Reklama

Henryk Talar: Każdy może odnieść sukces

Henryk Talar /Łukasz Ostalski /Reporter

Niezwykły aktor i wspaniały gawędziarz. Z zapałem przekonuje spotkanych na swojej drodze ludzi, że w życiu wszystko jest możliwe. Wystarczy zmierzyć się ze swoimi marzeniami. On tak zrobił i wygrał.

Ostatnio spędza pan dużo czasu w lesie.

Henryk Talar: - Jestem człowiekiem z lasu, z Podbeskidzia, ze wsi Kozy. Dla mnie nie jest to straszne miejsce.

Co przekonało pana do przyjęcia roli Karcza w "Leśniczówce"?

- Od producenta dowiedziałem się, że ma to być taki polski ojciec chrzestny. Zaciekawiło mnie to z powodu sentymentu do Waldemara Łysiaka i Tadeusza Kijańskiego, twórców "Selekcji", w której zagrałem przed laty Vittorio Mattę. Miałem jeszcze jedno skojarzenie: z moją postacią z "Polskich dróg".

Z Heimannem? To dlatego, że był bohaterem negatywnym? Widzom czasami się miesza i uważają, że aktor grający taką rolę, sam jest złym człowiekiem.

- Doświadczyłem tego dotkliwie, kiedy po premierze serialu młodzi ludzie w Poznaniu wypędzali mnie z tramwaju, krzycząc: "To jest przedział tylko dla Polaków!". Ale negatywne postaci są te same, co pozytywne, tylko kostium jest inny. Wystarczy jego zmiana, by dobry bohater przeobraził się w złego. I odwrotnie.

Reklama

Pana bohater w "Leśniczowce" też nie jest czarno-biały. To złożona postać. Ciekawi mnie jego pasja do malowania obrazów.

- Zauważyła pani, co on najczęściej maluje?

Drzewa...

- No właśnie. A pod drzewami co jest? Korzenie. Coś się tam chowa, coś ukrywa. Gdyby pokopać głębiej, to można znaleźć różne rzeczy. Jeśli idzie o Karcza, to każdy drobiazg ma znaczenie i swoją konsekwencję. Dlatego traktuję tego bohatera jako kwintesencję wszystkich moich negatywnych postaci. To nie jest głupi oprawca. On rządzi.

Nie ma słabości?

- Boi się igły do akupunktury.

Cofnijmy się do początków pana kariery. Pierwsza rola to powstaniec w filmie "Sól ziemi czarnej".

- Byłem studentem krakowskiej Szkoły Teatralnej. Wybrałem się na projekcję tego filmu. Bardzo chciałem zobaczyć swoje nazwisko na ekranie. Wszyscy zostali wymienieni, łącznie ze sprzątającymi, a ja pojawiłem się na końcu, w "inni...".  Tak naprawdę debiutowałem u Henryka Kluby w "Opowieści w czerwieni" (1974 r.). Zagrałem u boku Janka Nowickiego, który wtedy błyszczał i do dziś jest wielkim aktorem. Byłem jego partnerem. Reżyser nie widział między nami różnicy. Nieważne było dla niego nazwisko, ale co aktor potrafi zagrać. Tak sam dzisiaj patrzę na ludzi. Jeśli ktoś jest przygotowany, widać jego profesjonalizm, to nie ma znaczenia, czy ma 19 czy 90 lat. Z jednakową odpowiedzialnością traktuję siebie, jak i innych.

Od dziecka wiedział pan, że pragnie być aktorem. Jako młody człowiek znalazł pan kobietę swojego życia. Skąd ta wczesna dojrzałość w podejmowaniu życiowych decyzji?

- Nie bierze się to z niczego. Wiąże się z miejscem, z którego się pochodzi. To kształtowało się wraz ze złowieniem pierwszej ryby w strumyku obok domu dziadków, poprzez przegraną pierwszą bójkę z moim przyjacielem Stasiem Bednarczykiem. On wytarzał moją twarz w łajnie krowim, udowadniając, że jest górą, chociaż wydawało się, że jest ode mnie słabszy fizycznie. Poruszyła pani bardzo ważną sprawę, z którą teraz, po latach, często się dzielę.

To znaczy?

- Jako dziecko oglądałem świat z okienka babci i zadawałem sobie pytanie: dokąd jadą te furmanki i gdzie jest ten wielki parking? Opowiadam o tym teraz młodym ludziom, którzy myślą, że nie mają szans w wielkim świecie. Tłumaczę im: "Określ siebie. Powiedz, jakie masz wady. Czytaj, słuchaj. Ucz się od osób, które ci imponują. Spróbuj iść po śladzie kogoś, komu się udało". Ostatnio miałem kilka spotkań na tzw. prowincji. Uwielbiam ją. I spotykam tam wielu wspaniałych ludzi. Widzę jednak, że brak im odwagi. A cóż się stanie, jeśli przegram?! To przecież zaledwie potyczka, a wojna toczy się o nasze życie! Jeśli masz marzenia i pragnienia, spróbuj się z nimi zmierzyć! Sukces nie jest gwarantowany, ale możliwy.

Wiedział to pan już wtedy, gdy zaczynał karierę aktorską?

- Pamiętam, kiedy przyjechałem z Kalisza do Warszawy, Zbyszek Zapasiewicz, wtedy "pan Zbigniew", zaprosił mnie na wódkę. Rozmawialiśmy jak równy z równym. Do dziś tkwi mi w sercu i w głowie jedno zdanie, które wtedy powiedział: "Każdy siusiał w majty". Wszyscy mają taki sam start. Chociaż... Pewien kolega z roku mawiał: "Nam, maluchom, nie jest łatwo. Teleszyński może spać spokojnie".

Porażka wzmacnia?

- Nie wiem. Wobec siebie byłem bezkompromisowy. Przegrana mnie boli, jak każdego. Szczególnie wtedy, gdy czuję, że jestem niewłaściwie oceniony.

Ostatnio zagrał pan tytułową rolę w spektaklu "Prymas Hlond". Z wielką ciekawością obejrzałam to przedstawienie.

- Miesiąc zastanawiałem się, jak zagrać tę postać. I wreszcie moja żona powiedziała: "To nie graj", w sensie: "odmów". I w tym jej zdaniu zobaczyłem rozwiązanie! Czyli być, a nie grać. Nie zawsze jestem zadowolony ze swoich ról, ale ta przyniosła mi ogromną satysfakcję. Prymas Hlond też był z prowincji, z Brzęczkowic. W pewnym momencie zaczął wspominać rodziców. W tej scenie mówiłem o sobie. To było coś niesamowitego. Nagle, w trakcie realizacji tego przedstawienia, przypomniałem sobie swoją matkę. Uważam, że obok Matty z "Selekcji", to najważniejsza rola, jaką grałem w telewizji.

A w teatrze?

- Konrad w "Wyzwoleniu" i Woland w "Mistrzu i Małgorzacie". Te role dała mi świadomość powagi w wykonywaniu mojego zawodu. Nie chodzi o przesadne traktowanie siebie, tylko o odpowiedzialność przed widzem. Od lat wraca do mnie ten sam sen. Jestem na scenie. Gram. Po spektaklu słyszę gromkie brawa. Kłaniam się nisko, jeszcze niżej. Otwieram oczy i... widzę: pusto na widowni.

Jak go pan interpretuje?

- Może wartościową widownię wygnał rechot i golizna, które teraz królują w teatrze. Sen Talara się ziścił... Ale jestem przekonany, że jeśli robi się wartościowe spektakle, to ludzie wracają.

Traktuje pan swój zawód jak misję?

- Trzeba mieć świadomość, że jest się aktorem. I tylko aktorem. To jest moja dewiza. Należy zachować czujność, bo po przekroczeniu pewnej granicy można się ośmieszyć. Dobre aktorstwo to jest aplauz widzów, ale po ich wyjściu z teatru, kiedy pozostaje świadomość, że zabrali do domu to, co im przekazałem.

Czuje się pan wciąż młody?

- Ostatnio, wracając z Podbeskidzia do Warszawy, jechałem na jednym siedzeniu z moim pięcioletnim wnukiem. Gdyby nagrać nasze rozmowy, można by uznać, że jesteśmy równolatkami. Czuję się więc młody wtedy, kiedy mam możliwość bycia młodym.

Marzena Juraczko

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Tele Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: Henryk Talar

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL