Reklama

Jagoda Szelc: Musimy myśleć za siebie

Reżyserka i scenarzystka filmu "Wieża. Jasny dzień" o wartości samorozwoju, płynięciu pod prąd współczesnym modom, tworzeniu własnego kina, potrzebie duchowości oraz myśleniu za siebie.

Życie to sztuka dochodzenia do tego, kim się jest. A nie stawania się kimś - przekonuje Jagoda Szelc

"Wieża. Jasny dzień" to jeden z najbardziej oryginalnych i wymykających się jednoznacznym interpretacjom polskich filmów ostatnich lat. Jego autorka, debiutująca w pełnym metrażu Jagoda Szelc, została dotychczas uhonorowana nagrodami Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za debiut reżyserski i scenariusz, a także Paszportem "Polityki". Opowieść o dwóch niegdyś kochających się siostrach, Muli i Kai, których spotkanie po latach doprowadza do szeregu małych kataklizmów rodzinnych i społecznych, wywoła z pewnością wśród widzów gorące dyskusje. I różne, być może nawet skrajne reakcje. Ale o to właśnie Jagodzie Szelc chodziło. Premiera "Wieży. Jasnego dnia" już 23 marca, polskim dystrybutorem jest Against Gravity.

Reklama

Darek Kuźma: Co cię zainspirowało do napisania takiej specyficznej, wymykającej się łatwym interpretacjom opowieści o rodzinie na rozdrożach?

Jagoda Szelc: - Moim głównym marzeniem było zrobienie filmu, który się rozpada. Filmów nie ma. Nie istnieją. Są tylko nasze myśli. Historia, czyli o czym jest film, nie interesuje mnie w ogóle. Ktoś kiedyś powiedział, że jest raptem tylko siedem historii na świecie do opowiedzenia. Chciałam zrobić maszynkę do uwalniania widzów od łatwych interpretacji na rzecz przypomnienia im, że mogą myśleć, co chcą. Ludzie się boją sztuki, bo uważają, że ona jest elitarna i nie mają do niej prawa. A film urodził się z odium pornografii oraz popkultury przecież i stał się w końcu sztuką. Uważam, że zadaniem artystów jest przypominanie ludziom o tym, że są wolni i to, co myślą, jest dobre, bo jest ich. O trudności pisał Dostojewski w "Wielkim inkwizytorze". Na każdym z nas spoczywa odpowiedzialność myślenia za siebie. Drugie marzenie - prymitywne - dotyczyło próby zrobienia filmu, który zmieni gatunek. Z czystej zabawy strategicznej. Tak, bo film to też gra strategiczna.

"Wieża. Jasny dzień" ma bardzo przemyślany język wizualny, czy miałaś film gotowy w głowie jeszcze przed wejściem na plan, czy był jednak wynikiem otworzenia się na pewną improwizację?

- Ten film nie jest improwizowany nawet trochę. Ten film jest bardzo, bardzo drobiazgowo zaplanowany. Co do cięcia. Długo by o tym opowiadać, ale chcieliśmy z Przemkiem Brynkiewiczem [autorem zdjęć - przyp. red.], aby był jak najbardziej naturalistyczny (gra, dialogi, montaż, praca kamery), ponieważ stwarzał on w ten sposób platformę do zabiegów formalnych. W ten sposób na bardzo prymitywnym poziomie jest on bardziej wiarygodny i każde zaburzenie jest mocniejsze. Nie interesuje mnie mały realizm ani dramat. Kompletnie. Ale naturalizm w filmie bardzo. Stąd taka praca kamery, takie światło, taka scenografia i taka praca aktorów. Ten film w ŻADNYM stopniu nie jest improwizowany. Jest katorżniczo zaplanowany co do ujęcia. Ponieważ na planie nie ma miejsca na improwizację. Plan jest miejscem kalkulacji czasu.

Zaletą filmu jest mnogość interpretacji. Jedni widzą metafizyczną opowieść o depresji, inni krytykę zlaicyzowanego społeczeństwa Ale to przede wszystkim film o ludziach, którzy raz sobie radzą z życiem lepiej, innym razem wręcz katastrofalnie. Co sprawia, że chcesz sięgać w ludzi tak głęboko, zastanawiać się nad ich tożsamością i człowieczeństwem?

- Film robi się bardzo długo, gdybym zrobiła film o "pan zabił pana" i ludzie przychodziliby i mówili mi, że jest to film o "pan zabił pana", to bym się powiesiła. Co ja myślę o świecie, to wiem, więc interesuje mnie, co myślą inni. Chciałam zrobić taki film, po którym ludzie będą mi mówić, o czym on jest - tak naprawdę mówiąc o sobie. Filmy to takie maszynki. Mają one wykonywać na ludziach ćwiczenia. Przypominać im, że sami myślą. To taki papierek lakmusowy. Azjaci inaczej interpretują mój film i też są pewni, że mają rację. Wszyscy macie rację - jak długo to wasze własne obserwacje. Sami sobie bądźcie mistrzami.

Dla mnie, na przykład, jest to opowieść o tym, że bliskość jest trudna, że boli, czasami wręcz fizycznie. Niby banał, ale szalenie ważny w dzisiejszym świecie, w którym coraz częściej pozujemy na ludzi, którymi nie jesteśmy, żeby tylko nie pozwolić innym się do nas zbliżyć.

- Moi bohaterowie rozmawiają wbrew pozorom bardzo powierzchownie. Chciałam, żeby dialogi były prawdziwe i świetnie zagrane, żeby jeszcze bardziej dać się uwieść naturalizmowi. Jednak oni nie mówią sobie nic ważnego. Mula jest dobra, ale nie rozumie, że nie można mieć kontroli nad miłością. Możemy mieć tylko kontrolę nad sobą. Kaja ją ma. Przyjmuje wszystko ze spokojem. Jak to zrozumiemy, to przychodzi wielki spokój i wielka radość życia.

Bardzo mi się podobało, że nie poszłaś na łatwiznę w krytykowaniu nowych mediów i korporacjonizmu. Oba te aspekty dzisiejszego życia są ważne dla filmu i definiują w jakiś sposób postaci, ale istnieją na drugim planie, w tle. Nie epatujesz nimi.

- Tak, ale jest tam dużo protest songów. Na przykład motyw uchodźcy, który prosi o możliwość przejścia. Albo że Kaja widzi reakcję dzieci, które oglądają w telewizji uprzedmiotowienie zwierząt. Problem polega na tym, że mamy pośredni kontakt z problemami tego świata. Jesteśmy utrzymywani w przekonaniu, że nie mamy na nic wpływu, tylko na bliskie otoczenia. Moim zdaniem prawda jest zupełnie odwrotna. Mamy wpływ na świat w skali makro, ale nie mikro. Nie możesz sprawić, żeby ktoś cię kochał, ale możesz nie zatruwać (ograniczyć chociaż) środowiska. Utapia się nas w problemach cellulitu i przedwczesnego wytrysku, a oddala się nas od problemy nadprodukcji i migracji klimatycznych wywołanych zmianami w przyrodzie. Jesteśmy przekonani, że nic nie możemy zrobić. A tymczasem możemy zrobić dużo. Nie marnować wody. Nie wyrzucać starych sprzętów. Nie dawać sobie wmówić, że musimy być modni - bo chodzi tylko o to, żeby kupować...

Twój film jest w taki czy inny sposób o współczesnej wierze i jej pułapkach. Ale nie można w nic nie wierzyć. W co ty wierzysz?

- Wierzę, że duchowość to własne doświadczenie, a religijność to zapożyczenie cudzych. Uważam, że każdy powinien architektonicznie (świadomie) stworzyć własną religię. Jest tyle mądrych religii i systemów filozoficznych. Ja jestem za wszystkimi religiami. Ale nie będę wyznawać żadnej, bo tak wybieram. Jak to mówił Sabała: Pośredników z Bogiem nie potrzebuję.

Tak w ogóle, to "Wieża. Jasny dzień" przypomniała mi o "Śledztwie" Stanisława Lema, gdzie z kostnic znikają zwłoki i nikt nie jest w stanie wyjaśnić dlaczego, mimo że postaci próbują dorabiać do całej sprawy szalone teorie racjonalizujące całe zdarzenie. A przecież świat jest chaotyczny i często niezrozumiały.

- Ważne jest: jesteśmy tu na chwilę, nie mamy nic - trumny nie mają bagażników i mamy tylko siebie. Więcej mądrości nie mam.

Popraw mnie jeśli się mylę, ale debiutowanie w pełnym metrażu jest w Polsce trudne, a jeszcze bardziej jeśli jest się młodą dziewczyną, która ma ambicje artystyczne?

- Arthouse jest mniej popularny niż mainstream. Ale ja nie mam ambicji na mainstream. Śmieszy mnie, jak ktoś mi proponuje, żebym zrobiła coś na większą ilość widzów albo mi mówi, żebym teraz zrobiła reklamę (najlepiej parówek). To wielkie nieporozumienie. Zresztą myślę, że zaraz pył opadnie, zainteresowanie przeniesie się na kogoś innego i wszystko się uspokoi. Po mnie nie można się spodziewać niczego innego niż kina autorskiego. Amen.

Cieszy również, że rola kobiet w polskim kinie z każdym rokiem wzrasta, co zwiększa ilość punktów widzenia, a co za tym idzie, otwiera na nowe wrażliwości. Nie zrozum mnie źle, nie nazwałbym twojego filmu "kobiecym", ale prawda jest taka, że gdyby nakręcił go mężczyzna, byłby zupełnie inny.

- Nie ma filmów kobiecych! Jest kino kobiet. Mój film będzie zawsze zupełnie inny niż film każdego innego człowieka. "Kobiece kino" mnie nie obraża, ale bardzo zasmuca. Trzeba uważać, bo żyjemy wewnątrz języka. Język determinuje. Jeśli będziemy mówić "kobiece kino", to nadajemy mu jakieś atrybuty. Jakie? Ja jestem kobietą i robię filmy. Mój film byłby taki sam, jakbym miała siusiaka i tak samo inny, gdybym urodziła się w Grudziądzu. Język bardzo determinuje! Język ma siłę upośredniania i oddalania nas od problemów. Jeśli nazywasz kogoś wrogiem, to brzmi to inaczej niż "osoba o innym przekonaniu". Jeśli mówisz "mięso", to nie myślisz "żywa, odczuwająca cierpienie istota"...

Kolejnym ciekawym tropem jest w filmie odwieczne starcie człowiek kontra natura. Kaja zjada śmieci, wypoczywa nago wśród traw, cieszy się szumem drzew. Jest spokojniejsza, choć również złowieszcza, podczas gdy pozostali zostali "oswojeni" przez cywilizację, są pasywno-agresywni, mają zbiory zasad, których nie chcą naginać.

- Myślę, że to jest raczej problem nas wszystkich. Jeśli wziąć, na przykład, pod uwagę, że w Warszawie proponuje się darmową komunikację miejską, bo stężenie zatrutego powietrza przekracza (dobre sobie) normy, to są dla mnie historie science fiction z dzieciństwa. Albo na przykład nie zdajemy sobie sprawy, w jakim stopniu migracje klimatyczne dotyczą każdego z nas. Jaki mamy na nie wpływ. W Kapsztadzie czekają na dzień zero, kiedy w kwietniu z kranów nie poleci woda. Kryzys, ale w kontekście wyparcia psychicznego, jest szalenie interesującym tematem. Ciekawa jestem, jak długo jesteśmy w stanie uważać, że nic się nie zmieni i dalej możemy produkować i kupować.

Pójdźmy więc dalej, czym jest tożsamość ludzka? Zbiorem rozwijanych, lecz istniejących już cech, czy czymś, co da się zaprogramować? Pytam ja, ojciec dwójki małych dzieci, ciebie, reżyserki, która pokazuje w swoim filmie, jak łatwo jest młodymi umysłami manipulować.

- Skoro jesteś ojcem dwójki małych dzieci, to powiem ci, że nie wiem na pewno, ale proszę cię - naucz swoje dzieci podawania świata w wątpliwość. Mój nauczyciel z PWSFTviT dał mi kiedyś świetną lekcję reżyserii i nie tylko, powiedział: "Pomyśl coś i zaraz pomyśl na odwrót". Tak chyba pracują wybitni naukowcy. Bo ważne jest badanie świata. O tym jest przypowieść o synu marnotrawnym. Ojciec cenił go najbardziej ze swoich dzieci, bo on miał odwagę sam sprawdzić, co uważa. Myślę, że jesteśmy potwornie manipulowani przez rządy, media i innych ludzi. Myślę, że "Wielki inkwizytor" to utwór, w którym Dostojewski świetnie rozważa, czemu tak jest. To bardzo trudne myśleć za siebie. To męczy. Ja każdego dnia zadaję sobie pytanie, co myślę. Trzeba w tym się ćwiczyć.

Powiedz mi w takim razie, ale tak całkowicie szczerze, nie drażni cię to wpychanie w szufladki, nadawanie etykietek, porównań?

- Mnie w ogóle mało co drażni. Nie mam żadnych ambicji i mam małe potrzeby życiowe. Karierę postrzegam w kategoriach samorozwoju. A na wszystko co mówią, patrzę z ciekawością. W związku z czym jestem bardzo zadowolona prawie cały czas. Polecam.

Jaką drogą chcesz w takim razie podążać?

- Życie to sztuka dochodzenia do tego, kim się jest. A nie stawania się kimś. Prawda to ziemia bez ścieżek, więc bardziej będę patrzeć, gdzie leżę, niż definiować.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Wieża. Jasny dzień

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje