Joanna Kulig: W Cannes rozpiera mnie duma z bycia Polką

Paweł Pawlikowski (L), Joanna Kulig (C) i Tomasz Kot (P) w Cannes / Pascal Le Segretain /Getty Images

"Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego jest, póki co, największym wydarzeniem tegorocznego Cannes. Świetne recenzje, kilkunastominutowa owacja na stojąco, gratulacje od Julianne Moore, Cate Blanchett i Guillermo Del Toro stały się faktem. Na dodatek wszyscy recenzenci powtarzają zgodnie, że to film Joanny Kulig, której wróży się nagrodę dla najlepszej aktorki. Polka jest w Cannes rozchwytywana. Od premiery na Lazurowym Wybrzeżu codziennie udziela po kilkanaście wywiadów, a jej grafik wciąż pęcznieje, bo wciąż przychodzą prośby o kolejne rozmowy.

Reklama

Kiedy zobaczyłem na ekranie, jak przerzucasz swoim partnerem w tańcu, zamurowało mnie. Jak to się robi?

Joanna Kulig: - To jedna z najtrudniejszych figur oberka opoczyńskiego. Żeby się jej nauczyć, prawie zamieszkałam z zespołem Mazowsze, z którym spędziłam pół roku. Co dwa tygodnie jeździłam na zajęcia choreograficzne z baletu i tańca ludowego. Miałam zarówno lekcje indywidualne, jak i w grupie, a do tego warsztaty emisji głosu. Czasami nawet nocowałam z zespołem, żeby wczuć się w atmosferę.

Reklama

Jak cię przyjęli?

- Na początku był dystans między nami, co jest zupełnie naturalne. Szybko jednak otoczyli mnie opieką i zaczęli traktować jak swoją. Zżyłam się z nimi do tego stopnia, że później, kiedy nadarzała się taka okazja, to na zdjęcia zamiast z ekipą jeździłam autokarem z zespołem. Śpiewaliśmy razem przy każdej okazji. Ostatnio była do tego sposobność przy grillu, na który pojechałam z radością, bo do dziś utrzymuję z nimi prywatne kontakty. Oni zresztą mówią mi, że po powrocie z Cannes mam do nich wrócić i razem ruszymy w trasę.

Muszą być ze sobą mocno zżyci.

- Bycie z Mazowszem na sali prób, potem udział w koncertach, pokazał mi, jak oni dbają o siebie. Jak jest pośpiech, to jeden drugiemu pomaga się ubierać, dba o to, żeby każdy miał buty dobrze zawiązane i nikt się nie przewrócił na scenie. Tam wszyscy pracują na zespół. Nie ma tak, że ludzie skupiają się na sobie. Grają zawsze do wspólnej bramki.

Muzyka zawsze była dla ciebie ważna. Nic dziwnego, że członkowie Mazowsza dostrzegli twoją pasję.

- Pochodzę z gór. W Krynicy Zdrój rokrocznie organizowany jest Europejski Festiwal im. Jana Kiepury. Kiedy miałam 15 lat, byłam na koncercie Mazowsza, który tak mnie wzruszył, że zaczęłam pytać siebie: "Jezu, czy ja też będę kiedyś tak wychodziła ucharakteryzowana jak te dziewczyny!?". I nagle, po tylu latach, biorę udział w filmie, który mi umożliwia stanie się częścią Mazowsza. Takie sytuacje się nie zdarzają. To było piękne.

Paweł Pawlikowski pisał scenariusz z myślą o tym, że zagrasz główną rolę Zuli?

- Z Pawłem znamy się od ośmiu lat, zrobiliśmy już razem dwa filmy ["Ida" i "Kobieta z piątej dzielnicy" - przyp. red.]. Wiedział o moich zainteresowaniach muzycznych i myślał o mnie w głównej roli. Ale kiedy wysłał mi scenariusz, powiedział uczciwie, że musi sprawdzić innych.

Jak się poczułaś?

- Dobrze, rozumiem taką decyzję, która z jego strony była oznaką profesjonalizmu. Chciał wybrać aktorkę, która będzie pasowała do roli najlepiej. Odbył się gigantyczny casting w całej Polsce, w którym brali udział muzycy, tancerze i aktorzy. Trudno było mi przystąpić do niego w momencie, kiedy wiedziałam, że Paweł wcześniej o mnie myślał. Bałam się tego.

Czego konkretnie?

- Że się pospinam, że nie będę wyglądała na osiemnastolatkę, którą gram w pierwszej scenie. Waldemar Pokromski zrobił mi jednak taką charakteryzację, że w połączeniu z moją pracą nad sylwetką to się udało. Sporo schudłam do tej roli, spędziłam dużo czasu na siłowni. Cieszę się, bo kiedy zaczęłam ćwiczyć z Mazowszem, moje ciało było już przygotowane na wysiłek i obciążenie.

Bałaś się, że nie wygrasz castingu?

- Nie. Jerzy Stuhr powiedział mi kiedyś, że muszę pamiętać, że czasami na castingu jest 12 osób tak samo utalentowanych, ale wygrywa jedna, która najbardziej pasuje do roli. Tak już w tym zawodzie jest. Film jest najważniejszy, dlatego chciałam, żeby wygrał właśnie ten, kto najbardziej wpasuje się w postać. Z drugiej strony - wykonałam masę pracy, bo nie chciałam przez lenistwo odpaść. Walczyłam jak lew, wiedziałam, że warto.

Przyjęcie tutaj, w Cannes, macie wymarzone. 

- Jestem w euforii. Przyjęcie jest nieprawdopodobne. Kiedy przechodziłam przez czerwony dywan, a w tle leciała ścieżka dźwiękowa z filmu, wydobywająca nadwiślański folklor, dookoła słyszałam nasz język, a wszystko to działo się ze względu na polski film, rozpierała mnie duma z tego, że jestem Polką. Wszystko, co w Polsce najpiękniejsze, zostało wyjęte i pokazane światu. Mamy z czego być dumni i cieszę się, że mamy tak wspaniałego reżysera jak Paweł, który nasz folklor i kulturę ludową pokazuje innym. Jeszcze dziś ocierałam łzy wzruszenia, kiedy o tym myślałam.

Udzieliłaś mnóstwo wywiadów. Czy zagraniczni dziennikarze rozmawiają o tym samym co polscy?

- Wątki są podobne, spojrzenia pokrywają się, co pokazuje, jak uniwersalna jest ta historia. Śmiałam się, bo przeczytałam we francuskiej gazecie, że krytycy zakochali się w utworze "Ojojoj", czyli naszych "Dwóch serduszkach". Ale jeżeli ten utwór im się wbił w pamięć, to też pokazuje, jaką nasza ludowość ma moc oddziaływania.

Niesamowite jest to, że żywioł utworów Mazowsza został zderzony z czernią i bielą obrazu.

- Wszyscy się dziwili, jak można pokazać Mazowsze w czerni i bieli, skoro jest tak barwne. A ono w tym filmie jest przepiękne! Paweł mówił, że jemu byłoby trudno opowiedzieć historię miłości w sposób kolorowy. Czerń i bieli pozwala się na tamtym czasie bardziej skoncentrować, wprowadza element medytacji, wyciszenia. Widz może się skupić na emocjach, których barwy nie rozpraszają.

Dla Pawła Pawlikowskiego to wyjątkowy projekt, bo inspirowany historią jego rodziców.

- Ale nie pokazuje ich biografii jeden do jednego. Pawła interesował mechanizm bycia razem - zbliżania się do siebie i oddalania się, które nie zawsze są wynikiem naszej woli. Kiedy Zula robi coś głupiego w filmie i wraca do Polski z Francji, nawet nie podejrzewa, że dla jej partnera powrót z emigracji może wiązać się z pobytem w więzieniu. Staraliśmy się z Tomkiem Kotem skupiać na kreacji, nie na odbijaniu rzeczywistych losów rodziców Pawła. Staraliśmy się podejść do naszych ról jak do każdych innych przy jednoczesnym zachowaniu szacunku wobec osób, które stały się inspiracją scenariusza. Kiedy zobaczyłam, że film jest dedykowany rodzicom Pawła, popłakałam się.

Plan "Zimnej wojny" nie był dla ekipy łatwy.

- Kręciliśmy długo, w różnych krajach. Paweł nikomu nigdy nie odpuścił. Czasami padaliśmy, różne piony miały swoje kryzysy, ale on zachowywał siły do końca. Pamiętam, jak nie pasowało mu ustawienie filiżanki w kadrze, więc wszystko przearanżował. Był tak skoncentrowany mimo wyczerpania. Perfekcjonista totalny.

Dobrze się rozumiecie?

- Mamy jakieś niezwykłe połączenie intuicyjne. Paweł ma muzyczne wyczucie, więc lubi aktorów umuzykalnionych. Często mieliśmy tak, że on nawet nie mówił mi, o co mu chodzi, a ja to czułam, jakbym była w jego głowie i rozumiała, do czego zmierza, i wykonywała to. Tak się czasami zdarza, że aktor i reżyser są jak jeden organizm. To nasz przypadek. Włożyliśmy nasze serca w ten projekt.

Wpłynęłaś na kształt ostatecznej wersji filmu?

- Wszyscy wpływaliśmy. Paweł poprosił, żebym na czas pracy nad "Zimną wojną" zrezygnowała z innych projektów i w pełni skupiła się na tej jednej rzeczy. Zależało mu, żebym była otwarta i dzieliła się z nim uwagami przy lekturze scenariusza. Rozmawialiśmy, fantazjowaliśmy i improwizowaliśmy, bo Paweł nie jest reżyserem, który jest przywiązany do tekstu. Chce go udoskonalać.

Ty udoskonaliłaś efekt końcowy także poprzez buty... Jak to z nimi było?

- Brałam udział w koncercie charytatywnym Anny Dymnej. Miałam na występie buty na ogromnych koturnach. Prosto z koncertu zostałam przerzucona na plan. Cały czas byłam jednak za niska, dysproporcja między mną a Tomkiem była zbyt duża. Powiedziałam ekipie, że przecież mam te wysokie buty, i już do końca zdjęć je nosiłam, a operator Łukasz Żal obcinał w kadrze tylko moje stopy.

Dało się w nich wytrzymać cały dzień?

- Tak, bo to nie były szpilki, tylko koturny. Mogłam w nich skakać, biegać, chodzić i wykręcać nogi. Butami się w ogóle nie przejmowałam, ale bałam się sceny, kiedy rzucam się do wody. Strasznie się rozchorowałam, kiedy mieliśmy ją kręcić. Byłam nastawiona na dwadzieścia dubli, zastanawiałam się, jak ja to przeżyję, ale byłam gotowa na poświęcenie. Okazało się, że mieliśmy to po drugim dublu.

Artur Zaborski, Cannes

Dowiedz się więcej na temat: Joanna Kulig | Zimna wojna

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje