Reklama

Joanna Krupa: Marzenia pomogły mi przetrwać

Nie miała ani pieniędzy, ani znajomości, gdy zdecydowała się wyjechać z domu do Los Angeles. Udało się jej. Dziś Joanna Krupa robi to, co lubi najbardziej - łączy miłość do zwierząt z pracą w telewizji.

Uśmiecham się do wszystkich. Na początku w Polsce patrzono więc na mnie jak na wariatkę - wspomina popularna "Dżoana"

"Misja Pies", czyli misja poprawiania psiego losu?

Reklama

Joanna Krupa: - Na ile tylko to możliwe! Nasz program z jednej strony jest o ludziach, którzy już mają psiaki, ale te sprawiają problemy. Bo większość problemów da się rozwiązać, trzeba jednak określić, co złego się dzieje i zacząć problem rozwiązywać. Zgłaszają się też do nas osoby chcące zaadoptować czworonoga.

Ja marzę o psie i chcę go wziąć, gdy będę na emeryturze, bo tylko wtedy będę miała dla niego czas. Mam małe mieszkanie, nie mam ogródka, ale jestem ja i chcę dać psu siebie. Miałabym u was szansę?

- Oczywiście. Nie chodzi o luksusy. Gdy bierze się psa do małego mieszkania, to lepiej niech będzie to mały pies. Dla mnie najważniejsze jest, żeby zobaczyć szczerość i odpowiedzialność w ludziach. Często jest tak, że ktoś zachwyca się szczeniaczkiem, bo jest taki malutki i słodki, a gdy podrośnie, to oddaje go do schroniska. Niektórzy biorą psa i myślą, że ten będzie robił wszystko, co chcą, traktują go jak zabawkę, nie mają cierpliwości. Ludzie nie rozumieją, że te psiaki nie potrafią mówić, ale swoim zachowaniem pokazują, że coś im nie odpowiada. Dlatego czasami są agresywne albo załatwiają się nie tam, gdzie powinny. Nasza ekspertka stara się zrozumieć i wyjaśnić powody takiego zachowania.

Zdarzają się niefajne sytuacje w czasie nagrywania?

- Mam takie szczęście, że zawsze wypatrzę zwierzę, który potrzebuje pomocy. Kiedyś w przerwie między zdjęciami byłam na zewnątrz i usłyszałam, że jakiś pies szczeka. Podeszłam i zobaczyłam malutką budę, przed nią miskę z jedzeniem, które zamarzło, bo był straszny mróz, a na podwórku chyba 5-miesięcznego szczeniaka. Szok!

- Zapytałam, czyj to pies. Znaleźli właściciela, który na początku zgodził się, że odda tego psiaka, ale później stwierdził, że nie, bo dziecko będzie płakać. Rozpoznał mnie i pewnie się przestraszył, że to zostanie nagłośnione. Obiecał, że będzie go trzymał w domu. Rozmawiałam potem z jego córką, chyba 8-letnią. - Jemu jest zimno. Ty na mróz zakładasz kurtkę, szalik, czapkę - powiedziałam. Ale on ma futerko - odpowiedziała. A czy jemu wystarcza futerko w taki mróz? Niestety, dzieci są tak uczone przez rodziców. Czasami ręce opadają.

Czy ty wolisz zwierzęta od ludzi?

- Czasami wydaje mi się, że wolę zwierzęta od ludzi. Ale to przez to, czym się zajmuję. Interesuję się losem zwierząt i wiem, jakie okropne rzeczy je spotykają. Trafiają poranione do schronisk, są w straszny sposób zabijane, żeby robić z nich futra, konie bardzo źle się traktuje. Czasami wstaję i mówię: Boże, żeby tylko zwierzęta były na świecie, to w ogóle nie płakałabym za ludźmi. Ale prawda jest taka, że są źli ludzie, ale jest też wielu dobrych. Ja sama poznałam wiele osób o ogromnych sercach, które dużo mi pomagają. Są więc dobrzy ludzie na świecie. Problem w tym, że ja cudzą krzywdę bardzo przeżywam. Próbuję wierzyć ludziom, a potem trafiam na kogoś, kto nie widzi nic złego w trzymaniu szczeniaka na mrozie. Gdy myślę, że już nic więcej mnie nie zaskoczy, to okazuje się, że jednak coś mnie zaskakuje.

Porozmawiajmy o tobie. Czy ciężko było dziewczynie z Polski, wychowanej w niezamożnej rodzinie zrobić karierę w USA?

- Było trudno. Nie znałam nikogo w Los Angeles, nie wiedziałam nic o show-biznesie, nikt nie chciał ze mną pracować, bo nie jestem wysoka. Miałam problemy z mieszkaniem, brakowało mi pieniędzy. Bywały momenty, że byłam bliska tego, żeby zrezygnować i wrócić do domu.

Co ci pomogło wytrwać?

- To, że było to moje największe marzenie. Czułam, że robiąc coś innego, nie będę w pełni szczęśliwa. A poza tym najzwyczajniej w świecie głupio by mi było wrócić do Chicago i przyznać, że mi nie wyszło.

Do Polski wróciłaś już jako gwiazda!

- Wyjechałam z Polski, gdy miałam 5 latek. Początkowo przyjeżdżałyśmy z mamą co roku do Krakowa, do mojej cioci. Miałam 13 lat, gdy ona zmarła, mama bardzo to przeżyła i nie chciała jeździć do Polski, żeby nie przywoływać bolesnych wspomnień. Zawsze jednak czułam się Polką. Kilka lat temu CNN zrobił materiał o najbardziej wpływowych Polakach. Był wśród nich m.in. Kopernik i Jan Paweł II. Mama nawet do mnie zadzwoniła, żebym koniecznie to zobaczyła. I wtedy pomyślałam, że przecież jestem Polką, więc dobrze byłoby więcej czasu spędzić w Polsce. I tak to się zaczęło.

- Moja menadżerka ze Stanów poznała mnie z agentką tutaj. Przyjechałam, wystąpiłam jako gość w kilku programach. Kiedy ponownie przyjechałam, był akurat casting do "Top Model". Wzięłam w nim udział, ale nie myślałam, że zaproponują mi pracę. Przecież ja nawet nie mówię dobrze po polsku. Kiedy więc agentka zadzwoniła i powiedziała, że dostałam ofertę, to pierwsze, co pomyślałam, to: O rany! Kocham Polskę, mam szansę wziąć udział w cudownym programie, ale czy chcę siedzieć tu tak długo? Co Romek na to powie? Czy się zgodzi? Na szczęście wszystko dobrze się ułożyło.

Zaskoczyło cię coś w Polsce?

- W Stanach, a zwłaszcza w wielkich miastach, ludzie są bardzo otwarci, uśmiechają się do siebie, łatwo nawiązują ze sobą kontakt. W małych miasteczkach bywają nieufni w stosunku do obcych. Co zresztą jest zrozumiałe, bo przecież nie wszyscy są życzliwi. W Polsce jest trochę tak jak w tych mniejszych miastach amerykańskich. Też trzyma się innych na dystans. Ja zaś jestem taka, że do wszystkich się uśmiecham, wszystkim mówię dzień dobry i w ogóle zwykle mam dobry humor. Przyznam, że przez to na samym początku w Polsce patrzono na mnie trochę jak na wariatkę. Teraz ludzie inaczej do mnie podchodzą, ale głównie dlatego, że już mnie znają i wiedzą, że po prostu taka jestem.

Rozmawiała Iwona Leończuk.

Teleświat

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Joanna Krupa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje