Reklama

Katarzyna Dąbrowska: Lubię różnorodność

Aktorzy grający w „Belfrze” niemal do końca zdjęć nie wiedzieli, komu przypadła rola mordercy. Robili zakłady, a nawet kłócili się!

Katarzyna Dąbrowska

Serial "Belfer" nabiera tempa, ale ja wciąż nie wiem, kto zabił. Podobno aktorzy grający w tej produkcji też do końca nie znali rozwiązania zagadki?

Reklama

Katarzyna Dąbrowska: - To prawda. Nikt z ekipy, oczywiście poza producentem, reżyserem i kilkoma wtajemniczonymi osobami, nie znał rozwiązania aż do chwili kręcenia ostatniego odcinka. Spekulacjom nie było końca, robiliśmy zakłady, dyskutowaliśmy, pamiętam też jedną zażartą kłótnię naszych młodszych kolegów - spór dotyczył oczywiście tego, kto miał bardziej przekonujący motyw, żeby zabić Asię.

Lubi pani czytać kryminały?

- Tak, ale nie jestem ich namiętną czytelniczką, wolę raczej inną literaturę. Gdybym miała przedstawić moje ostatnie fascynacje, wymieniłabym Szczepana Twardocha, Karla Ove Knausgarda, reportażystów Jacka Hugo-Badera i Justynę Kopińską.

Ale chyba rola w serialu ze zbrodnią w tle panią ucieszyła?

- Bardzo! Dla aktora zmierzenie się z kinem, a w tym wypadku serialem, gatunkowym jest zawsze fajnym, ciekawym wyzwaniem.

Gra pani Martę Mirską, nauczycielkę. Czy zbieżność nazwiska postaci z pani pasją do śpiewu była zamierzona?

- Nie, to zupełny przypadek. Oczywiście wiem, że była taka piosenkarka, a czy wiedzieli o tym Monika Powalisz i Jakub Żulczyk, twórcy scenariusza? Ale to chyba Maciek Stuhr pierwszy zwrócił uwagę na ten zabawny zbieg okoliczności, przesyłając mi zdjęcie tablicy pamiątkowej: "W tym domu w latach 1956-1991 mieszkała Marta Mirska, królowa piosenki polskiej". Jednak ta Marta Mirska nie ma nic wspólnego z graną przeze mnie postacią.

Jak się pani czuła, grając wychowawczynię swoich kolegów po fachu, pewnie często w rzeczywistości niewiele od pani młodszych?

- Ta różnica wieku wcale nie jest taka mała. Niektórzy z nich są młodsi ode mnie pewnie o jakieś 10 lat, ale to nie jest ważne. Jedni są po szkołach teatralnych, inni nie, ale to dorośli, często już ukształtowani aktorzy. Nie dostają więc taryfy ulgowej na planie. Ci młodzi aktorzy, nowe twarze to zresztą duża siła serialu "Belfer", coś, co także wyróżnia tę produkcję na tle innych.

Lubi pani Martę? Przyznam, że po pierwszym odcinku miałam wobec niej pewne podejrzenia.

- W pierwszych odcinkach widzimy, że celem Mirskiej jest przede wszystkim opieka nad swoimi uczniami, to nauczycielka i wychowawczyni z pasją. Ale jeżeli ma pani odczucie, że ona chroni nie tylko uczniów, ale też siebie, to dobrze. W tej opowieści chodzi właśnie o mylenie tropów, a reżyser tak prowadził aktorów, żeby w tym myleniu, zastawianiu pułapek na widzów, pomogli. Dla mnie ważne jest, że Mirska jest kompletnie inną postacią niż Wiktoria z "Na dobre i na złe", z którą widzowie mnie kojarzą. Wiktoria jest impulsywna, autorytarna, a Marta ciepła, opiekuńcza.

Obejrzała już pani cały serial?

- Nie, śledzę go w taki sam sposób jak widzowie, oglądam więc tylko jeden odcinek tygodniowo.

Pani bardzo dużo czasu spędza w teatrze...

- To prawda. Na co dzień pracuję w Teatrze Współczesnym w Warszawie, jestem właśnie chwilę po premierze spektaklu "Lepiej już było..." w reżyserii Wojciecha Adamczyka.

Czym jest dla pani teatr?

- Czymś bardzo ważnym, taką stacją matką, miejscem, które najbardziej mnie zawodowo rozwija. W teatrze, a na pewno w Teatrze Współczesnym, jest też coś, o co w dzisiejszych czasach coraz trudniej, czyli zespół, prawdziwy, zżyty ze sobą zespół teatralny. W teatrze mogę bezkarnie podglądać starszych kolegów, uczyć się od nich warsztatu. Ta praca rozwija także dlatego, że zapewnia aktorowi różnorodność ról, stylistyk, form. Jednego dnia mogę zagrać dziwkę, a następnego dnia wyjść na scenę jako królowa duńska w "Hamlecie". No i bezcenny jest bezpośredni kontakt z widzem.

Aktorstwo ma też to do siebie, że często pracuje się z ludźmi, których uważa się za mistrzów, idoli. Jak to jest grać z kimś takim?

- Na przykład w "Lepiej już było..." po raz pierwszy staję na scenie obok pani Marty Lipińskiej i przyznaję - byłam onieśmielona. Ale to naprawdę szczęście i przywilej grać z ludźmi, których podziwiałam i podziwiam. A oni nie patrzą na mnie z góry, tylko podkreślają, że na scenie jesteśmy równorzędnymi partnerami.

Jest pani niezwykle zajętą osobą, ale udaje się pani znaleźć jeszcze czas na śpiew.

- Bo uwielbiam to robić. Tak, jestem zajęta, ale nie chcę rezygnować ze śpiewania. Kiedyś nawet wydawało mi się, że może tego śpiewania w moim życiu zawodowym będzie więcej. Jednak wszystko poukładało się tak, że teraz jestem zajęta głównie pracą w teatrze, filmie, telewizji. Ale być może za chwilę będzie inaczej. Śpiewanie daje mi ogromną satysfakcję. To jest jeszcze inna forma spotkania z widzem, słuchaczem, z ludźmi. Lubię te chwile, kiedy podczas koncertów wydarza się coś magicznego i następuje niezwykła wymiana energii między mną, muzykami a widownią. Kocham to i oby takie chwile zdarzały się jak najczęściej.

Iwona Leończuk

Teleświat

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Katarzyna Dąbrowska | Belfer (serial)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje