Reklama

Iga Cembrzyńska: Aktorstwo jest dla mnie miłością

Gwiazda filmu, kabaretu, teatru i piosenki. Kobieta obdarzona niezwykłą charyzmą i wieloma talentami. Niedawno skończyła 80 lat. Iga Cembrzyńska opowiada m.in. o życiu z mężem, reżyserem Andrzejem Kondratiukiem.

Nie wystarczy zmienić imię, żeby zostać artystką - przekonuje Iga Cembrzyńska, która tak napawdę ma na imię Maria

2 lipca obchodziła pani 80. urodziny. Jakie refleksje towarzyszą temu jubileuszowi?

Reklama

Iga Cembrzyńska: - Nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że jestem osobą próżną, ale pierwsza połowa mojego życia to był czas nieustających sukcesów. Wypełniały go koncerty, nagrody i role u najlepszych reżyserów. Janek Himilsbach by powiedział: "W sumie może być". Szczęście. A potem cios - mąż (reżyser Andrzej Kondratiuk - przyp. red.) doznał udaru. Kochałam go bardzo, a on mnie. W czasie długiej choroby zmienił się świat, Polska i ludzie. Umarł w 2016 roku. Byłam załamana. Myślałam, że moje życie skończyło się raz na zawsze. Aż nagle na Festiwalu Filmowym w Gdyni, gdy wyszłam na scenę po projekcji filmu "Jak pies z kotem" (2018) w reżyserii jego brata Janusza, ludzie wstali z miejsc i zaczęli bić mi brawo. Oklaski nie miały końca! Przed sobą miałam ogromną widownię. Próbowałam  się uśmiechnąć, ale łzy zalewały mi oczy. Wszyscy ci ludzie sprawili,  że odżyłam.

W filmie "Jak pies z kotem" Janusz  Kondratiuk opowiedział o ostatnich miesiącach życia pani męża. Obraz spodobał się publiczności. Jak pani go odebrała?

- Obejrzałam go z zachwytem. Płakałam i śmiałam się.

Z okazji urodzin bliscy zorganizowali dla pani spotkanie jubileuszowe w Kinie Atlantic.

- Byłam zaskoczona, kiedy zobaczyłam salę pełną gości. Jubileusz w tajemnicy przede mną zorganizowali moi przyjaciele, którym teraz mogę za to podziękować. Zdumienie przeplatało się ze wzruszeniem. Oczywiście jubileusze wywołują mieszane uczucia, bo uświadamiają nam, że się starzejemy. Taki nasz los. Musimy przyjąć go z godnością. Szczególnie my, kobiety. Powiedziałam sobie wtedy: - Co przeżyłam, to przeżyłam. Nikt mi tego nie odbierze. Szkoda tylko, że nie było tam ze mną mojego Andrzeja. Bo przecież, chociaż potrafię być dzielna i samodzielna, to w nocy cierpię, płaczę i czekam. Na kochasia, który odszedł w siną dal lub jeszcze dalej. Może gdzieś tam w kosmosie spotkamy się i znowu będziemy razem?

Stanowiliście związek pełen miłości i pasji. Jak opisałaby pani codzienność z mężem?

- To było coś niezwykłego. On był bardzo twórczy, ja jestem taka sama. Praca artystyczna była dla nas najważniejszym celem. Nowe pomysły, pisanie scenariuszy, produkcja filmów... Nasze życie toczyło się nieprawdopodobnie szybko i intensywnie. Było w nim ciągłe napięcie i mnóstwo adrenaliny. Czasem aż za dużo. Dochodziło wtedy do dzikich scen, ale za chwilę któreś z nas wpadało na nowy, jeszcze lepszy pomysł. Zapominaliśmy momentalnie o kłótni i znowu byliśmy szczęśliwi. Tak przeleciało ponad czterdzieści lat.

Rodzinny Radom, majątek w Brześcach, warszawskie mieszkanie na Niemcewicza, chata w Gzowie nad Narwią. To te miejsca były dla pani najważniejsze?

- Dodałabym do tego jeszcze Paryż i występy w Olimpii. Ale przede wszystkim Gzowo, które kupiliśmy razem z Andrzejem. Mieszkaliśmy tam w całkowitym oderwaniu od cywilizacji, polityki i zgiełku. Tam też powstała większość naszych filmów.

Te, które nakręciliście z mężem, są szczególnie ważne?

- Odpowiem jak kobieta kobiecie. Wszystkie dzieci kocha się jednakowo, a one były naszymi dziećmi.

Które spotkania najbardziej wzbogaciły pani zawodowy warsztat?

- Dla młodego człowieka zetknięcie się z kimś naprawdę kompetentnym jest zawsze wielkim szczęściem. Może to być kompozytor, pisarz, naukowiec albo szewc. Wszystko jedno. Takie spotkanie pozwala spojrzeć na świat i ludzi z zupełnie innego, zaskakującego punktu widzenia. Dostrzec nowe możliwości i, co istotne, naprawić błędy. W młodości wzorem stała się dla mnie Shirley MacLaine. Przemawiały do mnie jej lekkość i poczucie humoru. Zazdrościłam jej piegów i rudych włosów. Podziwiałam również Giuliettę Masinę w filmie "La Strada". Miała genialny dar wyrażania dramatu bez żadnych aktorskich sztuczek. Niestety, osobiście tych pań nie poznałam. Spotkałam natomiast dwóch wybitnych panów. Profesora Bukowieckiego, który nauczył mnie śpiewu i oczywiście mojego męża Andrzeja.

A jak wspomina pani pracę  na planie  "Rękopisu znalezionego w Saragossie" i spotkanie z Wojciechem Jerzym Hasem?

- Film kręciliśmy w 1964 roku. Byłam bardzo młodą aktorką, a tu nagle sam wielki Has kiwa do mnie palcem i mówi: - Zobaczysz, córeczko, jeszcze będą z ciebie ludzie.

Mówi się, że prawdziwy aktor zagra wszystko, nawet książkę telefoniczną. Pani po mistrzowsku odegrała listę twórców w czołówce "Hydrozagadki". Bliski jest pani ten rodzaj ekspresji?

- Jakieś poczucie humoru chyba mam, bo sama wymyśliłam tę czołówkę. Nieśmiało zaproponowałam Andrzejowi. Zgodził się z radością. Zadanie było rzeczywiście ambitne. Nikt przede  mną czołówki nie wyśpiewał.

Iga to pseudonim artystyczny, który przyjęła pani w szkole  aktorskiej. Zmiana imienia to znak, że narodziła się pani jako artystka?

- Nie wystarczy obciąć sobie ucho, żeby zostać Van Goghiem. Nie wystarczy zmienić imię, żeby zostać artystką.

Teatr, estrada, kabaret, film, telewizja, radio - jest pani artystką totalną, która potrafi dla roli zarówno wypięknieć, jak i zbrzydnąć. Aktorstwo to dla pani...?

- Występowałam też w cyrku, 16 metrów nad ziemią bez zabezpieczenia w roli kobiety pająka. Dochód ze spektaklu przeznaczony był na Domy Dziecka. Aktorstwo jest dla mnie miłością.

Od najmłodszych lat była pani utalentowana muzycznie, chodziła do szkoły muzycznej, śpiewała i grała na fortepianie. Kto zaszczepił i rozwijał w pani ten "gen" estrady?

- Taniec, śpiew, muzyka. Nikt mnie do tego nie zmuszał. Robiłam to dobrowolnie.

Ma pani w repertuarze przeboje: "Intymny świat", "Kochaś, który odszedł w siną dal" czy "Mówiłam żartem". Co dziś gra w duszy Igi Cembrzyńskiej?

- Niech to na razie zostanie moją tajemnicą. Przygotowuję swój recital, a więc "do zobaczenia".

Jak dziś wygląda pani życie, jakie ma pani plany, marzenia?

- Po prostu żyję! Razem z Januszem i Beatą. A więc z ludźmi, których kocham i którzy kochają mnie. I mocno wierzę, że moja gwiazda pomyślności jeszcze długo nie zagaśnie.

Rozmawiała Ewa Jaśkiewicz.


Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Iga Cembrzyńska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje