Joanna Brodzik: Anegdoty i wspomnienia

Czekając na premierę "Pensjonatu nad rozlewiskiem", rozmawiamy z aktorką m.in. o tym, jaką rolę w jej życiu odegrała ukochana babcia i kto był jej mistrzem w szkole aktorskiej.

Joanna Brodzik na planie "Pensjonatu nad rozlewiskiem"

Ma lub miała pani w swoim życiu osobę, której mogła słuchać godzinami?

Reklama

Joanna Brodzik: - To była moja babcia. Lubiłam jej słuchać do tego stopnia, że kiedy wieczorami opowiadała mi różne historie i zdarzało jej się w pewnym momencie... zasnąć, wybudzałam ją, aby dotarła do pointy (śmiech). Słucham też z uwagą moich przyjaciół, chociaż czasami mówią to, czego wcale nie chcę słyszeć. Ale według mnie niewygodne dla nas rzeczy zawsze są wskazówką do zmiany.

Dlaczego wybrała pani szkołę aktorską i dlaczego w Warszawie?

- A dlaczego nie w Łodzi albo w Krakowie? Nie wiem. Być może dlatego, że mój kolega ze szkolnej ławki, Bartek Adamczyk, który też został aktorem i z powodzeniem gra w Teatrze WARSawy, był w tamtym czasie w Warszawie na konsultacjach i fantastycznie wyglądał na czarno-białym zdjęciu, sfotografowany w drzwiach na tle szkoły teatralnej. (śmiech) Potem on zdawał do Wrocławia, a ja dostałam się do Warszawy.

Gdzie pani zamieszkała?

- W akademiku Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Dopiero po roku studiów, podczas którego też pracowałam, mogłam pozwolić sobie na to, by z moją koleżanką z roku wynająć dziewiętnastometrową kawalerkę w mrówkowcu na Żoliborzu.

Rozbiła pani bank?

- Pracowałam jako kelnerka. Od tego czasu, choćbym miała iść siedem kilometrów do bankomatu, nie ma takiej opcji, bym nie zostawiła napiwku w restauracji. Zbyt dobrze wiem, jaka to ciężka praca.

Spotkała pani w szkole mistrzów, których wcześniej podziwiała?

- To przede wszystkim profesor Zofia Kucówna, którą bardzo ceniłam i którą uwielbiała moja babcia. Pani profesor dała mi poczucie, że mogę wszystko. Była jedną z niewielu osób, które zdecydowały się we mnie zainwestować, bo długo profesorowie nie dawali pięciu złotych za mój potencjał (śmiech). W indeksie miałam wpis: "Brak predyspozycji psychofizycznych do utrzymania uwagi widza na scenie". Zosia Kucówna, Wiesio Komasa, z którym robiłam dyplom, i mój cudowny profesor od piosenki Zbigniew Zamachowski, który przydzielając mi arię z "Boskiej", udowodnił, że nawet troszkę fałszując, można być szczęśliwą śpiewaczką, postawili mi piątkę z tego egzaminu, a tym samym obdarowali nadzieją na przyszłość.

Jak to więc możliwe, że z takim wsparciem mistrzów wylądowała pani rok po szkole w basenie na planie filmu "Dzieci i ryby" Jacka Bromskiego, a dwa lata później na okładce "Playboya"? Pojawiły się też następne role, które czerpały z pani wdzięków...

- Za sesję w "Playboyu" kupiłam sobie pralkę i lodówkę. Miała więc dla mnie bardzo konkretny wymiar. Mogłam tę sesję wtedy zrobić, więc zrobiłam. Mam na nazwisko Brodzik. A to w końcu zobowiązuje (śmiech). W tamtym czasie przeglądałam się w oczach mężczyzn. Cieszę się, że miałam takie doświadczenie. Tak jak cenię też to, że wieku trzydziestu lat realizowałam swój potencjał zawodowy.

Ma pani skrzynię pełną skarbów, którą chce przekazać synom?

- Nie przywiązuję się do przedmiotów ani ich nie przechowuję. Zdaje się, że moja mama posiada taki dział w piwnicy i to ona wydaje chłopakom stare wydania "Dziadka do orzechów" czy "Baśni" Andersena. Ja mam dosłownie kilka pamiątek, które mieszczą się w jednym pudełku. Takie, które są naprawdę dla mnie ważne i stanowią jakieś "kamienie milowe". To raczej amulety niż pamiątki. Trudno znaleźć u mnie zasuszone kwiatki. Kolekcjonuję za to anegdoty i wspomnienia.

Kiedy porównuje pani swoje dzieciństwo z tym, w jakich warunkach wychowują się pani synowie, to o czym pani myśli?

- O tym, jakie to jest cudowne, że są obywatelami świata. Że wzrastają w przekonaniu, iż mogą wszystko, czego tylko zapragną. Ja zawsze chciałam podróżować, poznawać świat, a oni to mają. To najfajniejszy kapitał, w jaki można wyposażyć dzieci.

A pomagają czasami np. w kuchni?

- Chłopaki regularnie przygotowują już sami kolacje z przystawką, daniem głównym i deserem!

Zdarza się pani zaczynać dzień od deseru?

- Ze słodyczy najbardziej lubię tatara (śmiech).

Czy tatar wpływa na urodę?

- Wpływa.

Widzowie czekają na kolejną część "Rozlewiska". Z moich obliczeń wynika, że Małgosia Jantar dziś powinna dobiegać pięćdziesiątki. Jest pani gotowa zostać... babcią?

- Jestem trochę młodsza metrykalnie od serialowej Małgosi, ale tylko trochę (śmiech).

Jakie w tym sezonie troski i radości będzie miała Małgosia?

- Pojawią się wątpliwości, czy mama była rzeczywiście tą osobą, którą była, i czy na pewno nie zrobiła tego, co zagroziło całemu dorobkowi, jaki Małgosia po niej przejęła i teraz rozwija. Historia w ich relacji zatacza koło. Po rozmowach z reżyserem i z producentką zaprojektowaliśmy tę sytuację jako przejście Małgosi do pełnej dojrzałości. Uwolnienie się od bycia córką swojej matki, a stania się górą drzewa, które pilnuje, żeby korzenie były odpowiednio głęboko wypuszczone.

Łatwo pani wymknąć się czasowi?

- Moja mądra babcia mówiła: "Uważaj, kim jesteś, bo po dwudziestym piątym roku wyjdzie ci to na twarz". Staram się tego pilnować.

Rozmawiała Beata Banasiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Joanna Brodzik

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje