Reklama

Emilia Krakowska: Za dwa złote nie będzie się mnie nagą oglądało

Rodowita poznanianka, dama, znakomita aktorka dramatyczna i komediowa. Emilia Krakowska, znana m.in. z roli Jagny w „Chłopach” i Maliny w „Brzezinie”, wiele zawdzięcza edukacji panienki z dobrego domu. Dziś gra w „Barwach szczęścia”.

Emilia Krakowska aż cztery razy wychodziła za mąż!

Pamiętam "Chłopów" z panią w roli Jagny. Ile w pani wdzięku! Jak pani tam płynie w tych łowickich kieckach... Skąd się to bierze?

Emilia Krakowska
: - Może dzięki lekcjom tańca u prof. Marceli Hildebrandt-Pruskiej? To przedwojenna legenda baletu, polska Isadora Duncan. Nauczyła mnie wchodzenia do trzewi. Potem jeszcze lekcje w Odwachu u twórczyni szkoły baletowej, Olgi Sławskiej. Struktura moich nóg sprawiła, że w klasyce nie mogłam być już dobra, co nie znaczy, że nie dotknęłam ćwiczeń przy drążku. Poznałam możliwości mojego ciała.

Pani nie mogła nie zostać artystką! Mama uczyła gry na pianinie, wuj był malarzem, matka chrzestna klawesynistką.

- Jako dziecko szwendałam się między nogami poznańskiej cyganerii. Wielu artystów poznałam dzięki Marceli. W domu chrzestnej, która była naszą sąsiadką, bywał prof. Stuligrosz i cała plejada muzyków. Życie artystyczne w dużej rodzinie tętniło. Dziadek łowił ryby, ale miał guzikówkę (akordeon - red.), grał sobie nad wodą. Co niedzielę po mszy chodziliśmy na koncerty chóru Stuligrosza. Mama pomagała ciotecznemu rodzeństwu w muzyce. Kuzyni i kuzynki, jak już byli w szkołach plastycznych, w czasie rodzinnych spotkań rozkładali na stole prace - wujek robił im korektę. A w czasie świąt toczyły się rozmowy, kto do Poznania zjechał, kto lepiej zaśpiewał. I ten entuzjazm pierwszych powojennych lat! Cieszyliśmy się, że ruszyła opera, że filharmonicy dostali smokingi.

Taką małą dziewczynkę mama ciągnęła do filharmonii?

- Przy utyskiwaniu ciotek: "Przecież to dziecko zasypia!". Mama na to: "Zatem pośpi w dobrym towarzystwie". Dziś, kiedy mi źle, też idę do filharmonii.

Był czas, że doskwierała pani rola Jagny, zwłaszcza że wcześniej grała pani Malinę w "Brzezinie"?

- Dlaczego miała mi doskwierać?

Reklama


Może bała się pani wetknięcia w aktorską szufladkę z napisem: "rozbuchany erotyzm"?

- Jeżeli los wyznaczył mnie do takich zadań - w świetnym towarzystwie, obok Chojnackiej, Fijewskiego, Hańczy - uważałam, że złapałam szczęście za nogi. Przydały mi się wtedy lekcje muzyki, tańca, szacunek do pracy, związany z kulturą wielkopolską.

Pani, dziewczynie z dobrego domu, nie przeszkadzał ten nieco przaśny Reymont?

 - No proszę pani... Mając lat 15, w nagrodę w konkursie recytatorskim dostałam właśnie wydanie "Chłopów". A zanim Rybkowski zaproponował mi rolę w filmie, ja tę Jagnę sto razy zagrałam w Teatrze Ziemi Mazowieckiej. Tam były koleżanki, które uważały, że to one powinny grać Jagnę.

Zawiść jest, zdaje się, nierozłącznie związana z pani zawodem.

- (śmiech) Rok wcześniej Adam Hanuszkiewicz obiecał, że przyjmie mnie do Teatru Powszechnego, ale na razie, żebym sobie coś znalazła. Mówię do męża: "Pójdę chyba do Teatru Ziemi Mazowieckiej". "Zgłupiałaś! Ty? Z takim dyplomem?". Bo miałam dyplom znakomity. Jeszcze słowo i wzięłabym siekierę i go zamordowała. Poszłam. Panie dyrektorki mówią, że są mną zachwycone. I ten dyplom taki doskonały. Ale zaraz słyszę: "Dziękujemy, etatu dla pani nie mamy." A wtedy wszyscy musieli mieć etat.


Jakbym to dzisiaj słyszała.

- Idę do domu cała we łzach. Mąż uważa, że to dla mnie za skromny teatr, a mnie nawet tam nie chcą. Jestem nikim. Mama jeszcze powie, że wszystkiemu winien mąż.

Była mu przeciwna?

- O tyle, że wyjechałam z Poznania na studia i do domu już nie wróciłam. Wreszcie zaczęłam raczkować u Hanuszkiewicza. Przyjął mnie po perturbacjach, nigdy nie ma gładko - ale byłam szczęśliwa, bo w końcu dostałam zastępstwo Panny Młodej w "Weselu", a gdy nie grałam, pozwolono mi w spektaklu tańczyć. Być na scenie! A ledwie co mój mąż mówił, że pójdzie do Hanuszkiewicza i poprosi, by dał mi miotłę, żebym tam zamiatała.

Wyjątkowo taktownie...

- Właśnie. Ale fakt, że bez pracy byłam nieznośna. Jednocześnie w "Kolumbach" dostałam rolę Kryski, prostytutki. I kiedyś w garderobie słyszę od koleżanki: "Żeby ci było miło, chciałam ci powiedzieć, że panie z Teatru Ziemi Mazowieckiej pytały o ciebie, bo na 10-lecie teatru chcą wystawić "Chłopów", ale ja im powiedziałam, że my jedziemy do Paryża, a potem do Londynu". Jedziemy na parę dni, dlaczego miałabym tam nie zagrać? Łapię za telefon: "Jestem gotowa". Zagrałam Jagnę aż sto razy. Najpierw za skromne 75 zł, potem za 150. I byłam w... ósmym niebie. Wszystko musi przyjść powoli. To takie poznańskie we mnie.


Lata 60., pani młodość. Były przegadane noce, wódka, Spatif?

- I jeszcze Bristol i "Kamieniołomy" w Europejskim. Wódka tania, jak chcesz, pijesz. Najwybitniejsi w zasięgu ręki. Nawet kiedy wracałyśmy z koleżankami z teatru autobusem do domu, nie przestawało się gadać, co w spektaklu dobre, co złe. To były moje uniwersytety. Dziś tak już nie ma - każdy pędzi w swoją stronę...

Znajomości z tamtych lat przetrwały? Z Ignacym Gogolewskim?

- Inek był dyrektorem Rozmaitości, zagrałam tam "Żabusię", a potem jeszcze w Częstochowie Dulską w jego reżyserii.

W filmie widać, że między Jagną i Antkiem aż iskrzy. Jak się to robi?

- Trzeba obudzić wyobraźnię. Najlepiej jeżeli autor tak pomoże, jak zrobił to Reymont. Ale jeśli proszono, żebym się rozebrała, stawiałam weto.


Jednak w jednej ze scen jest pani półnaga we śnie...

- Na piersiach rozsuwa mi się koszula. To filmowy skrót, scena w pełni uzasadniona, naturalna. Pamiętam, jak Rybkowski powiedział, że małżeństwo Jagny z Maciejem Boryną na początku było szczęśliwe. I właśnie dlatego tak to sfotografował. Łoże, mężczyzna, kobieta, jego delikatny gest, jej spojrzenie. Podobnie było w "Perle w koronie" Kutza, kiedy ona gotowa na miłość, a Olo Łukaszewicz prawie że się do niej modli. Do jej ciała...


Gdyby dziś tę scenę kręcić, byłby seks w wersji jeden do jeden.

- Temperament to dalsza sprawa. Rybkowski i Kutz pokazali misterium miłości. Kiedyś na planie innego filmu reżyser mówi: "Rozbieraj się!". Cicho protestuję: "Nie ma tego w scenariuszu". "Jest powiedziane, że bohaterka zdejmuje bluzkę" - on na to. Ale na wsi, bo to się akurat działo na wsi, to się ma pod bluzką halkę, koszulę, stanik, a ja tego dnia, żeby czuć ciało, pod spód nic nie włożyłam. Więc mówię stanowczo, że nie będę się rozbierać. Operator próbował ratować sytuację: "Tu się położysz, postawimy wazonik z kwiatkiem, który zakryje to i owo". Nie! Co by to była za szmira! No i nie o to w tej scenie chodziło. Za dwa złote nie będzie się mnie oglądało.

Powiemy, w jakim to było filmie?


- W żadnym razie. Zrobiła się afera. I do tego komentarz mojego drugiego męża: "Ona się nie zgodziła? Ona wszystko zrobi, jeśli wie, po co!". I to nie było tak, że ja się wstydziłam, bo wcześniej wielokrotnie w atelier pozowałam kuzynom w aktach. Rozebrać się tylko dlatego, żeby był smaczek? Dziękuję, nie tańczę. A pan reżyser przez 30 lat się do mnie nie odezwał. Obraził się!

A jak było w "Brzezinie"?

 - Tam się rozebrałam. Ale grałam ulotne marzenie umierającego gruźlika (Olgierd Łukaszewicz). Z tym że zabrakło czegoś, co towarzyszy marzeniom, odrobiny tajemnicy. Co wyszło? Moje cielsko w lesie. Obejrzałam scenę, mówię do Andrzeja: "To jest niedobre". I on po prostu ją wyciął.


A film jest i tak wybitny.

- Możemy wrócić do "Chłopów"? Ja się cieszę, że brałam w tym udział ze względu na fantastycznych statystów, nie z agencji, ale z Reymontowskich Lipiec. Cała wieś grała! Dziś dziewczynka, którą przynosiła Halinka, sama jest babcią...

O rety, skąd pani to wie?

- Mam z nimi kontakt przynajmniej raz do roku, bo jestem honorowym obywatelem Lipiec Reymontowskich. I jeszcze jedno: "Chłopi" to nasza Biblia. Rząd pruski rozkazał swoim oficerom, żeby każdy znał tę powieść, bo jeśli mają rządzić społecznością, muszą ją znać...

Rozmawiała Bożena Chodyniecka.

Dowiedz się więcej na temat: Emilia Krakowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje