Reklama

Reklama

Joanna Moro: Nie trwonię żadnej chwili

W tym roku Joanna Moro zadebiutuje w roli... gospodyni domowej. Gwiazda "Barw szczęścia" opowiada nam o przygotowaniach do świąt i tradycyjnych potrawach z jej rodzinnego Wilna. Aktorka zdradza też, co wydarzy się w życiu jej serialowej bohaterki.

Zostanie mamą pomogło mi zrobić karierę - przekonuje Joanna Moro

Od jakiegoś czasu sporo pani podróżuje po Polsce...

Joanna Moro: - Razem z Teatrem Capitol gramy dwa spektakle. Pierwszy to "Przekręt niedoskonały", w którym występuję razem z Łukaszem Nowickim i Rafałem Cieszyńskim. W drugim przedstawieniu, ,"Skok w bok", scenę dzielę między innymi ze Sławomirem Zapałą.

Z taką ekipą nie sposób się nudzić.

- Tak (śmiech). Ostatnio, po tym, jak zagraliśmy przedstawienie w Koszalinie, postanowiliśmy wybrać się nad morze. Ale nie na imprezę. Pojechaliśmy "morsować". Spotkało się to z dużym zainteresowaniem, może nie tyle samych odważnych, którzy by weszli do wody, ale przyglądających się z poziomu plaży (śmiech).

Reklama

Jest pani morsem?!

- Uprawiam ten sport od ponad trzech lat i serdecznie wszystkich zachęcam, by spróbowali. Zimne kąpiele działają leczniczo - nie choruję, mam dużo energii. To medycyna naturalna.

Wracając do spektakli, gdzie będzie was można zobaczyć w grudniu?

- Nigdzie - robimy sobie przerwę. W święta i sylwestra nie pracuję. Po raz pierwszy od lat. Chcę mieć czas dla bliskich. I to też debiut, bo jeszcze nigdy nie spędzałam Wigilii w Warszawie. Cała rodzina do mnie przyjeżdża.

Czeka panią mnóstwo pracy przy przygotowaniach.

- Tak, ale bardzo się na to cieszę.

Specjalizuje się pani w jakiejś potrawie wigilijnej?

- To moje ulubione święto, bo na stole królują postne potrawy, a ja za takimi przepadam. Choć z upływem lat smak mi się trochę zmienił. Kiedyś, jako dziecko, uwielbiałam pierogi, teraz przepadam za śledziami. Tylko muszą być prawdziwe, bez sztucznych dodatków. Trzeba je koniecznie samemu przygotować.

Pochodzi pani z Wilna, poda pani jakieś kresowe potrawy?

- Na przykład pierogi. Są zupełnie inne niż te, które robi się w Warszawie. Przede wszystkim nasze smaży się w głębokim tłuszczu. I nadziewa nie tylko kapustą i grzybami, ale też makiem. Je się je z barszczem czerwonym. U nas nie serwowało się takich zup jak grzybowa. Śledzie pod pierzynką, czyli w majonezie, to także tradycyjna potrawa, ale przygotowuje się ją pierwszego dnia świąt. Zresztą dla mnie 25 grudnia zawsze był dniem szczególnym.

Dlaczego?

- Pochodzę z bardzo konserwatywnej rodziny. Ponieważ przyszłam na świat w czasie Adwentu, 13 grudnia, moje urodziny - ich obchody, zawsze były przekładane na pierwszy dzień świąt. Wtedy wreszcie można było się bawić, jeść i pić do woli.

Podtrzymuje pani tę tradycję?

- Prawdę powiedziawszy, nie. Od dłuższego czasu mieszkam w Warszawie i zapraszam na urodziny swoich znajomych i przyjaciół. Zazwyczaj dzieje się to jednak w okolicach 13 grudnia. Nie da się stosować do wszystkich ograniczeń stawianych przez Kościół. Moja praca też na to nie pozwala, nie mam stałych godzin.

Ta towarzysząca zawodowi aktora nieprzewidywalność pani nie przeraża?

- Nie, przyzwyczaiłam się do tego. Wręcz to lubię. Przeszkadza mi tylko dłuższe siedzenie w domu. Jeśli nie mam zaplanowanych wyjazdów zawodowych, pakuję rodzinę i jedziemy gdzieś w nieznane lub znane. Moje dzieci czasem mają tego dość. Ostatnio usłyszałam: "Mamo, mój kolega to ma szczęście. Był tylko w Niemczech, a my ciągle gdzieś jeździmy".

Kiedyś powiedziała pani, że dzieci są dla pani "papierkiem lakmusowym".

- Moi chłopcy są dla mnie najważniejsi. Często słyszę aktorki, które mówią: "Nie mogę sobie pozwolić na dziecko". W moim przypadku było dokładnie odwrotnie, przyjście na świat synów przeplotło się z najważniejszymi rolami, najpierw w "Annie German", a potem "Taliance". Sprawiło, że stałam się bardziej skoncentrowana, nie trwoniłam czasu na zastanawianie się nad nieistotnymi rzeczami. Oczywiście jest czasem tak, że patrzę z zazdrością na inne kobiety, które mają sporo wolnego czasu. Ja nie mogę się na przykład zapisać na żadne zajęcia, bo albo jestem z dziećmi, albo w pracy.

No właśnie, pół roku temu wróciła pani do "Barw szczęścia".

- Bardzo lubię pracę na planie tego serialu, jestem tam od początku z krótszymi lub dłuższymi przerwami. Przed laty zaczynałam zdjęcia z Piotrem Jankowskim, a teraz tak nam scenarzyści ułożyli losy, że zostaniemy serialowym małżeństwem z trójką dzieci (śmiech). Do tego Zosia jest prezesem firmy Chowańskiego (Jacek Rozenek - przyp. red.), więc moja bohaterka ma bardzo dużo obowiązków. Z czego się bardzo cieszę.

Rozmawiała Monika Ustrzycka

Kurier TV

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Joanna Moro

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje