Hannah John-Kamen nie tylko o filmie "Ant-Man i Osa": Źli też mają rację

Angielska aktorka od lat z uporem pnie się po kolejnych szczeblach filmowej kariery. Hannah John-Kamen zaczynała od mniejszych ról w telewizyjnych serialach, aż została gwiazdą popularnego "Killjoys". Grywała drugie i trzecie plany w hollywoodzkich blockbusterach, a od 3 sierpnia możemy ją oglądać w "Ant-Manie i Osie", kolejnym hicie od Marvela.

Hannah John-Kamen na europejskiej premierze filmu "Ant-Man i Osa" (Paryż, 14 lipca 2018)

Z Hannah John-Kamen o trudnym losie czarnego charakteru, pracy na planie i dalszej karierze rozmawia Bartosz Czartoryski.

Reklama

Bartosz Czartoryski: Zacznijmy od tego, czy Ghost to faktycznie szwarccharakter?

Hannah John-Kamen: - Powiedziałabym raczej, że jest zagrożeniem, antagonistką, ale nie czarnym charakterem. Sama myśli o sobie pewnie jak o bohaterce. Walczy przecież o swoje życie i film w pewnym momencie zadaje widzowi trudne pytanie, a mianowicie, kto zasługuje bardziej, aby dostać to, czego pragnie? Ona czy Ant-Man i jego towarzysze? Myślę zresztą, że każdy w jej sytuacji postąpiłby podobnie, zrobiłby wszystko, aby utrzymać się przy życiu.

Czyli stanowi raczej swoistą przeciwwagę dla Ant-Mana i spółki?

- Dokładnie. Różni się znacząco od zwyczajnego łotra. Gwarantuję ci, że publika będzie podzielona, czyją stronę trzymać, bo przecież Ghost również ma rację. Z tym się chyba u Marvela jeszcze nie spotkaliśmy. I nie zapominajmy, że wygląda świetnie i ma genialną moc przenikania przez materię!

Twoje moce są istotnie spektakularne, przez co zgaduję, że i prace nad choreografią były ciekawe.

- O tak, na planie było niezaprzeczalnie interesująco i muszę przyznać, że sam akt założenia kostiumu dawał mi siłę, aby przeć naprzód i dawać z siebie wszystko. Uparłam się, żeby nie zdejmować go nawet na próbach, choć było piekielnie gorąco. Ale, gdy miałam na sobie strój, zupełnie inaczej postrzegałam swoje ciało i ruchy. Dzięki temu mogliśmy też określić jeszcze przed zdjęciami, co wychodzi dobrze, a w czym kostium nam przeszkadza. Moc przenikania inspirowała nas do wymyślania naprawdę dziwacznych akrobacji. Część moich scen akcji grałam sama, musząc wyobrazić sobie, co potem dodadzą spece od CGI, czyli kopałam powietrze i unikałam wyimaginowanych ciosów, a to z kolei było jeszcze innym doświadczeniem.

Przeszłaś jakiś specjalny trening?

- Raczej nie, robiłam to, co robię na co dzień, czyli regularne ćwiczenia. Plus trening kaskaderski. I może schudłam, ale to raczej przez pot, bo, jak mówiłam, w kostiumie było okropnie gorąco!

Komiksowy Ghost to mężczyzna, o którym nie wiemy praktycznie nic. Pomogło ci to przygotować się do roli, czy raczej przeszkodziło?

- Tak, zgadza się, oryginalnie to tajemniczy facet. Nie ma się za bardzo na czym oprzeć, bo jego geneza nie jest przybliżona, ale z drugiej strony dało mi to cudowną wolność, mogłam zbudować tę postać od zera i uczynić prawdziwie swoją. Nie musiałam kopiować bohatera, która zjawia się z całym bagażem skojarzeń. Mogłam się z Ghost nieco pobawić.

A jak oceniasz tę zmianę płci?

- Zdecydowanie jest to zmiana progresywna, bo potrzeba nam więcej kobiet. Dlatego jest to na pewnym poziomie istotne, szczególnie że jestem tylko jedną z trzech silnych babek w tym filmie.

Powiedziałaś, że rola dała ci okazję do zabawy, czy oznacza to, że mogłaś improwizować?

- Nie jestem scenarzystką i respektuję dialogi, które dla mnie napisano, nie staram się niczego na siłę zmieniać, bo i tak przecież sporo zależy od tego, jak co zagram. Postrzegam się raczej jako przewodniczkę, która prowadzi Ghost od pierwszej do ostatniej sceny, po swojemu, choć z góry wytyczoną ścieżką. Zwykle Peyton [Reed, reżyser - przyp. red.] pozwalał mi zagrać wszystko tak, jak chciałam, nie przerywał, nie nakazywał, raczej zachęcał do owej zabawy.

Twoja Ghost ma jednak dopisaną biografię, została pozbawiona owej tajemnicy.

- No tak, tutaj było to konieczne, aby publika miała świadomość, że to postać iście tragiczna. No i trzeba podkreślić, że historia Ghost zazębia się z losami Scotta, Hanka, Billa i innych, składa się także na opowieść o nich. Ale jej przyszłości sama jeszcze nie znam - choć nawet gdybym znała, to i tak nic bym nie mogła zdradzić - jest sporo znaków zapytania odnośnie do tego, co się z nią stało.

Trudno przychodzi ci trzymanie języka za zębami?

- Nie, absolutnie. Spoilery to zło. Kropka. Kto ogląda filmy i seriale, ten zna to nienawistne uczucie, gdy ktoś umyślnie zdradza szczegóły fabuły. Tego nie robi się fanom, wszyscy chcemy przecież być zaskoczeni, uwiedzeni, zaintrygowani.

Dołączasz do MCU (Marvel Cinematic Universe) po dziesięciu latach od premiery pierwszego filmu z serii. Jakie to uczucie?

- Czuję, jako fanka Marvela, dumę, ale i pewien paraliż, lecz przyjęto mnie tak ciepło, że cały strach szybko mnie opuścił, choć chyba nadal kręci mi się od tego w głowie. Lecz wszyscy okazali się miłymi ludźmi, nie czułam się obok nich zdeprymowana, a Laurence Fishburne to chodząca książka, zna tyle różnych opowieści, że mogłabym go słuchać i słuchać. To chyba najbardziej interesujący człowiek, jakiego kiedykolwiek poznałam. Grało mi się z nim świetnie, nie musieliśmy przedyskutowywać poszczególnych scen, po prostu wchodziliśmy na plan i graliśmy, bez żadnych analiz i planowania. Jeśli to nie telepatia, to nie wiem, co!

Jako fanka Marvela, lubisz też DC?

- O tak, wychowałam się na DC, na Batmanie, uwielbiam "Mad Love" i "Azyl Arkham".

No to gdzie cię jeszcze niebawem zobaczymy?

- Miałam szczęście pracować z niesamowitymi ludźmi i staram się nie być chciwa, nie planować, bo sama jeszcze nie potrafię zaakceptować tego, co się dzieje w moim życiu. Nadal nie mogę uwierzyć, że grałam u Stevena Spielberga, a potem u boku Michaela Douglasa, który jest niewiarygodnie wyluzowanym człowiekiem. Pracowałam z Benem Mendelsohnem i Michelle Pfeiffer i żadne z nich nie traktowało mnie protekcjonalnie, ale z szacunkiem. Póki co myślę o piątym, ostatnim już sezonie mojego serialu "Kiljoys", ale mogę obiecać, że po zdjęciach wyłączę telefon na dwa tygodnie i odpocznę. Chciałabym spróbować wszystkiego, zagrać różne role, ale w tym zawodzie niełatwo planować, czyli pewnie sama zobaczę, gdzie życie mnie zabierze.

Czyli stajesz się powoli hollywoodzką gwiazdą.

- Tego bym nie powiedziała! Jeszcze się z tym wszystkim oswajam, ale, na szczęście, robię to, co lubię, tyle że na coraz większą skalę i poznaję przy okazji wspaniałych ludzi. Zaczynałam od telewizji, zahaczyłam o musical, potem przydarzyła mi się rola w "Killjoys", która okazała się przełomowa, bo sporo ode mnie wymagała zarówno fizycznie, jak i aktorsko. Ale we wszystkim, niezależnie od tego, czy gra się na green screenie w wysokobudżetowej produkcji, czy w telewizji, chodzi o jak najbardziej przekonujące udawanie, że gdzieś tam, zaraz za kamerą, gdzie stoi kilkadziesiąt osób, rozciąga się cała odległa galaktyka.

Dziękuję za rozmowę. 

Dowiedz się więcej na temat: Ant-Man i Osa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje