Karol Dziuba: Nie mam wpływu na porównania do Władysława Hańczy
Oprac.: Tomasz Bielenia
Karol Dziuba bezapelacyjnie przeżywa właśnie swój rozkwit aktorski. Znany z produkcji takich jak m.in.: "Stulecie Winnych", "Czas honoru", "Korona królów. Jagiellonowie" czy "O mnie się nie martw" już niebawem da się poznać jako Władysław Kargul w prequelu kultowej serii "Sami swoi. Początek". Chociaż grafik Karola Dziuby jest teraz wyjątkowo napięty, każdą wolną chwilę stara się przeznaczać na rodzinę. Razem z żoną Mileną Suszyńską są typami domatorów i, jak sam twierdzi, bardzo lubi swoją "nudną" rutynę.
Władysław Hańcza w "Samych swoich" (L) i Karol Dziuba w filmie "Sami swoi. Początek" (P)archiwum filmu / Jarosław SosińskiAgencja FORUM
Na początek zafunduję panu podróż wehikułem czasu. Pamięta pan swój ulubiony film z dzieciństwa?
Karol Dziuba: - Definitywnie "Król lew". Ten film jest jednym z tych, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Do dziś wywołuje we mnie duże emocje. Potem na celowniku był "Shrek".W domu rodzinnym znajdowali państwo czas na oglądanie "Samych swoich"?
- Oczywiście, było to wręcz nieuniknione. W czasach mojego dzieciństwa było zdecydowanie mniej kanałów telewizyjnych i często natrafiałem na tę produkcje. Już wtedy był to kultowy film. Bardzo się ucieszyłem, kiedy dostałem propozycję wcielenia się w rolę Władysława Kargula. To dla mnie spore, ale miłe wyzwanie. Kiedy przeczytałem scenariusz, również bardzo mi się spodobał i odliczałem dni do pierwszych zdjęć.
Jak wyglądały przygotowania do tej roli?- Oglądałem film jeszcze raz, jednak nie po to, aby próbować kopiować pana Hańczę, tylko by lepiej wprowadzić się w klimat. Chciałem nabrać inspiracji, jednak reżyser od samego początku nam powtarzał, że tworzymy osobną historię. Musiałem nauczyć się przede wszystkim zaciągać "po wschodniemu". Często korzystaliśmy z pomocy konsultantki, która była świetnie przygotowana. Spotykaliśmy się na planie, ale również łączyliśmy internetowo. To było coś, nad tym musiałem nieźle popracować.
Film reżyseruje Artur Żmijewski. "Chcę zrobić film, który będzie zrozumiały dla współczesnego widza, który wytłumaczy genezę sporu Pawlaków i Karguli oraz opisze świat, w którym żyli przed przybyciem na Ziemie Odzyskane. Chcę, żeby była to zupełnie nowa, uniwersalna opowieść o nas - takich, jakimi jesteśmy na co dzień, z wszystkimi wadami i zaletami. Niezależnie od miejsca, w którym żyjemy" - mówi. "W jednym z wywiadów Andrzej Mularczyk powiedział: 'Prawdziwa komedia musi bawić i wzruszać'. I właśnie taką komedię chcę zrealizować" - dodaje.Jarosław Sosińskimateriały prasowe
Historia rodzin Pawlaków i Karguli jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Wśród osób opuszczających swe domy na Kresach, leżących dziś w granicach Ukrainy, był Jan Mularczyk, stryj znakomitego scenarzysty i pisarza Andrzeja Mularczyka, autora scenariusza do kultowej trylogii i prequelu. To właśnie on stał się, wiele lat później, pierwowzorem postaci Kazimierza Pawlaka, doskonale znanej z trylogii "Sami swoi", "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć". Jan Mularczyk, osiedlił się w Tymowej, w okolicy Lubina, na terenie Dolnego Śląska. Jarosław Sosińskimateriały prasowe
Pawlak i Kargul - bohaterowie kultowej trylogii ,,Sami swoi", przed trafieniem na Ziemie Odzyskane byli sąsiadami we wsi na Podolu. I już wtedy było to wybuchowe sąsiedztwo... "Sami swoi. Początek" to barwna opowieść, w której drobne złośliwości przeplatają się z życiowymi kamieniami milowymi. Charakterne postaci w połączeniu z wielką historią w tle zabiorą widza w sentymentalną, ale też porywającą i pełną humoru podróż. Jarosław Sosińskimateriały prasowe
Producent filmu, Tomasz Kubski, tak mówi o produkcji: "Wszyscy zadają nam przemiennie dwa pytania: 'Dlaczego?', 'Po co?'. Odpowiedź jest banalnie prosta: to jest początek całej historii i to miała być pierwsza część kultowej serii, ale pod koniec lat 60. ze względów politycznych nikt by nie pozwolił na produkcję filmu, który w negatywny, trochę prześmiewczy sposób ukazuje bratni naród radziecki. Tak naprawdę trylogia bez części, którą obecnie produkujemy jest niepełna, uboższa o świat, w którym Pawlak pierwszy raz się zakochał, pierwszy raz miał złamane serce, pierwszy raz walczył o swoje".Jarosław Sosińskimateriały prasowe
"Miał za sobą bogatą historię życia, a przy tym był wspaniałym narratorem. Słuchałem opowieści jego życia przez kilka tygodni i spisywałem je w zeszytach, które zachowałem do dziś. W tych opowieściach był i dramat, i melancholia, i humor" - mówi Andrzej Mularczyk.Jarosław Sosińskimateriały prasowe
Wczuł się pan jednak koncertowo!- Rzeczywiście, na planie wszyscy mówiliśmy w ten sposób nawet w przerwach pomiędzy nagraniami. Teraz wiem, że było to bardzo użyteczne. Kiedy pół żartem pół serio komunikowaliśmy się w ten sposób, nie było wyraźnego przeskoku po słowie "akcja".
Karol Dziuba: Nie mam wpływu na porównania do Władysława Hańczy
Wiemy, że nie ma być to kopia kultowej produkcji, jednak nie obawia się pan porównań do Władysława Hańczy?- Wiem, ze te porównania będą. Widzowie tak mają, nie ma się im co dziwić. To prequel kultowej serii, więc nie odgonimy się od komentarzy. Staram się nie skupiać na presji, a na wykonaniu swojego zadania. Ludzie zapewne podzielą się na dwie grupy, jednak staram się po prostu o tym nie myśleć. Zwyczajnie nie mam na to wpływu.
W tym czasie kinowa publiczność kojarzyła raczej jego niski głos niż imponującą sylwetkę: od 1944 do 1953 r. był lektorem Polskiej Kroniki Filmowej, podkładał też głos koniowi w telewizyjnym serialu "Koń, który mówi".
("Życie na Gorąco Retro")East News/POLFILM
Troskę Hańczy o zachowanie realiów miała okazję docenić Emilia Krakowska, partnerująca mu w "Chłopach". "Jakby to powiedzieć, doszkalał mnie w różnych odczuciach. W jednej ze scen miałam położyć się z nim do łóżka. Wiadomo, aktorzy w filmie kładą się w ubraniach. Odkrywam kołdrę, a tu Hańcza golusieńki − opowiadała. − Wskoczyłam Hańczy do łóżka!".
("Życie na Gorąco Retro")East News/POLFILM
Mało kto wiedział, że gdy tworzył swoje największe role u Chęcińskiego i Hoffmana, zmagał się z żałobą po śmierci 34-letniego syna, obiecującego aktora, zmarłego nagle w 1966 r.
Wspierała go żona, ukojenie znajdował też w pracy - zaczął regularnie grywać w filmach, nie zaniedbywał też pracy w teatrze i telewizji, reżyserował, wykładał. "Moja zachłanność wynika z pośpiechu. Kto wie, co komu pisane? Przepowiedziano mi, że umrę w 72. roku życia, niewiele czasu zostało, by cieszyć się uśmiechami losu" - mówił.
("Życie na Gorąco Retro")East News/POLFILM
Podczas wycieczki na Sycylię latem 1977 r. nagle poczuł się gorzej i żona zdecydowała o ich wcześniejszym powrocie. Zmarł w szpitalu w Warszawie. Przepowiednia sprawdziła się − miał 72 lata.
("Życie na Gorąco Retro")East News/POLFILM
Gdy w połowie lat 60. zaczynano kompletować obsadę "Samych swoich", wszyscy prócz perfekcjonisty Sylwestra Chęcińskiego widzieli w filmie raczej drobną chałturę niż materiał na przebój. "Co ty robisz?! Ludzie nie będą chcieli oglądać jakiegoś nieogolonego chłopa w gaciach, który kłóci się o kota" − słyszał reżyser. Na szczęście nie dał się zniechęcić malkontentom i z pieczołowitością zadbał o dobór właściwej obsady.
W momencie gdy Wacław Kowalski zaczął brylować w roli Pawlaka, Hańcza nie zamierzał pozostać w tyle: "Jeden chciał być lepszy od drugiego. Inni aktorzy patrzyli, jak oni przed kamerą zaczynają błyszczeć, i zaczęli myśleć, że coś może z tego wyjść" − pisze Dariusz Koźlenko w książce o kulisach kręcenia komedii wszech czasów. Hańcza był już wtedy niezwykle cenionym aktorem. Kowalski był tym gorszym, ale tylko do pewnego momentu. "Okazało się, że pochodzi z Gnojna i mówi kresową gwarą zza Buga, do której wszyscy − jak kazał reżyser − musieli się dostosować. Kowalski miał przewagę, wiedział i czuł, że jest wspaniały".
("Życie na Gorąco Retro")East News/POLFILM
Nie odrzucał ról w filmie. Zdawał sobie sprawę, że przyniosły mu popularność. "Gram w filmie bynajmniej nie ze względu na zarobki. Chciałoby się przecież w tym zawodzie coś po sobie zostawić. A film i telewizja dają taką szansę" - tłumaczył.
Jego pasją pozostał jednak teatr. Był reżyserem, wykładał także w warszawskiej PWST. Jego studenci pamiętają, jak mówił: "Nie znoszę słowa 'wcielać się', zwłaszcza, że kojarzy mi się z 'cielęciem'. Aktorstwo nie polega na wcielaniu się. Tu chodzi o wyrażenie treści roli poprzez własną indywidualność".
("Życie na Gorąco Retro")East News/POLFILM
"Przyglądając się moim bohaterom, doszedłem do wniosku, że zwykle gram cztery rodzaje ról: królów, profesorów, duchownych i gangsterów. Jeden z recenzentów dopowiedział - jeszcze chłopów, po czym dodał, że w każdym moim chłopie jest coś z króla, a w każdym królu coś z chłopa" - mówił Władysław Hańcza, którego Boryna z "Chłopów" uznawany jest za jedną z najlepszych kreacji polskiego kina.
("Życie na Gorąco Retro")East News/POLFILM
W filmach pojawiał się zazwyczaj na drugim planie, ale charakterystyczny głos, doskonała dykcja i niezła postura sprawiały, że zwracał na siebie uwagę.
("Życie na Gorąco Retro")East News/POLFILM
Hańcza, mimo nadludzkich wysiłków brzmiał, jakby tylko udawał chłopa. "Kargul nie mógł inaczej mówić niż Pawlak, a jak Hańcza spróbował coś z tym zaśpiewem powiedzieć, to Chęciński o mało nie osiwiał z rozpaczy" - pisze Koźlenko. Zadecydowano, że sprawę może uratować dogranie dźwięku w postprodukcji (tzw. postsynchrony), choć Hańcza na początku nie dopuszczał takiej możliwości. Chęcińskiego cudem z kłopotów wybawiła niedyspozycja aktora. "Chorował, pod koniec naszej pracy miał operację. To przykre zdarzenie ułatwiło mi sprawę − i tak by nie mógł pracować" - przyznał reżyser. Postsynchrony genialnie podłożył pochodzący z Kijowa Wacław Płotnicki.
("Życie na Gorąco Retro")East News/POLFILM
Reżyserem filmu "Sami swoi. Początek" jest Artur Żmijewski. Jak wygląda współpraca z reżyserem, który jednocześnie również jest aktorem?- Artur Żmijewski debiutuje jako reżyser filmu fabularnego. Wcześniej reżyserował już jednak seriale i teatry telewizji. Zna się na tym zarówno od strony typowo technicznej, jak i artystycznej. Jako aktor umie bardzo dobrze zrozumieć psychologię postaci. Myślę, że cała obsada podzieliłaby moje zdanie, że czuliśmy się przy nim bezpiecznie. Jest wymagający, ale również niezwykle pomocny, cierpliwy, uważny i zawsze dobrze przygotowany.
Mam wrażenie, że takie podróże w czasie są już na dobre wpisane w pańskie zawodowe CV - role m.in. w "Bodo", "Korona Królów. Jagiellonowie", "Czas honoru".
- To nie do końca mój wybór. W "Bodo" czy "Czasie honoru" grałem epizody, jednak w "Koronie Królów. Jagiellonowie" czy "Stuleciu winnych" mogłem się już bardziej wykazać. Chyba jak większość aktorów bardzo lubię role kostiumowe, dzięki którym mogę faktycznie przenieść się w czasie. Bez telefonów komórkowych, komputerów... naprawdę jest to coś wyjątkowego. Cieszę się, że właśnie w tę stronę zawędrowała moja kariera.Woli pan wiejskie życie czy rycerskie klimaty?- W tej kwestii budzą się we mnie dwa wilki. Z jednej strony wybrałbym rycerskiego ducha, bo to nawiązanie do mojego dzieciństwa. Zawsze byłem zafascynowany tym światem, a wycieczka na zamek była wielkim wydarzeniem. Z perspektywy dorosłego człowieka wybrałbym mimo wszystko wiejskie życie. Oczywiście mówimy w tym przypadku o sielankowym, "idealnym" wiejskim życiu - domek, ogródek i rzeczka blisko. Ogólnie jestem dużo bardziej wiejskim facetem niż miastowym.
Fotografia jako hobby
Drugą pana pasją jest fotografia.- W tej branży skupiam się przede wszystkim na człowieku. Fotografowanie krajobrazów jest według mnie po prostu trudniejsze, chociaż nie uważam, że jestem w tym profesjonalistą. Mam syna, który dla mnie i dla mojej żony jest najważniejszy na świecie. Zazwyczaj mam przy sobie aparat fotograficzny i uwieczniam momenty naszej codzienności. Na większości zdjęć, które wykonuję, jest mój syn. Nie udostępniam w mediach społecznościowych jego wizerunku, jednak w domu jest wywieszonych mnóstwo zdjęć Gucia, które zrobiłem starymi aparatami. Czasami, nawet kiedy mam chwilę przerwy na planie, również wciskam spust migawki.
Pojawiły się kiedyś myśli, żeby zrezygnować z aktorstwa na rzecz aparatu?- Uwielbiam swój zawód i nie wyobrażam sobie go porzucić. Z praktycznej strony, z fotografii nie byłbym w stanie utrzymać siebie i rodziny. Myślałem kiedyś nad tym, by w momentach, w których nie ma dużo pracy aktorskiej, dorabiać jako fotograf. Warto mieć plan B. Cieszę się jednak, że na tę chwilę jest to dla mnie pasja, bo nie odczuwam przez to żadnej presji. Fotografowanie sprawią czystą przyjemność.
Pana żona Milena również jest aktorką. Wychowują państwo syna Gustawa. Małżeństwo aktorów to twardy orzech do zgryzienia?- W każdej chwili możemy liczyć na nieocenioną pomoc rodziców Mileny. Zazwyczaj jednak wychodzi tak, że kiedy ja mam mniej pracy, żona ma bardziej napięty grafik i na odwrót. Teraz oboje mamy sporo obowiązków zawodowych, ale na szczęście są wakacje i ukochani dziadkowie. Dla nas nie jest to proste. Zarówno ja, jak i moja żona jesteśmy typami domatorów. Bardzo za sobą tęsknimy.
Może domek na wsi byłby dla państwa dobrym pomysłem?- Każdy ma pewne cele i marzenia, a to bez wątpienia jedno z nich. Należymy do grupy ludzi, którzy nie kupią mieszkania w centrum Warszawy. Wolelibyśmy nabyć działkę ze stodołą, postawić dom i żyć spokojnie, z dala od miejskiego zgiełku. Nie siedzimy non stop zamknięci w czterech ścianach, ale przyjemność nam sprawia czas spędzony w gronie rodziny. Uwielbiam swoje nudne życie. Wstajemy rano, jemy śniadanie, idziemy na rowery, odwiedzimy babcię. To esencja mojego życia.