No jasne, każdego trochę ciągnie. W moim przypadku początkowo odbywało się to na wspomnianej wcześniej zasadzie - każdy gra u każdego. Ponieważ sprawiało mi to dużo przyjemności, bardzo chętnie zgłaszałem się do kolejnych ról. Poza tym pojawiając się przed kamerą, wyciągam z tego pewne wnioski. Kiedy występuje jako aktor-amator, wiem, które wskazówki reżysera były pomocne, które były kompletnie bez sensu, a których mi po prostu zabrakło. Tego typu doświadczenia staram się potem przenieść na moją pracę z aktorem, którego wówczas lepiej rozumiem. Przez pewien czas uczęszczałem również na kurs aktorski, także głównie po to, żeby lepiej pracować z aktorami.

Chodziłeś też do szkoły, w której studiowałeś reżyserię. Czy twoim zdaniem młodzi artyści muszą skończyć studia reżyserskie - w Łodzi, Katowicach, Warszawie czy Krakowie - czy nie jest to niezbędne, aby realizować filmy?

- Wydaje mi się, że edukacja nigdy w niczym nie jest w stanie przeszkodzić, chociażby dlatego, że zawsze można spotkać kogoś bardzo inspirującego. Miałem zajęcia z Grzegorzem Królikiewiczem - to było niesamowite przeżycie, które bardzo wiele mi dało. Poza tym w szkole spotyka się ludzi, którzy podobnie jak ty, chcą robić filmy, tworzy się więc jakąś sieć przyjaźni, znajomości na przyszłość, które mogą procentować, tak jak nasza współpraca w Butcher's Films. Jak pokazuje rzeczywistość, większość reżyserów, którzy pracują w zawodzie, to jednak wykształceni w tym kierunku ludzie. Oczywiście można podawać przykładów twórców, którzy nie skończyli szkoły, a zrobili doskonałe filmy, ale to są jednostki.

Z pewnością myślisz o przejściu do głównego nurtu kina, chciałbyś tworzyć w mainstreamie?

- Oczywiście, w moim przypadku kino niezależne to (mam nadzieję) tylko pewien etap. Zaczynałem robić filmy całkowicie po amatorsku - dla zabawy, ale w końcu chciałbym stanąć za kamerą profesjonalnej, wielkiej produkcji.

Masz wizję, jak do tego dojść?

- Mam nadzieję, że 'Zniknięcie' zostanie zauważone. Wtedy może łatwiej będzie coś zdziałać. Nie ma jednak sensu opierać swoich planów na gdybaniach. Mam kilka pomysłów, nad którymi pracuję. Będę się starał zdobyć koproducenta - spróbować zainteresować go jakimiś swoimi pomysłami. Zobaczymy.

Dziękuję za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje