Reklama

Jan Jakub Kolski: "Ułaskawienie" to historia o niezłomnych rodzicach

Czasem słyszę, że "Ułaskawienie" to jest historia o rodzicach żołnierza niezłomnego. Ale tak naprawdę to jest historia o niezłomnych rodzicach - powiedział o swym najnowszym filmie reżyser Jan Jakub Kolski.

Jan Jakub Kolski na premierze "Ułaskawienia"

Niedawno minęło 25 lat do premiery "Jańcia Wodnika", przez wielu uważanego za jeden z najciekawszych filmów w pana dorobku. Odnotował pan tę rocznicę jako godną świętowania?

Jan Jakub Kolski: - O tyle tylko, że z tej okazji odbyło się spotkanie w Krakowie. W bardzo dobrym towarzystwie. Oprócz mnie zaproszono Zygmunta Koniecznego i Piotra Lenara (autorzy muzyki i zdjęć do filmu - przyp. red.). Sam nie mam w zwyczaju oglądać się za siebie, nawet jeśli część moich filmów mogłaby świadczyć o czymś odwrotnym.

Reklama

To jak wypadło spotkanie po latach?

- Trochę się z Piotrkiem wstydziliśmy i na wszelki wypadek usiedliśmy w ostatnim rzędzie.

Zaskakująca skromność...

- Nie, to nie skromność. Po prostu wstydziliśmy się zastosowanych kiedyś rozwiązań, które zastępowały nam wówczas... możliwości. A to brakowało technologii, a to taśmy, bo przecież kręciło się jeszcze na taśmie, a to brakowało czasu... Tylko Zygmunt miał wszystko, co potrzebował, więc muzyka jest bez zarzutu. Muszę jednak przyznać, że na te nasze szalone pomysły patrzę dziś z pewnym rozrzewnieniem.

Warto było zrobić "Jańcia Wodnika"?

- Warto, bo dziś widzimy, że ponad treścią i komunikatem fabularnym na ekranie umocowała się suma dobrych energii. Mam wrażenie, że wciąż da się ją odczuć.

Powiedział pan kiedyś, że kręcąc "Jańcia Wodnika" jedyny raz czuł się pan dobrze na planie...

- Tak w istocie było.

Dlaczego nigdy więcej nie udało się powtórzyć tego doświadczenia?

- Gdybym wiedział jak, zrobiłbym wszystko, żeby zatrzymać ten stan. Pamiętam, że na plan "Jańcia Wodnika" jeździłem z radością. Z radością się budziłem, z radością przecierałem oczy, z radością piłem kawę, potem wsiadałem w auto, jechałem na plan i byłem tam pierwszy. Przez wiele lat starałem się być pierwszy na planie, ostatnio już tego nie robię.

Było sielsko, spokojnie?

- Pewnie. Świeciło słońce, było lato, gospodyni częstowała mnie szklanką polskiej kawy po turecku. Wiedziałem, że w tym miejscu, gdzie jest teraz pole i chadzają kury, zaraz powołam do życia cały, kompletny świat. Świat, który się zaludni, roztętni, nabierze kolorów. To było spełnianie chłopięcych marzeń i z tego brała się radość.

Miał pan też w obsadzie wspaniałego Franciszka Pieczkę, który doskonale uniósł ten film.

- Mam plan, żeby Franio zagrał jeszcze u mnie jedną wielką rolę. Napisałem ją dla niego. Franio ma już 90 lat i nic nie wie o tych zamiarach. Ale jeszcze go namówię. Zapewnię mu wszystkie wygody. Czuję, że jeszcze raz powinniśmy się spotkać na dużym ekranie.

Znają się panowie szmat czasu. Spotkaliście się na planie "Czterech pancernych i psa". Był pan wtedy jeszcze dzieckiem.

- Tak, pierwszy raz zobaczyłem Frania, kiedy miałem dziewięć czy dziesięć lat. To było w Kłodzku na planie "Czterech pancernych...", gdzie mój ojciec pracował jako montażysta. Pamiętam gry w kierki, w których uczestniczyli moi rodzice, Franek, Janusz Gajos, Roman Wilhelmi i rosyjski aktor Sasza Bielawski.

Doborowe towarzystwo do karcianej partyjki!

- Siedzieliśmy w jakimś pomieszczeniu w fortach. Woda była po kostki. To też mi się podobało. A pułkownik Franciszek Szydełko, kolejny Franio, którego przyjaźnią się cieszę, powierzał mi wyprowadzanie na spacer dwóch psów - Trymera i Ataka. Oba na planie przeistaczały się w Szarika.

Odpowiedzialne zadanie.

- Trymer grał bliższe plany. Atak był bardziej dynamiczny, więc występował na planach dalszych.

Ale spacery z psami nie należały do jedynych pańskich obowiązków...

- Nieco później pojechałem do Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi, gdzie ekipa nagrywała postsynchrony. Wtedy dźwięk z planu był zwykle brudny i dialogi trzeba było powtarzać. Podkładałem głos pod rolę niemieckiego chłopca Arnolda, którym zaopiekowali się pancerni.

A spotkanie z Pieczką?

- Miało miejsce właśnie wtedy. Franio grał na fortepianie, a ja usiadłem mu na kolanach. Spytał: "Kim chcesz być, chłopcze, jak dorośniesz?". Bez namysłu odpowiedziałem: "reżyserem". Chyba pierwszy raz tak jasno zadeklarowałem się z planami na przyszłość. Dobrze, że dziadek tego nie słyszał.

Ale usłyszał Pieczka, który spytał, czy obsadzi pan go kiedyś w swoim filmie.

- Nie miałem pojęcia, co to znaczy "obsadzić", więc pobiegłem po pomoc do ojca, do montażowni. Spytał: "Jak to? Nie wiesz, co to znaczy kogoś obsadzić? To znaczy dać komuś rolę, zaprosić do filmu". Wróciłem do Pieczki i obiecałem, że kiedyś go obsadzę. Zrobiłem to po raz pierwszy 20 lat później w "Pogrzebie kartofla".

Postać Jańcia Wodnika miała pierwowzór w rzeczywistości?

- Nie. To bohater całkowicie zmyślony. Wtedy niewiele wiedziałem o pisaniu scenariuszy. Zawierzałem procesowi przywołującemu jakiś rodzaj energii, nad którą tylko częściowo panowałem. To było uwodzicielskie, bo w dużej części scenariusze pisały się... same. Dziś też chciałbym umieć tak pisać, ale zbyt często odzywa się we mnie doświadczony, znający struktury scenarzysta - kontroler.

A wtedy?

- Wtedy pisałem naiwnie. Zapisywałem strumienie wyobraźni w krótkich, pospiesznych, drapieżnych notatkach, tracąc przy tym całkowicie kontakt z rzeczywistością. Kiedy w chwilach przytomności do nich wracałem, prawie nie dało się tego czytać. Ale intuicje się zgadzały. Potem to wszystko porządkowałem. Nie chcę mówić, że pisałem w natchnieniu, ale coś było na rzeczy. Musiały się tylko zgadzać impulsy od świata - musiała być zima, ogień w piecu, musiałem być na wsi, słuchać szczekania psów.

Myśli pan, że każdy ma swoje Popielawy - krainę dzieciństwa, do której chce wrócić?

- Nie wiem. W moich filmach zmitologizowałem Popielawy do tego stopnia, że po latach byłem zdziwiony, nie rozpoznając ich. W pamięci dziecięcej były wielkie i nieskazitelne, a w życiu... mniejsze. Jako dorosły musiałem korygować tę starą pamięć, bo nic tu się nie chciało zgadzać. Wracam teraz do realnego miejsca, nie do dziecięcej arkadii.

To jakie ono teraz jest?

- Zupełnie zwyczajne. Nie jest żadnym Marquezowskim Macondo. Odmitologizowałem Popielawy, odwróciłem proces. Mieszkam tu prawie na stałe i widzę, że koty i psy chodzą jak koty i psy, kaczki pływają - jak zawsze - grzbietami do góry, drzewa też rosną tak, jak trzeba. To przywraca mnie do równowagi. 250-letnie dęby w ogóle nie notują mojej obecności. W ich życiu będę tylko ledwo widocznym epizodem.

W pana najnowszym filmie "Ułaskawienie" Popielawy nie mają już nic z arkadii dzieciństwa. To wioska, w której zwykli ludzie ponoszą konsekwencje wojennych zbrodni. Kiedy pierwszy raz usłyszał pan historię o wujku Wacławie, zadenuncjowanym i zamordowanym oficerze, wielokrotnie ekshumowanym przez UB i grzebanym na nowo, którego pańscy dziadkowie ostatecznie sami postanowili pochować w odległym miejscu?

- Poznawałem ją stopniowo i do dziś nie mogę powiedzieć, że ten proces się zakończył. Wielu detali dowiaduję się z coraz to nowych źródeł. Fakty wyszukiwałem pod okiem historyka z IPN, doktora Jerzego Bednarka. Chciałem wiedzieć, jak ma się prawda z archiwów do tej zapamiętanej przeze mnie. Miałem kilka lat, kiedy dowiedziałem się, że był jakiś wujek Wacek, że ubecy trzy razy wykopywali go z grobu, a ksiądz nie chciał go pochować. Wiedziałem, że był partyzantem.

Wychowywał się pan wtedy u dziadków i chodził do szkoły w Popielawach...

- Dziadek był rymarzem. Chłopi przywozili mu uprząż do naprawy, a kiedy ją odbierali częścią rytuału rozliczeniowego była wódka i... rozmowy. Różne. Usłyszałem wtedy o Auschwitz, o Buchenwaldzie, o Niemcu, który uratował dziadka, kiedy ten ważył 39 kilo. Dziadek był szefem rejonu AK, gestapo go aresztowało i trafił do obozu.

A dzieci pańskich dziadków?

- Wspomniany wujek Wacek był żołnierzem AK, a po wojnie dowódcą oddziału KWP, ciotka Stasia była w ZWZ,  zmarła w szpitalu w Piotrkowie, zakonspirowana tam przez lekarza z AK. Był jeszcze wujo Heniek, ale o nim wiem mało. No i moja mama, najmłodsza, którą ukryto u rodziny w Lubochni.

Zależało panu, żeby Grażynę Błęcką-Kolską upodobnić w filmie do babci?

- Nie. Podobieństwo fizyczne było sprawą drugorzędną. Ważne było, żeby powołać do życia tożsamość bliską tej babcinej. Staraliśmy się w jakimś sensie zmieszać wyposażenia tych dwóch osób - Grażyny i Hanny. No i to się najwyraźniej powiodło, bo mój brat, kiedy zobaczył Grażynę w kostiumie i po charakteryzacji, rozpoznał w niej babcię. Wyglądał, jakby zobaczył ducha.

W filmie pada niewiele słów.

- Miało ich być niewiele. W filmie mówi się wszystkim, często... milczeniem. Tylko trzeba je wcześniej bardzo nasycić, żeby się... odezwało. Stąd wzięły się miesiące pracy przed wejściem na plan.

Nie czuję się upoważniona do zadawania panu pytań o świeże, intymne i bolesne doświadczenia. Ale zadam pytanie inaczej: czy dla artysty sztuka może być formą autoterapii?

- Nie wiem, jak jest z artystami, mogę mówić tylko za siebie. Film jest dla niego samego, dla filmu. Reszta się zdarza albo nie. Nie stawiam filmowi żadnych szczególnych zadań. Ma być przejmujący, prawdziwy, niegłupi.

W dialogu głównych bohaterów padają bolesne słowa: "dziecko ma przeżyć swoich rodziców". To opowieść o anomalii, która wydarza się wtedy, kiedy rodzice chowają swoje dzieci.

- Ale co chce pani usłyszeć? Czy ten film mi pomógł? Może trochę. Grażyna też chyba lepiej po nim oddycha. Tak mi się wydaje. Mam swoje obserwacje, ale nie pytam wprost. Ona ma swoje domysły, ale też nie pyta wprost. Pani też wprost nie spytała.

Nie chciałabym.

 - Dziękuję, to dobry wybór. Jestem sympatycznym panem w wieku więcej niż średnim, ale umiem powiedzieć "nie" stanowczo i szorstko, kiedy ktoś narusza sferę mojej prywatności. A "Ułaskawienie" nas chyba też od czegoś ułaskawiło. Dało trochę ulgi.

Kiedy decydujemy się opowiedzieć o sobie, swojej rodzinie, przodkach, odkrywamy, kim sami jesteśmy. Czego dowiedział się pan, tworząc "Ułaskawienie"?

- Żyję w bezpiecznym świecie, nie muszę podejmować wielkiego ryzyka. Jeśli komuś się nie spodobam, może najwyżej spróbować mi wlać i może spodziewać się, że odpowiem, bo mam dość ciężką rękę. Komuś innemu może nie spodobać się mój film, może na mnie nakrzyczeć lub mnie znieważyć. Ale co to jest za ryzyko? Opowiadając o moich przodkach, nie dowiedziałem się wiele o sobie, bo nie musiałem stawać wobec tamtych zagrożeń.

To jaką naukę wywiódł pan z losu dziadków?

- Że nie ma takiej skośnej pozycji, z której nie można podnieść się do pionu. Że z kolan też można się podnieść i mieć ofertę dla innych ludzi. Od babci się tego nauczyłem. Wie pani, czasem słyszę, że "Ułaskawienie" to jest historia o rodzicach żołnierza niezłomnego. Ale tak naprawdę to jest historia o niezłomnych rodzicach.


PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jan Jakub Kolski | Ułaskawienie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje