Reklama

Reklama

Joanna Żółkowska: Nie dla Facebooka

Znakomita aktorka, od lat zakochana w teatrze i dobrej książce. Napisała książkę autobiograficzną "Układanka" i kilka scenariuszy ("Matka swojej matki", "Na kraniec świata"). Po wakacjach wraca do serialu "Klan". Wystąpi też gościnnie w jednym odcinku "Ojca Mateusza".

Znakomita aktorka, od lat zakochana w teatrze i dobrej książce. Napisała książkę autobiograficzną "Układanka" i kilka scenariuszy ("Matka swojej matki", "Na kraniec świata"). Po wakacjach wraca do serialu "Klan". Wystąpi też gościnnie w jednym odcinku "Ojca Mateusza".
Joanna Żółkowska w spektaklu "Wujaszek Wania" /Jacek Domiński /Reporter

Zagrała pani ponad 100 ról, widzowie kojarzą panią jednak głównie z postacią Anny Surmacz. Nie czuje się pani trochę zaszufladkowana?

Joanna Żółkowska: - Nie, a nawet jeżeli tak jest, nie ma w tym nic złego. Nie wszyscy muszą chodzić do teatru. Niektórzy znają mnie z roli Anny, niektórzy z innych, a niektórzy w ogóle. Nie mam na to wpływu, więc się nad tym nie zastanawiam. Aktor jest człowiekiem do wynajęcia, jego życie zawodowe zależy od tego, co się w danym czasie produkuje. Kiedyś nie było seriali, za to był Teatr Telewizji. Dzisiaj jest odwrotnie. Annę polubiłam od pierwszej sceny. Myślę, że ucieleśniam nią marzenia wielu kobiet o niezależnej, bogatej żonie, którą mąż kocha, szanuje i liczy się z jej zdaniem. Cieszę się, że udało się nam z Andrzejem Strzeleckim stworzyć w serialu parę, z którą ludzie się identyfikują.

Gdyby nie została pani aktorką, czym by się pani dzisiaj zajmowała?

- Miałoby to związek z pisaniem. Lubię literaturę, dużo czytam.

Jednak to od poezji zaczęło się pani życie zawodowe, kariera, sukcesy...

- Poezja była dla mnie ważna od momentu, w którym zaczęłam cokolwiek rozumieć. Odkąd pamiętam, czytałam wiersze. Z czasem zaczęłam interesować się aktorstwem, czyli słowem mówionym. Z tego powodu najlepiej czuję się w teatrze, który w przeciwieństwie do filmu opiera się na literaturze. Lubiłam grać w Teatrze Telewizji, bo sięgał po najlepszą polską i światową literaturę.

Spotkała pani na początku swojej drogi ludzi, którzy utwierdzili panią w słuszności wyboru zawodu?

- Swego rodzaju mentorem czy też przewodnikiem duchowym była moja polonistka z liceum, która prowadziła kółko aktorskie. Jestem jej wdzięczna za to, że dostrzegła moje zainteresowania i pozwoliła mi je rozwijać. Dzięki niej zaczęłam deklamować wiersze i brać udział w szkolnych przedstawieniach, które reżyserowała. Pani profesor była zainteresowana literaturą. Myślę, że w głębi duszy marzyła o reżyserii.

Pamięta pani swój pierwszy sukces, pierwsze zarobione pieniądze?

Reklama

- W szkole średniej wygrałam konkurs recytatorski, za który dostałam nagrodę pieniężną. W przeliczeniu na dzisiejsze stawki byłoby to ok. 500 zł, ale wówczas ta kwota wydawała mi się niebotyczna. Chyba ją przepuściłam na drobiazgi, bo nigdy nie byłam oszczędna.


Jako pierwsza w rodzinie została pani aktorką. Rodzice nie mieli nic przeciwko tej decyzji?

- Do dziś nie mam stuprocentowej pewności, czy byłam pierwsza... Są przesłanki, że w rodzinie już wcześniej krążył taki gen. Mam na myśli przedwojennego aktora Alojzego Żółkowskiego i jego syna. Natomiast moi rodzice, tak samo jak ja, uważali, że w życiu powinno się robić to, co się lubi. Wtedy człowiek ma poczucie, że nie pracuje, tylko realizuje siebie. Jestem niesłychanie wdzięczna losowi za to, że potwierdził trafność mojego wyboru już na starcie. Dostałam się do szkoły teatralnej za pierwszym razem, skończyłam ją i trafiłam do dobrego teatru.

Wspomina pani lata studenckie z dużym sentymentem?

- Znalazłam się w miejscu, w którym zawsze chciałam być. Cały świat się zgadzał. Miałam profesorów, którzy na zajęciach robili dokładnie to, co ja chciałam robić. Czułam się, jakbym złapała Pana Boga za nogi.

I nie było problemów po przeprowadzce do stolicy?

- Tylko jeden, związany z komunikacją miejską. W Siedlcach chodziłam na piechotę, a stanie na przystanku w Warszawie okazało się dla mnie czymś trudnym do wytrzymania.

Przesiadła się pani do samochodu?

- Prawo jazdy zrobiłam około 30-stki i od tej pory cały czas jeżdżę, ale nadal mam słabą orientację w terenie. Nie używam GPS-u, bo nie umiem go włączyć. Jestem słaba technicznie i mam kłopoty z kierunkami. Ostatnie wyzwanie drogowe kosztowało mnie sporo zdrowia. Musiałam pojechać po wnuczki, ale jak zawsze sobie poradziłam.

A jak to jest z komputerami?

- Wszystko, co jest techniczne, sprawia mi kłopot.

To jak utrzymuje pani kontakt z fanami?

- Jeśli ma pani na myśli media społecznościowe, to nie znajdzie mnie tam pani...

Dlaczego?

- Ważne są tylko te kontakty między ludźmi, które mają jakąś prawdziwą wartość. Jeżeli człowiek traktuje poważnie relacje z innymi, to ma ograniczoną liczbę przyjaciół i znajomych, z którymi rozmawia. Zmorą dzisiejszych czasów jest kontakt pozorny. Jak ktoś mówi: mam 5 tysięcy znajomych na Facebooku, to mnie po prostu rozśmiesza. W ogóle nie wiem, czym taka "relacja" jest. Nie sądzę, żeby następowała tam jakaś głębsza wymiana myśli. W związku z tym nie ma mnie na Facebooku i nie chcę się w to angażować. Tym bardziej że internet ma swoje dobre i złe strony. W prostej komunikacji ułatwia życie, ale jak sięgniemy głębiej, może spowodować dużo zła.

Jest pani aktywną, energiczną osobą. Nie wygląda pani na babcię...

- Nam w Polsce wydaje się, że babcia musi być siwą starowiną, która siedzi w domu, gotuje i opiekuje się dziećmi. Ja się z taką babcią nie identyfikuję. Moja córka chciała sprawdzić, jak dziewczynki postrzegają wiek. Wskazała na pewną osobę w moim wieku i zapytała, czy ta pani według nich jest stara. Odpowiedziały: tak. A jak zapytała, czy babcia jest stara, powiedziały, że nie. Wydaje mi się, że młodość nie jest kwestią ani wyglądu, ani ubioru. Dzieci wyczuwają wiek instynktownie, jak zwierzęta. I bardzo się cieszę, że w ten sposób mnie postrzegają. Chciałabym jak najdłużej być ciekawa świata, bo chyba właśnie na tym polega młodość. Mimo że tyle rzeczy już w życiu widziałam, a świat staje się dla mnie coraz bardziej znajomy i oswojony, to jednak od czasu do czasu potrafi mnie jeszcze zadziwić. Na szczęście!

Czuje pani jeszcze jakiś niedosyt, jeśli chodzi o zawód?

- Jestem spełnioną aktorką, ale chętnie zagram każdą ciekawą rolę, jeśli oczywiście ktoś mi taką zaproponuje. Zawsze z uwagą i zainteresowaniem przyjmowałam to, co do mnie spływało z zewnątrz, przy czym wielkość roli nie miała dla mnie znaczenia. Najważniejsza była jakość tego, co robiłam. Z drugiej strony nigdy nie miałam wymarzonych ról, na które bym czekała.

Dorota Czerwińska

Tele Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: Joanna Żółkowska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy