Jan Englert: Tęsknię za graniem

Od 15 lat jest dyrektorem artystycznym najważniejszej sceny teatralnej w Polsce - Teatru Narodowego w Warszawie. Ponieważ brakuje mu wyzwań aktorskich, przyjął rolę w serialu "Diagnoza".

Jan Englert na planie serialu "Diagnoza"

Rozmawiamy w pana dyrektorskim gabinecie w Teatrze Narodowym. W tym roku mija 15 lat, od kiedy zajmuje pan to stanowisko. Pamięta pan moment, gdy po raz pierwszy wszedł do tego gabinetu jako jego gospodarz?

Reklama

Jan Englert: - Pół roku przygotowywałem się do tego. W tym gabinecie urzędował Jerzy Grzegorzewski, a ja po sąsiedzku, w saloniku obok, pracowałem nad następnym sezonem przy pełnej atencji ówczesnego dyrektora. Wszystko odbyło się bezkrwawo, jak na ten kraj, wzorcowo. Żadnych sensacji tu nie było.

Aktorzy wciąż trzymają się teatru...

- Media napędzają popularność i nabijają kasę, a w teatrze pracuje się od podstaw. Scena teatralna ma jedną zaletę - aktor co wieczór ma poczucie władzy. Dzieje się tak tylko w teatrze. Jest to też miejsce, w którym można pokazać, co się potrafi. Scena weryfikuje umiejętności zawodowe.

Rozglądam się po gabinecie i nie widzę zdjęcia córki na biurku. A w serialu "Diagnoza" pana bohater takowe posiada...

- Ponieważ mieszkamy razem i codziennie się widzimy, nie muszę stawiać sobie zdjęcia córki. Mam ją w realu.

Dlaczego zdecydował się pan zagrać w serialu "Diagnoza"? Dla rozrywki, odskoczni?

- Jeżeli coś naprawdę umiem, tak mi się wydaje, jest to aktorstwo. To mój wyuczony zawód. Z racji tego, że obecnie pracuję jako urzędnik państwowy, jako pracodawca, nie mam ofert aktorskich. Bo kto chce mieć dyrektora w obsadzie? A ja tęsknię za graniem, za kamerą. Dlatego chętnie przyjąłem rolę w "Diagnozie". Mam na koncie ponad sto ról filmowych, ale na przestrzeni piętnastoletniej pracy na moim stanowisku, zagrałem tylko w paru filmach i trzech czy czterech serialach, zawsze z zamkniętym wątkiem. Nie grałem nigdy w telenoweli. I nie zagram.

Dlaczego?

- Chociażby ze względu na rytm, w jakim odbywa się praca na planie. Z dnia na dzień. Zawsze boję się zaplątania w coś, co będzie miało 15 sezonów. To jednak ryzyko. Najciekawsza w tym zawodzie jest możliwość kreowania czegoś nowego. A w telenoweli wciąż międli się te same dialogi w różnych wersjach. "Ile słodzisz? Trzy łyżeczki?" - każdy to umie zagrać. Dawniej kobiety siedziały w oknach i patrzyły, co się dzieje na ulicy, potem kupowaliśmy gazety, gdzie drukowane były powieści w odcinkach. Był też czas, kiedy słuchaliśmy "Matysiaków" w radiu. A dzisiaj są telenowele. To tak, jakbyśmy mieli znajomych, u których regularnie bywamy i oni mają straszne kłopoty, w których na szczęście nie musimy uczestniczyć bezpośrednio. To jest najprostszy sposób porozumienia między wykonawcą a odbiorcą.

Ciekawa jestem, jak reaguje ekipa filmowa, kiedy pojawia się pan na planie? Są stremowani?

- Nie reżyseruję na planie. Nie ma nic gorszego niż reżyserujący aktor. Wiem, jak to smakuje. Czasem coś sugeruję, ale delikatnie. I moje propozycje albo są przyjęte, albo nie. W serialu "Diagnoza" zaproponowałem, żeby mój bohater miał motywację dla swoich bezwzględnych działań, a mianowicie szukał lekarstwa dla własnego dziecka. To nie rozgrzesza jego niegodziwości, ale daje postaci ludzki rys. I zostało to zaakceptowane. Nie jestem trudnym partnerem. Tak mi się przynajmniej wydaje, diabli wiedzą, jak to wygląda z drugiej strony (śmiech). Nie umiem pracować w konflikcie. Nie mam przyjemności. Jestem człowiekiem kompromisu i się tego nie wstydzę. Lubię lubić i nienawidzę nienawidzić.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że woli pracować z kobietami niż z mężczyznami. Jestem kobietą i nie widzę w nas nic szczególnego...

- Koleżanki skarcą panią za to wyznanie. Kobieta jest bogatsza wewnętrznie i bardziej skomplikowana niż mężczyzna. Mężczyźni są wyciosani w liniach prostych, a kobiety mają mnóstwo zaułków do zwiedzania. Z tym, że nie zawsze jest tam pięknie, ale na pewno o wiele ciekawiej.

Czasami mam wrażenie, że kobiety stają się coraz bardziej podobne do mężczyzn. Współczesność dużo zmieniła i nie tylko w tej dziedzinie.

- Ciągle nie zdajemy sobie sprawy z niebywałych skutków, jakie niesie ze sobą internet. Z mojego punktu widzenia jest to demolka humanizmu. Internet ma nieprawdopodobną władzę nad duszami i głowami ludzi. Daje pozór wolności i narzuca relacje - każdy może powiedzieć, co chce, ma przyjaciół i wrogów wirtualnych. Chociaż siedzi w Piotrkowie Trybunalskim, to wydaje mu się, że jest w Nowym Jorku, Sydney. Nie zdaje sobie jednak sprawy, co dzieje się w jego najbliższym otoczeniu.

Meryl Streep powiedziała kiedyś w wywiadzie: "To, co o mnie piszą, nie ma wpływu na moje życie zawodowe". Podpisuje się pan pod tym stwierdzeniem?

- Oczywiście łatwo to powiedzieć, kiedy nam się wiedzie, wtedy stajemy się bardzo tolerancyjni, a kiedy się nie wiedzie, już z tą tolerancją jest gorzej. Z pozycji Meryl Streep, a nawet mojej w tym kraju, łatwo zdobywać się na głoszenie takich złotych myśli. Pojawia się możliwość udawania boga, który łaskawie patrzy na słabości ludzkie.

Ale gwiazdy show-biznesu to współcześni bogowie.

- Im się tylko tak wydaje. Są jak jętki jednodniówki. Ci bogowie rodzą się i umierają na pęczki. To są sukcesiki. Profesor Bauman (Zygmunt Bauman, socjolog i filozof - przyp. red.) powiedział: - Dzisiaj sentencja Kartezjusza "myślę, więc jestem" brzmiałaby "widzą mnie, więc jestem".

Nie myślał pan o wydaniu pamiętników?

- Nie rozumiem tego przeświadczenia, które towarzyszy wielu znanym mi ludziom, że ma się innym coś do powiedzenia. Mam opinię zarozumiałego i czasami tak sam o sobie myślę, a mimo to nie chciałbym epatować sobą, wydając o sobie książki czy prowadzić bloga. Może przyjdzie na to czas.

Według mnie ludzie chętnie słuchają, co ma pan do powiedzenia.

- Słuchają? (śmiech) Podobno nieźle kombinuję zdania. To efekt współpracy i towarzyszenia moim wybitnym mistrzom, od których się naprawdę uczyłem. W tej chwili czeladnicy uważają, że mistrz powinien ich szukać, a nie odwrotnie. Leżąc na progu, chcą, żeby mistrz się o nich potknął i powiedział: "Dziecko, chodź, ja cię poprowadzę!". Za łatwe. Zresztą po co mistrzowie, skoro wszystko jest w internecie. Jak mamy z czymś problem, to pyk, pyk, do Google'a i wszystko wiem. Pytanie tylko, czy wszystko...

Rozmawiała Marzena Juraczko

Dowiedz się więcej na temat: Jan Englert

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje