Reklama

Katarzyna Chrzanowska: Odnalazła radość w Andaluzji

Ludzie przeprowadzają się z kilku powodów: z powodu pracy, miłości tej życiowej albo z miłości do jakiegoś miejsca. Katarzyna Chrzanowska, aktorka, której dwadzieścia lat temu popularność przyniósł serial "Adam i Ewa" od kilku lat mieszka w Andaluzji, a dokładnie w miasteczku Mijas. Tu, jak mówi, po ciężkich życiowy przeżyciach, odnalazła alegrię, czyli radość.

Katarzyna Chrzanowska

Jak to się stało, że Andaluzja stała się pani domem?

Reklama

Katarzyna Chrzanowska: - Po ciężkich przeżyciach i zakrętach życiowych w 2014 roku udało mi się w końcu sprzedać dom. Wtedy zdecydowałam się na totalną zmianę miejsca, kraju, klimatu, właściwie wszystkiego. Wiedziałam, że nie chcę już żyć we Francji. Za dużo miałam wspomnień. Życie w Paryżu, który będzie mi bliski zawsze, stało się dla mnie za trudne. Kocham to miasto, tam poznałam miłość życia, Piotra, dostałam pierwszą filmową propozycję, urodziły się moje bliźniaczki. Z przyjemnością tam wracam, ale paryski etap mam za sobą.

- Po mojej pierwszej podróży po Andaluzji w 2007 roku poczułam, że to miejsce jest dla mnie przychylne. Nie wiedziałam, dlaczego czuję się tu "nieobco", co jak na początek znajomości znaczy bardzo wiele. Kiedy mogłam sobie pozwolić na kupno domu, przypomniałam sobie, jak dobrze się tu czułam. Zresztą już w samolocie do Francji pomyślałam, że na pewno tu wrócę na dłużej. Zrealizowałam ten plan, nie do końca przemyślany. Spontaniczny. Inaczej mogłabym nigdy nie podjąć tej decyzji. 

To dom z widokiem na morze?

- Oglądając filmy, zawsze podobały mi się domy z widokiem na morze i o takim widoku marzyłam. Jednym z najmocniejszych walorów mojego domu w Mijas jest właśnie widok na morze. Przy dobrej pogodzie widzę nawet Afrykę. Mam też częściowo widok na góry. To są nieduże wzgórza z cyprysami i utkanymi gdzieniegdzie z białymi domami sąsiadów. Ten widok też sobie cenię. Przypomina mi pejzaż z renesansowych włoskich obrazów.

Aż trudno uwierzyć, że pani córki Stefania i Celina to już dorosłe kobiety. Są podobne do pani?

- Obie są młodymi, niezależnymi kobietami. Stefania chyba bardziej przypomina mnie niż Celina. Celina twierdzi, że jesteśmy kompletnie różne i nie nadajemy się do wspólnego życia. Nie będę powtarzać jak starsze pokolenie, że ja w ich wieku miałam już trzyletnie dzieci. Czasy są różne i teraz młodzi ludzie inaczej myślą o życiu. Razem z niektórymi koleżankami z przykrością stwierdzamy jednak, że być może w ogóle nie będziemy babciami.

Pierwsze zatańczone flamenco już za panią?

- Pierwsze flamenco zatańczyłam publicznie na andaluzyjskich chrzcinach i nie chwaląc się, wszyscy pytali, gdzie uczyłam się tańczyć. Gdyby nie różne wydarzenia w moim życiu i budowa ciała, oddałabym się tańcu z przyjemnością. To moja niezrealizowana pasja, którą uprawiam prywatnie. Mam to chyba po babci, która tańczyła fantastycznie. Flamenco jest szczególne, albo się je kocha, albo nie. To kwintesencja andaluzyjskiej natury, mimo że jest tańcem andaluzyjskich Romów wszyscy Andaluzyjczycy tańczą flamenco. To wizytówka ich temperamentu i emocjonalności.

Andaluzja to tygiel wielu kultur. Tu czuje się pani obywatelką świata?

- Tak jak kiedyś byłam pasjonatką Paryża, oprowadzałam nawet prywatnie wycieczki, tak teraz mam całą Andaluzję do odkrywania. To jest stopniowy, pasjonujący proces. Zaczęłam od nauki języka. Język to ludzie, to region, to tradycja. Andaluzja była pod wpływem arabskim blisko 800 lat. Przeszło 4000 słów pochodzi z języka arabskiego, jak również wiele obyczajów, które weszły do życia Hiszpanów. Historia jest tu wszechobecna. O moich obserwacjach piszę w dzienniku pandemicznym. Odczuwam alergię, radość, że niektórzy wciągnęli się w te moje notatki z życia. Wybrałam Mijas, bo wydawało mi się, że jest ciągle autentyczne z jego mieszkańcami i mniej dotknięte turystyką niż inne miejsca.

Dziennik pandemiczny to świadectwo naszych czasów, ale też tego małego skrawka świata, który, no właśnie, pokochała pani z wzajemnością?

- Na miłość jest zawsze miejsce. Niezależnie od tego czy to Francja, Polska czy Andaluzja. Im dłużej żyję, tym bardziej rozumiem, że miłość ma wiele ma twarzy. Podpisuję się całą sobą pod stwierdzeniem, że podstawowym napędem energii życiowej jest miłość. Jeśli to czujemy, życie jest piękne i warte wysiłku.

Jest w tej historii w pani sercu miejsce na miłość?

- Jeśli chodzi o sferę damsko-męską to poznałam wielką miłość - mego męża. Po jego śmierci doznałam wielu rozczarowań, pewnie jak niejedna z nas, ale nigdy nie przestałam wierzyć, że istnieje miłość. Na razie jednak bardziej cenię sobie przyjacielskie relacje. Sceny zazdrości, zdrady, namiętności wolę przeżywać w sztuce. Olé!

Beata Banasiewicz

AKPA

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Katarzyna Chrzanowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje