Reklama

Ile można pić, palić i gadać o sztuce?

"Zazwyczaj tak dużo nie gadam, ale tu czuję atmosferę święta" - powiedział podczas festiwalu w Gdyni, gdzie przyjechał w związku z premierą "Boiska bezdomnych" Kasi Adamik, ale też, by po prostu oglądać filmy. "Za mądre dla mnie, wychodzę" - takiego esemesa dostałem od Eryka Lubosa w trakcie jednego z seansów. Do następnej projekcji miał dwie godziny. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że otrzyma w Gdyni nagrodę dla najlepszego aktora drugoplanowego. O intensywnej pracy na planie filmu Kasi Adamik, powodach, dla których zaczął trenować boks oraz jedynej wizycie na planie "Tańca z gwiazdami" Eryk Lubos opowiedział Tomaszowi Bielenia.

Reżyserowała Cię już kiedykolwiek kobieta?

Reklama

Eryk Lubos: Wielokrotnie... W filmie pierwsza była Szumowska.

Jest jakaś różnica?

Eryk Lubos: W "Boisku bezdomnych" największe wrażenie zrobił na mnie stosunek Kasi do nas, do ekipy... to faktycznie jest inne od męskiego podejście. Przypatrywałem się też, jak Agnieszka Holland pracuje - rzeczywiście coś w tym chyba jest. Kobiety zupełnie inaczej podchodzą do wielu rzeczy. Jak Wojcieszka [Lubos grał w kilku spektaklach Przemysława Wojcieszka] w teatrze robiłem, to tak naprawdę jego kobieta była tam wyrocznią, bo, potem to zrozumiałem, dawała coś, co nam mężczyznom, w tym galopie - robimy męskie kino, męski teatr - umyka. Ten kobiecy pierwiastek.

Katarzyna Adamik?

Eryk Lubos: Kasia to jest dla mnie ewenement.

Znałeś ją wcześniej?

Eryk Lubos: Nie, nawet nie wiem jak się znalazłem w tym filmie. Dostałem telefon, akurat się do "Wojny..." przygotowywałem. Dzwoni do mnie agencja, że jest scenariusz: "Eee tam, zajęty jestem teraz". A oni: "Słuchaj Eryk, koniecznie. Masz za 2 godziny dać odpowiedź czy cię to interesuje". Po 20 minutach już wiedziałem. Zobaczyłem temat bezdomności, alkoholizmu, walki o godność, Dworzec Centralny, samo dno...Przejąłem się tą historią, tak po ludzku. Nie wiedziałem co z tego wyjdzie, ale oddzwoniłem i powiedziałem, że bez względu na wszystko muszę w tym zagrać.

Nie wiem jednak jak to się stało, że się tam znalazłem. Nie miałem nawet zdjęć próbnych.

Dużo projektów przechodzi Ci koło nosa?

Eryk Lubos: Część scenariuszy, które są pokazywane w Gdyni, przeszło przez moje ręce. Czytałem Skolimowskiego "Cztery noce z Anną" - nie doszło do spotkań. Nie doszło też do realizacji ze mną "Drogi do raju" ze względu na dwie próby generalne "Szewców" Jana Klaty, który najpierw się zgodził, a potem były afery.

Jestem na takim etapie, że wkręcam się w te festiwale, jeżdżę, oglądam - Era Nowe Horyzonty, Gdynia... Tu jest tak, że z pięć scenariuszy znam od podszewki. Jak ja je czytam, to zupełnie inaczej to odbieram, a potem to się inaczej przekłada.

Tak samo z "Boiskiem bezdomnych". Każdy z nas jak to czytał, miał inną koncepcję. Inaczej to sobie wyobrażał. Dzięki Bogu, Kasia... To jest anioł...

Widziałeś w Gdyni pierwszy raz?

Eryk Lubos: Widziałem już wcześniej. Walnąłem w stół i powiedziałem, że muszę. Starałem się wtedy przygotowywać do filmu "Tamagotchi" Marcina Wrony. Jestem ze starej szkoły aktorskiej, zawsze się zamykam, zaszywam, staram się. W szkole tak było, że zawsze mnie chcieli z niej wyrzucić, a ja chciałem udowodnić sobie, że można znaleźć coś takiego, że jeszcze coś więcej, i jeszcze, i jeszcze.

Poprosiłem pana Wąchałę, producenta wykonawczego "Boiska bezdomnych", żeby pozwolił mi obejrzeć ten film przed premierą. Zgodził się, mogłem to obejrzeć w domu, na rzutniku. Z próbnym montażem, bez muzyki... Obejrzałem to, żeby... Jak wkręcam się w jakiś temat, to to zostaje, osadza się. Potem przychodzi nowy projekt, a to w środku siedzi. A ja nie chcę się powielać. Chciałem na to popatrzeć z zewnątrz, jak już emocje opadły. Przeanalizować to, jak się ta postać buduje, jak się "gra". Obejrzałem to wtedy i szczęka mi opadła.

Patrzyłem na Lubosa w "Boisku bezdomnych" i przychodziło mi do głowy jedno nazwisko - Klaus Kinski.

Eryk Lubos: To jest zasługa Marcina [Dorocińskiego - odtwórca głównej roli w filmie]. On wszedł w ten film wprost z innego planu, był dosłownie "wyżęty". Wewnętrznie i fizycznie zużyty. A mimo to od razu wszedł w następny plan. To, jak gramy w tym filmie, to jest jego zasługa. On nas wszystkich ogarnął. Wszyscy graliśmy do jednej bramki, nie było żadnej ściemy - nikt nie kombinował, nie próbował przeskoczyć pewnych rzeczy. A Kasia pilnowała tego zbiorowego bohatera, żeby jej się nie wymknął..

Wcale nie reklamuję tego filmu, tylko to była dla mnie wyjątkowa przygoda, pierwszy taki kontakt z "otwarciem". Mieliśmy na planie piękną atmosferę, dużo improwizacji. Kasia nam w pewnym momencie bardzo zaufała, odcięła pępowinę, wskazała tylko kierunek.

Dużo improwizowaliście?

Eryk Lubos: Operatorem był mistrz Petrycki. Podszedłem do niego, jak do każdego innego operatora. Cześć - cześć. Dopiero potem się dowiedziałem, co on już w życiu skręcił i było mi tak wstyd. Ten pan to jest arcymistrz! Niby tylko się przyglądał, ale w odpowiednim momencie potrafił coś genialnie doradzić. Na przykład raz powiedział: "Mamy tu całkiem zdolnych aktorów. Dajmy im pograć, zobaczymy co zrobią". I ta scena, kiedy my się do Staszka do mieszkania zwalamy, w całości była zaimprowizowana. Poszliśmy z marszu tak, jak staliśmy.

Musieliście się autentycznie nauczyć grać w piłkę.

Eryk Lubos: Mieliśmy treningi. Ale takie porządne. Na jednym z nich Bartek Topa naderwał kolano. Dużo wysiłku nas to wszystkich kosztowało, nie zdradzam tu żadnych tajemnic. Bartek później grał z takim usztywnieniem ze szmat, miał tam jakiś stabilizator kolana... Z kolei Marek Kalita w najważniejszym meczu zerwał wiązadła i karetka go odwiozła. Tak, że zaciętość, zawziętość była... I Huragan Wołomin, zawodowi piłkarze, co oni z nami robili!

Były spięcia na planie?

Eryk Lubos: Często się nie rozumie aktorów. Kłótnie, emocje... To jest związane z tym, że my chcemy, żeby było jak najlepiej... Poświęcam temu cztery miesiące, nie śpię po nocach, zmiany planów, kurwa, masz nocne zdjęcia przez tydzień, potem 12 godzin przerwy i poranne zdjęcia. I takie jest to życie. A gdzie tu pobyć z kobietą w tym wszystkim? Nie ma czasu... A potem idziesz do kina i masz wszystko w dwóch godzinach. Dlatego obiecałem sobie i mówię o tym producentom, że ja nie będę chodził na premiery, bo się zesram. Ze strachu.

Tu w Gdyni też nie byłem. Marcin przyjechał tu dla Kasi i dla projektu. Na następny dzień miał zdjęcia. Dzwoni do mnie i mówi: "Dobra Eryk, jedziemy". A ja nie kokietowałem, tylko od początku mówiłem: "Ja tu nie przyjadę, bo nie wytrzymam tego psychicznie". To Marcin powiedział, żebym tu przyjechał. Jak robisz teatr i coś nie gra, to w następnym spektaklu to zmieniasz. A tu nie ma odwrotu. To zostaje.

Ten film zyskuje bardzo dużo na autentyczności dzięki językowi. Na tym, że po prostu bluzgacie.

Eryk Lubos: Noooo. Mamy udawać, że nie znamy tych słów? Ale jak pięknie usprawiedliwia nas temat! O wiele ważniejszy jest człowiek, a nie to, w jaki sposób mówi. Ale tak samo jest u Szumowskiej w "33 scenach z życia"! Możesz być elitą, intelektualistą, zwyczajnym człowiekiem, bezdomnym, żulem - takie jest po prostu życie...

"Boisko bezdomnych" to jest właściwie Twoja pierwsza większa rola w kinie. Do tej pory były epizody, drugie plany, a tu jest wreszcie kawał roli.

Eryk Lubos: A wiesz, że na wiosnę miałem trzy duże projekty w jednym momencie? Trzy złote jajka naraz! "Tamagotchi", Wojna polsko-ruska..." i "Afonia i pszczoły" Jana Jakuba Kolskiego. A tu tak się jakoś złożyło. Los za mnie wybrał.

W październiku 2007 roku dostałem scenariusz "Wojny..."od Jana Jakuba Kolskiego, który powiedział: "Ta rola jest napisana dla ciebie". Po tym, jak nie wyszło z "Wojną..." [film wyreżyserował Xawery Żuławski], to on się zaszył i coś tam nowego pisał. Potem zadzwoniła do mnie jego żona i powiedziała, że to jest jego najlepszy scenariusz Chodzi o :"Afonię i pszczoły". Miałem tam rolę Ruskiego. Ale nie mogłem w tym zagrać, bo miałem wcześniej ustalone na ten sam termin zdjęcia do "Tamagotchi". I nie zagrałem też w "Wojnie...". Mała burza się rozpętała, ale potem okazało się, że jak się producent dowiedział, że nie zagram, to wcale nie płakał.

Słyszałem, że"Tamagotchi" to będzie odważne kino. Grasz tam boksera?

Eryk Lubos: Marcin [Wrona - reżyser] przeprowadził niezły numer. Przyglądał mi się od dłuższego czasu. Ale nie w kinie, czy teatrze, tylko w sali treningowej. Dowiedział się gdzie boksuję. Wszyscy mi od dawna zarzucają, że jestem mięśniakiem a potem spotykam kolegów na siłowni - Krzysztof Ibisz się teraz chce odchudzać. Ta amerykańska fala rozwoju fizycznego przyszła wreszcie do Polski. Teraz nagle wszyscy są zdrowi i sportowi. Ale ja zacząłem ćwiczyć boks nie po to, żeby się bić, tylko żeby zabić w sobie "aktora". Jak ci się nie uda, to jest początek końca. Ci wszyscy studenci szkół teatralnych, którym się wydaje, że są kimś wyjątkowym!

A jak to mówią starzy zawodowcy - aktorem się tylko bywa. Święta racja.

Boks był po to, żeby...

Eryk Lubos: Na studiach pisałem pracę dyplomową z Meyerholda [Wsiewołod Meyerhold - reżyser, aktor, teoretyk teatru]. Ruscy zawsze mi imponowali. Widziałem kilka rosyjskich teatrów i zawsze się zastanawiałem: "Jak oni to robią? Nie są piękni, ani bardzo znani, ale jak grają - to 'tną' cię na całego. Jak oni to robią?". Zacząłem kopać. Oczywiście na początek Stanisławski - wszyscy się nim wycierają... Ale tu jest Meyerhold.

Miałem ten zaszczyt, że pracowałem z Jerzym Jarockim i jakoś się dowiedziałem, że on miał dostęp do papierów Meyerholda. Zacząłem się przez niego przekopywać i okazało się, że Meyerhold to jest dobry kierunek. Jest ta słynna anegdota - jak widzisz niedźwiedzia, to co robisz? Aktor Stanisławskiego najpierw myśli, co przeżywa, potem zaczyna przeżywać, w końcu - reaguje. Ja jestem wyznawcą teorii, żeby od razu spierdalać. Jeśli uda mi się wejść na drzewo, to dopiero wtedy przeżywam.

Na trzecim roku studiów stwierdziłem, że jestem już takim artystą, że muszę mieć jakiś antydoping, żeby przestać tak myśleć. Ile można pić, palić, gadać o sztuce? Poszedłem na boks, trener tak na mnie dziwnie popatrzył: "Dobra, jak pan chce, proszę przyjść, poobserwować". Posadził mnie na sali, chłopaki zasuwają a ja siedzę i się przyglądam. Ja pierdolę, co za siara! Zacząłem chodzić. Okazało się, że mam jakiś zajebisty talent. Strasznie mnie to kręci, ciężkie sparingi sobie robię. Najlepsze było to, że nikt mnie tam nie traktował jako aktora. Wzięli mnie za gościa z ulicy, bez taryfy ulgowej - wyzywanie od mięczaków, takie sprawy. I wtedy zrodził się we mnie bunt: "Co, ja nie mogę?" Zaczęliśmy udowadniać sobie różne rzeczy z trenerem i tak to się potoczyło...

Jak znalazłeś się w Warszawie?

Eryk Lubos: Grzegorz Jarzyna mnie zaprosił, za co mu bardzo dziękuję. Zanim przeniosłem się do Warszawy, to nie wychodziłem z teatru - wydawało mi się, że to moja Biblia. Non-stop w teatrze, kontakt z widownią, szlifowanie, kombinowane... Reżyserzy zaczęli mnie wybierać. Dostałem niesamowite zadanie u Piotra Cieplaka, niedawno mieliśmy jeszcze spektakl po czterech latach przerwy - całą "Księgę Koheleta" musiałem powiedzieć. Okazało się, że to jest taki odjazd! Zagrałem też w balecie i paru innych rzeczach.

Grzesiek Jarzyna to widział, siedzieliśmy gdzieś i on rzucił: "Słuchaj, mam etat. Bierzesz? Tylko szybko, bo nie mam czasu, idę na próbę". I tak znalazłem się w Warszawie, zacząłem więcej grywać. Tylko branża filmowa trzyma się dalej ode mnie z daleka. Wyglądam, jak wyglądam, nie pokazuję się na bankietach.

Boją się Ciebie?

Eryk Lubos: Nie wiem. Moim marzeniem jest skupiać się na dużych, porządnych projektach. Jestem chyba trudny w kontakcie, bo zawsze chciałbym jeszcze więcej, jeszcze więcej... Ale nie dostawać. Tylko drążyć, żeby więcej dać. Chcę zawsze dobrze. Nie kłócę się. Nawet lubię, jak się mnie opierdala. Mówią mi, że ja nic nie potrafię. Jakiś masochizm się wtedy u mnie włącza. To może dlatego, że mnie ze szkoły teatralnej chcieli wyrzucić. Kilku profesorów cały czas mi udowadniało, że ja nic nie umiem. To mnie strasznie motywowało. Godziny, godziny, godziny pracy, łamanie głowy, przeżywanie.

Do każdej roli, którą gram, staram się dotrzeć z każdej strony. Mówi się, że aktor chodzi z egzemplarzem tekstu do sracza, ale tak jest, tak to wygląda. Anthony Hopkins mówi, że dopiero jak sto razy powtórzy tekst, to dopiero mu się on układa. To jest prawda. W teatrze dopiero pięćdziesiąta sztuka naprawdę zaczyna żyć. Gdzieś się osadza.

Gdybyś miał wybrać reżysera, z którym Ci się najlepiej pracowało?

Eryk Lubos: Tak się nie da. Która pora roku ci się najbardziej podoba? Jesień? No dobra, ale za każdym razem? Nie marzysz czasami o słoneczku i lecie? Mam takie wrażenie, że reżyserzy i aktorzy dojrzewają do siebie. Są reżyserzy bardzo zajęci, którzy wiedzą, że dany aktor ma taki a nie inny warsztat. Powie mu się jedno słowo i on to zrobi. A jeszcze doda coś od siebie. Wtedy reżyser może zająć się czymś innym. Są też reżyserzy, którzy pilnują każdego - i też bardzo lubię z nimi pracować.

Teraz jest tak, że na wszystko brak czasu. Najbardziej sobie cenię, gdy ktoś zechce pochylić się nade mną, ze mną nad jakimś problemem. To jest rodzaj drogi, sprawdzenie czy zmierzamy w tym samym kierunku. Czasem przed drogą najważniejsze jest napicie się herbaty. Czasem jesteś świetnie przygotowany - namiot masz, ciepłe ciuchy masz - a wyprawa do dupy. Nigdy nie wiesz.

"Do czegokolwiek przyłożysz rękę, czyń wedle całej swojej mocy Bo nie ma dzieł, ani rachuby, ani wiedzy, ani mądrości. W otchłani. Tam, dokąd idziesz". To mnie interesuje.

Jak się przygotowujesz do roli?

Eryk Lubos: Nie czytam. Kiedyś czytałem mnóstwo. Groziła mi wada wzroku. Może niektóre poważne książki przeczytałem za wcześnie? Teraz nie czytam. Patrzę na ludzi.

Marcin Wrona umyślił sobie, żeby w "Tamagotchi" moim trenerem był Marek Piotrowski [słynny polski kickbokser - bohater dokumentu "Wojownik"]. Po tym co zobaczyłem w "Wojowniku" Jacka Bławuta... To co on ma w oczach, żaden aktor by tego nie potrafił zagrać. Paru próbowanych było do tej roli - daje im się temat, mają być trenerem. Widziałem czego im brakowało. Te godziny, lata pracy... Samotność, potworna samotność.

Widziałem takich aktorów: "Aha, tu przejdę, tu powiem to, dobra, dobra, wiem już, wiem".

Grałeś w serialach, prawda?

Eryk Lubos: Zacząłem w "Oficerze" jeszcze jak byłem w teatrze we Wrocławiu. Najlepsze w tym było to, że w ramach przygotowań do roli mieliśmy warsztaty. Tego gościa z Legii Cudzoziemskiej - KOMOSA - do dzisiaj znam, skumplowaliśmy się. On jest tak samo pojebany jak ja, ta sama grupa krwi. Rozmowy to jest mało powiedziane, trzeba jeszcze coś przejść. A myśmy parę rzeczy przeszli. Chyba to zaowocowało w tym serialu.

Telewizję oglądasz?

Eryk Lubos: Tylko w hotelach, na planach. Jak się zbyt wielu ludziom coś podoba, to jest to podejrzane. Fabryka gwiazd? Różaniec na lodzie? O co chodzi? Dostaję esemesy od znajomych, którzy biorą udział w takich programach, żeby głosować na niego, bo on musi wygrać. No dobra, stary, ale esemes za ponad 4 złote? Coś jest nie tak... Ale takie rzeczy się dzieją.

Ale byłem raz w życiu na planie "Tańca z gwiazdami". Walnąłem się w łokieć na planie "Tamagotchi", spuchła mi ręka, nie mogłem nic dźwigać. Dzwonią do doktora Trojnara, a on mówi, że jest teraz nagranie "Tańca z gwiazdami", więc żeby tam tego delikwenta przywieźć. Więc wchodzę tam o kulach, bo miałem już wcześniej skręconą nogę - torebka stawowa, długa historia - i słyszę te teksty: "O, kolejny chciał zostać gwiazdą, ale mu się nie udało" I podśmiechujki... Wzięli mnie za swojego. A ja do nich: "Ja nie z tej bajki panowie, nie kumam tych żartów. Ja tu tyko na punkcję przyjechałem".

Tak to więc byłem w "Tańcu z gwiazdami". Nawet dostałem bidon Vondraczkowej.

A ręka?

Eryk Lubos: Najlepsze było to, że mi się po tej punkcji ropień zrobił. Jestem twardziel, to wytrzymam. A za ponad tydzień miałem lecieć z Grześkiem Jarzyną na spektakle do Nowego Jorku. Polecieliśmy, gramy, tylko, że w międzyczasie zrobił mi się pomidor.

Zaraz, zaraz. To o kulach grałeś w tym Nowym Jorku?

Eryk Lubos: Kule odstawiałem. Byłem lekko utykającym oficerem w Iraku. Lekko utykający oficer w Iraku - zdarza się, nie?

Ale dwa dni przed ostatnim spektaklem doszedłem jednak do wniosku, że jak zegnę łokieć, to mi pęknie. Od razu mnie do szpitala zawieźli po spektaklu. Zrobili mi badania, testy i powiedzieli, że mnie hospitalizują, że będą mnie zaraz operować. Powiedzieli mi, że mogę mieć sepsę. Popatrzyłem na zegar i powiedziałem, że nie mogą mnie teraz uśpić, bo ja za cztery godziny gram spektakl. "Jaki spektakl człowieku, musimy cię operować!". A ja, że muszę zagrać. "No to co, tniemy na żywo?" Nie ma problemu. "Morfina?" Może być morfina. Maski, fartuchy, nożyczki - po drugiej działce morfiny podobno się dopiero uspokoiłem.

Zagrałeś wieczorem?

Eryk Lubos: Jak mnie operowali, to przez półtorej godziny lał w Nowym Jorku deszcz. Kable, które były na zewnątrz sceny, zaczęły korodować - były przebicia. Widownia była pod prądem. Przyjeżdżam na spektakl po tej podwójnej morfinie, autentycznie naćpany, o kulach i pytam się: "To co? Gramy?" A oni: "Nie Eryczku, nie gramy, bo widownia jest pod prądem. Nie możesz usiąść na krześle".

Ale po raz pierwszy naprawdę się bałem. Udało się. Wywinąłem się jakoś. Tak mało rzeczy zostaje. Szumowska ["33 sceny z życia"] to pokazuje, Bławut ["Jeszcze nie wieczór"] to pokazuje. Jak to mówią Rosjanie, są tylko trzy poważne tematy: Bóg, diabeł i kobieta. To jeszcze śmierć i miłość. Pięć wystarczy? Jest pięć zmysłów?

Niektórzy mają szósty.

Eryk Lubos: Eeee, tam.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Eryk Lubos

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje