Reklama

Reklama

Intymność kobiety

To jest film o kobiecej intymności. Chwytliwy temat? Od razu nasuwają się aborcja i prostytucja wśród młodych dziewczyn. Media szukają sensacji, jakiegoś punktu zaczepienia, co w zasadzie jest naturalne. Ja próbuję jednak od tego odejść. Stronię od zaszufladkowanych tematów. Lubię podchodzić do nich na przekór - mówi w rozmowie z Alicją Myśliwiec reżyserka filmu "Sponsoring" - Małgorzata Szumowska.

Za czym tęsknią kobiety w pani filmach?

Małgorzata Szumowska: - Paradoksalnie, za miłością, która kojarzona jest z namiętnością, a nie, jak upraszczają media, z seksem.

Łamie pani tabu, przesuwa granice.

- Niewątpliwie tak. Myślę, że nie jest to łamanie tabu, a powiedzenie wprost o pewnych rzeczach, o których się nie mówi.

Masturbująca się Juliette Binoche? Jak wyglądały przygotowania do tej jakże subtelnej sceny?

- Była to trudna scena. Juliette długo ze mną o tym rozmawiała, cały czas wypytując, jak ma wyglądać. Właściwie moja siostra - Kaśka, trafiła na australijską stronę internetową, na której ludzie nagrywają swoje masturbacje na kamerę i dzielą się nimi z innymi użytkownikami. Po prostu wysłałam link do tej strony Binoche. Oglądała i uczyła się gestów, mimiki z realnych filmików, profesjonalnie to odtwarzając. W Toronto zaistniała sytuacja, w której ktoś zapytał Binoche, czy robi to naprawdę przed kamerą? Mocno oburzona powiedziała, że nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego, że jest to przekroczenie jej intymności, jest to gra i podchodzi do tego tylko i wyłącznie pod kontem technicznym.

Reklama

- Realizacja sceny trwała dwie godziny, w której na początku było ciężko przełamać pierwszy wstyd. Wymyślała różne techniki: śmiech, dialog z reżyserem. Miałam wrażenie, że próbuje zakryć czymś zażenowanie. I rzeczywiście mogło tak być, bo po 40 minutach działań w końcu zaczęła się do tego przyzwyczajać i przełamywać swoje ograniczenia. Pierwotny plan był taki, żeby scena była nakręcona w całości a jest zmontowana, bo trudno było o minutę dobrego materiału. Nie jest to łatwe zadanie.

Czy zawsze pracuje pani z aktorami "na emocjach"?

- Dzięki Binoche pierwszy raz zrobiłam inaczej. Przy "33 scenach z życia", przy "Ono", przy poprzednich moich filmach, rzeczywiście tak było. W szkole filmowej mieliśmy dużo zajęć z aktorstwa, między innymi z Grzegorzem Królikiewiczem, które bardzo mi pomogły. Dzięki temu potrafię pokazać teraz bardzo wiele rzeczy. Nie jestem intelektualistką, nie siedzę i nie mądrzę się analizując po sześć godzin postać, bo jest to dla mnie nudne. Szybko się dogaduję i pokazuję, jak ja bym to zrobiła i robię to w sposób lekko przerysowany, co wzbudza śmiech w aktorach. Dzięki temu wiedzą, o co mi chodzi i "łapią ścieżkę". Rzeczywiście jest tak, że jeśli aktor nie otwiera się i jest bardziej zablokowany niż ja, to jest to dla mnie paradoksalne, bo powinien umieć się wcielić w różnorodne postaci. Jestem wymagająca. Jeżeli czuję fałsz i nie dostaję takich emocji, jakich oczekuję, to jestem zdenerwowana i dość ostra.


Nie miała pani wrażenia, że podczas castingu przewija się wiele "papierowych" postaci?

- Do tego filmu nie miałam castingu, od razu wybrałam Aśkę Kulig. Zobaczyłam kilka dziewczyn tylko dlatego, że zauważyłam, że Aśka nie mówi po francusku. Zaczęłam kogoś szukać, lecz zrezygnowałam. Wiedziałam, że to musi być ona, że ma w sobie to coś, błysk w oku, szaleństwo, to co jest potrzebne tej postaci. Wrócę do Juliette Binoche. Dlaczego nie było z nią tyle emocji w sensie potwornie męczącej pracy? Ona jest aktorką i zwierzęciem filmowym. Ją kocha kamera, ona kocha kamerę. Zrobiła masę filmów, jest doświadczona. Jeżeli coś ustalałyśmy, po prostu to robiła. Robiła to bardzo dobrze, za każdym razem dając trochę inną wersję. Było to porozumienie bez słów.

- W Polsce niestety jest bardzo mało aktorów kształconych pod kątem filmowym sensu stricte. Przez te lata szkoły nabierają maniery, z którą później ciężko walczyć. Dlatego też często lepiej pracuje się z naturszczykiem, czy studentem, który w ogóle nie chodził do szkoły i opuszczał zajęcia. Może być wtedy lepszym aktorem, bardziej zwierzęcym i filmowym niż ten, który jest świetnym aktorem w teatrze.

Mówiło się, że "Ono" to będzie film o ciąży, jednak ciąża była tam tylko motywem. Później "33 sceny z życia" - film o rodzicach, ale przede wszystkim film o godzeniu się z pewnymi faktami i podchodzeniu do pewnych spraw. Teraz mamy "Sponsoring", który tak naprawdę też nie jest o sponsoringu.

- Jest o kobiecej intymności. To chwytliwy temat. Od razu nasuwają się nośne tematy - aborcja, prostytucja wśród młodych dziewczyn. Media szukają sensacji, jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś co w zasadzie jest naturalne. Ja próbuję jednak od tego odejść. Stronię od zaszufladkowanych tematów. Lubię podchodzić do nich na przekór.

To widać na tej taśmie filmowej. Pewna rzecz, która przykuła moją uwagę. Ile rzeczy rodziło się bezpośrednio na planie w tych scenach? Jak często ten film spotykał się z rzeczywistością, a jak często odchodziło się od tego, co zostało przyjęte w teorii? Co przyniosły okoliczności, rzeczywistość?

- Ogromne zmiany. Wszystkie sceny, które były między Binoche a Aśką Kulig, były zupełnie inne na papierze. Wynikało to stąd, że Aśka miała bardzo dużo tekstu, do którego scenarzystka była bardzo przywiązana, podobnie jak producentka. Ja jednak wiedziałam, że dialog informacyjny w kinie nie działa i że Aśka tego nie zagra. Toczyły się więc dyskusje o pojedyncze "zdanko" . Dopiero gdy aktorki usiadły naprzeciwko siebie, stało się jasne, że Aśka nie rozumie co mówi do niej Binoche, bo nie mówi po francusku, a Binoche nie rozumiała Aśki, bo jej francuski był bardzo słaby. I dopiero wtedy scenarzystka i producentka zobaczyły, że to jest świetna sytuacja. Zrozumiały, że to jest esencja, że można wyrzucić te wszystkie dialogi i więcej można pokazać obrazem, sytuacją niż teorią. I właściwie w każdej scenie tak było - wykreślało się dialogi, zmieniało się je na planie. Same aktorki tez proponowały zmiany.

- Tak właśnie pracuję. Gdy widzę kamerę, aktora, miejsce, w którym kręcimy, uruchamia mi się myślenie.


Ważnym miejscem jest w pani filmach Kraków, trochę momentami jak z filmów Felliniego. A Paryż? Jaka jest różnica między tymi dwiema przestrzeniami?

- Między Krakowem a Paryżem? Paradoksalnie są podobne. To są takie burżuazyjno-mieszczańskie miasta, przy czym Kraków stracił wiele przez naszą historię, przez wojnę. Komuna go bardzo zniszczyła. Teraz się bardzo mozolnie odbudowuje jednak w kierunku, którego nie lubię. Jest nastawiony na turystów. Nie podoba mi się to, co dzieje się z Krakowem. Ale Paryż, również jak Kraków, jest miastem mieszczańskim, burżuazyjnym i w sumie nudnym.

Pani jest mieszczańska?

- Ani trochę... Ok, ja bywam mieszczańska, np. kiedy zajmuję się gotowaniem, swoim synem itd. Mam takie naleciałości, choć bardzo tego nie lubię.

A uprawia pani jogę?

- Tak, uprawiam jogę.

W filmie w jednej ze scen bohaterka uprawia jogę, ale z zaciśniętymi szczękami, w sposób zupełnie nie kojarzący się z relaksem. Później boksuje się z lodówką.

- Ona uprawia pilates, a ta lodówka ciągle mi się w Paryżu zacinała, ciągle coś z niej wylatywało, nie mogłam jej zamknąć. Atak przedmiotów martwych. A jeżeli chodzi o pilates - sama go kiedyś uprawiałam i zaciskałam te zęby, dlatego przerzuciłam się na jogę, gdzie się tych zębów nie zaciska.

A papierosy w paczce też pani liczy?

- Liczę. Palę tylko 6 dziennie.

Czy pani jest w każdym swoim filmie?

- Jakaś cząstka mnie na pewno. Postać Anne to nie jestem całkowicie ja. Po pierwsze jest ode mnie starsza o 10 lat i ma inne problemy niż ja. Ale te części z lodówką, pilatesem, papierosami, słuchania radia - to są rzeczy rzeczywiście wzięte z mojego życia. Ówczesnej, bo już nie dzisiejszej.

Była muzyka klasyczna. Czy była też muzyka Pawła Mykietyna?

- Muzyki Pawła Mykietyna jest bardzo mało, ale pomógł nam zbudować tła, atmosferę.

Ale w przypadku filmu "Ono" jest go już znacznie więcej...

- Także w "33 scenach", a teraz pisze muzykę do mojego najnowszego filmu "Nowhere" czyli nigdzie, z Andrzejem Chyrą w roli głównej i Mateuszem Kościukiewiczem.

Czy to jest film o księdzu? Seksie?

- Nie, nie jest ani o księdzu, ani o seksie.

Ale jest o seksualności?

- Tak, ale nie jest o seksie na pewno, i nie jest tylko o seksualności. Jest o tęsknocie za drugim człowiekiem, o samotności.

Skąd się bierze porywanie na tematy, których niewielu ludzi dotyka, o których boi się mówić?

- Fascynuje mnie ten temat. Przeczytałam wiele reportaży o sytuacji księży, o tym, co czują. I na podstawie wielu, nawet pewnych autentycznych wydarzeń, choć wiele jest tam wymyślone, napisałam ten scenariusz z Michałem Englertem. Z czego to wynika? Być może z tego, że sama kiedyś uczęszczałam do kościoła, nie był mi to obcy temat.


Ale chrzest w pani wieku to późny moment.

- Tak, miałam 13 lat.

I jak to jest? Budzi się 13-latka i dochodzi do wniosku, ze potrzebuje chrztu?

- To tata. Był ateistą, ale się nawrócił na religię katolicką. Dużo mi o tym opowiadał, i zaraził mnie.

A czy pani w okresie nastoletniego buntu nie chciała pokazać, ze to nie jest pani droga?

- Ja się nie za bardzo miałam jak buntować. Dużo o tym mówiłam. Ten bunt przyszedł dopiero po śmierci rodziców. Moi rodzice byli szalenie liberalni wobec mnie.

Nie było się przeciw czemu buntować?

- Nie było. Mogłam palić papierosy w domu, nie było zakazów.

To kiedy był ten pierwszy moment, kiedy zaczęła się pani boksować z powietrzem?

- Chyba dopiero po ich śmierci, kiedy poczułam, że coś mnie jednak uwierało, że mimo tej wolności ojciec za bardzo mnie ukierunkował, ukształtował. Nie miałam samodzielnego myślenia, zawsze o wszystko go pytałam, jak przyjaciela. Obudziłam się mając 30 lat, bo wtedy umarli, i byłam wstrząśnięta, bo okazało się, ze gdzieś nadal jestem dzieckiem, takim dużym dzieckiem.

Które wchodzi na dorosłe ścieżki?

- Samotnie wchodzi. Musiałam więc dojrzeć szybko i radzić sobie sama. To bardzo bolesne doświadczenie.

"33 sceny z życia" pomogły cokolwiek zrozumieć, poukładać?

- Raczej tak nie myślę, ale mimo wszystko tak - pomogły. Ludzie mogą myśleć różne rzeczy- że jestem w super momencie, bo promuje film itd. Jasne, bardzo się cieszę, ze promuję film, ale też jestem zmęczona i pomyślałam, że ja to wszystko robię po to, by po raz kolejny stanąć na planie. Niektórzy robią coś po to, by zrobić karierę. Ja takiego czegoś w sobie nie mam, choć oczywiście każdy chce zrobić karierę. Ale podstawową rzeczą jest dla mnie powrót na plan filmowy. To jest miejsce, w którym czuje się najlepiej na świecie. Tam się spełniam.

Jak było na planie "Nowhere"?

- Mieszkaliśmy właściwie w jednej wiosce. Andrzej Chyra miał wynajętą przez produkcję jakąś chatę, inną chałupę miał operator. Maja Ostaszewska przywiozła swoje dzieci. Był mój syn, moja przyjaciółka, która też ma córkę. Zrobiła się wielka rodzina. Gotowaliśmy, piliśmy wino. To był piękny czas.

Dom jest w domu, czy dom jest na planie?

- I tu, i tu. Ja nie przywiązuje do domu, jako do instytucji, wielkiej wagi. Teraz jestem na etapie wynajmowania mieszkania i uważam, że to lepsze rozwiązanie, bo nigdy nie wiesz, co z tobą będzie w tym zawodzie za pół roku.

Pani lubi żyć na walizkach?

- Lubię, ale w każdym miejscu, w którym jestem, lubię tworzyć dom. Mówiąc krótko, dom to nie jest miejsce, ale to są ludzie. Dla mnie to jest mój syn, mój partner, czy przyjaciele, ludzie, którzy przychodzą do ciebie. Jestem bardzo przywiązana do przyjaciół.

Jak pani zmieniła się jako kobieta w tych wszystkich filmach? Pani bohaterka w "Ono" jest niesamowicie rozedrgana. Podobnie Binoche - jest przytłoczona, zamknięta. Skąd to się bierze, ze są one akurat na takim etapie? Czy to odzwierciedla pani doświadczenia?

- Nie. Dopasowałam się do naturalnych możliwości aktorek. Binoche jest dostojna, ma w sobie coś takiego. Wydaje się być zamknięta. W rzeczywistości jest bardzo otwarta. Ma w sobie młodość. To niezwykłe. Ale w tym filmie miała pokazać coś innego.

Miała opowiedzieć o kobietach, o tym co przeżywają. Ale to także film o facetach.

- Dzisiaj doszły do mnie echa recenzji ze Francji. Piszą za i przeciw, ale ważne, że jest rozgłos. Są głosy, że mężczyznę ukazuje karykaturalnie.


A dlaczego ci faceci są tacy słabi u pani?

- Ja nie wiem, czy są tacy słabi. Myślę, że wszyscy ludzie są słabi. Portretuje w bardziej wyrazisty sposób kobiety, bo sama jestem kobietą. Lubię opowiadać o tym, co jest w zasięgu mojej percepcji. Nie potrafiłabym opowiadać o wnętrzu faceta na tym etapie. W filmie faceci są w niewygodnej roli klientów, ale przecież taka jest rzeczywistość.

A kobiety, z drugiej strony, nie wydają się być tą sytuacją udręczone...

- To jest cały paradoks tego tematu. Te dziewczyny nie są ofiarami, one same decydują, to jest ich wybór. I chyba to najbardziej w tym filmie bulwersuje.

Spotykała się pani z takimi dziewczynami pracując nad scenariuszem?

- Spotykałam się. We Francji i w Polsce, to jest na faktach. Nic nie jest wymyślone.

Spodziewała się pani bardziej udręczonej wersji?

- Spodziewałam się tłumaczeń, opowieści o trudnej sytuacji życiowej. Jednak tak nie było. Te dziewczyny tak wybrały, tak zdecydowały. Życie bywa czasami dalekie od schematów, od tego co chcielibyśmy sobie zaszufladkować.

Czy przed wyjazdem do Berlina, po tych pierwszych francuskich recenzjach, ma pani taką świadomość, że został zrobiony kawał dobrej roboty?

- Tak. Początkowo byłam zawiedziona Cannes. Film przeleżał rok, z wielu powodów.

Ale temat jest ciągle na fali.

- Tak. Poza tym być może dobrze się stało, bo w końcu film pokazano na festiwalu w Toronto i sprzedał się na cały świat. Kupiły ten film wszystkie kraje poza Japonią.

Kto ocenzurował?

- Australia i Izrael. Ale poza tym mamy ogromny sukces, we Francji ma dobry box office, to już wiemy po pierwszych trzech dniach. Ludzie poszli do kina. Został zauważony w prasie, ma naprawdę dobre recenzje, chociaż nie brakuje też złych opinii. Co jest charakterystyczne, pisma lewicowe piszą o nim dobrze, pisma prawicowe źle, używając argumentu, ze to jest soft porno.

- Zupełnie mi te złe recenzje nie przeszkadzają.


W takim razie powiedzmy, są tam tak mocne sceny?

- Ja nie wiem, ciężko mi to ocenić. Może rzeczywiście dwie sceny, które zresztą maja być wycięte w Australii i Izraelu, są mocne. Z pornografią to na pewno nie ma nic wspólnego., bo tam nic nie widać, więc gdzie pornografia?

W głowie.. To jest dwutorowe, są mężczyźni, którzy idą do dziewczyny i płacą za to, inni zamykają się w wirtualnej rzeczywistości.

- Nie oskarżam i nie oceniam panów, ani mężczyzn w ogóle. Oni są bezradni, szukają spełnienia, jakiś fantazmatów seksualnych. I kobiet też. Ale te kobiety uprawiają taki a nie inny zawód, i ci mężczyźni są ich klientami. W filmie prawie każdy mężczyzna jest klientem, więc od razu wychodzi, że wszystkich stawiam w złym świetle. To jest totalna klisza.

RMF Classic

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy