Reklama

Dorota Segda: "Pani od wiersza"

Znakomita aktorka teatralna i filmowa, od 30 lat związana ze Starym Teatrem w Krakowie. Dorota Segda opowiada o roli Halinki w serialu „Dziewczyny ze Lwowa”, tym, co dla niej w życiu ważne i ukochanym mężu, reżyserze i kompozytorze Stanisławie Radwanie.

Dorota Segda

Dowcipów o teściowej jest w bród. Niebawem, za sprawą Halinki z "Dziewczyn ze Lwowa", doczekamy się pewnie również tych o zołzowatej synowej.

Dorota Segda: - Ucieszyłam się, kiedy były robione badania rynkowe po pierwszej serii, bo byłam w ścisłej czołówce postaci, które ludzie chcieliby dalej oglądać. A jak się gra postać niepozytywną, nie jest to takie oczywiste. Lubię Halinkę i naszą ekipę z Wojtkiem Adamczykiem na czele. Pracowaliśmy już razem przy "Ludziach Chudego", pojawiłam się też w "Ranczu".

Kiedy zobaczyła pani Halinkę w lustrze?

- Dość szybko poczułam ją we krwi. Pamiętam pierwsze czytanie przy stoliku. Geny przywódcze mam w sobie. Od razu udało mi się uderzyć we właściwe tony i uruchomić całą gamę terroryzmu, jaki ta postać z sobą niesie. Halinka jest dobrze napisana. Jest też niegroźna i widzowie szybko to zauważyli. Polubili tę cholerę. Pod sztywnością i brakiem poczucia humoru kryje wrażliwe nuty.

W Krakowie o tej porze (rozmawiamy o 10 rano) pewnie dopiero kończy się wieczorne rozmowy?

- Dużo w tym prawdy. Proszę jednak nie zapominać, że jestem krakowianką w Warszawie i też niedawno skończyłam rozmowy.

Musi mieć pani dobry powód, by wyjechać z Krakowa?

Reklama

- Lubię mieć te powody. Kocham Kraków, ale nie wyobrażam sobie nie wyjeżdżać z niego i nie pracować gdzie indziej. Warszawa ma inne możliwości, inne powietrze, inną energię i to jest piękne. Przyjeżdżam do stolicy prawie wyłącznie do pracy, a od kilku lat mam tu miłe mieszkanko, co daje przyjemny komfort życia po 20 latach pomieszkiwania w hotelach.

Co znaczy krakowianka z urodzenia i z wychowania?

- Nie wiem, czy przekłada się to na osobowość. Miejsca urodzenia się nie wybiera, ale potem już człowiek sam podejmuje decyzje. Tata pochodził z Warszawy. Trudno więc powiedzieć, że moja rodzina jest z dziada pradziada krakowska. Rodzice starali się, żebym była grzeczna i chodziła do szkoły. Natomiast jeśli prawdą jest, że rówieśników wychowują koledzy, to mnie na pewno wychowali. Miałam świetną klasę w dobrym krakowskim liceum. Byłam też harcerką. Tworzyliśmy niezłą pakę. Czytaliśmy dużo książek, rozmawialiśmy w stanie wojennym o polityce, nosiliśmy oporniki, jeździliśmy pod namioty, dużo chodziliśmy po górach. Byliśmy bardzo samodzielni.

Rodzice mieli do pani duże zaufanie.

- Moja mama dziwi się, jak to było możliwe, że mając 17 lat, jeździłam autostopem po Polsce czy Węgrzech i nic mi się nie stało. Kiedy dziś widzę dzieci na uwięzi telefonów komórkowych, serdecznie im współczuję. Ja wsiadałam do pociągu, jechałam na koniec Polski, do lasu i przez miesiąc mama nie miała pojęcia, gdzie jestem. Oczywiście wysyłałam do domu kartki, które dochodziły po tygodniu. Do mnie przychodziły ocenzurowane listy od jednego z moich amantów. Przesyłał mi niewinne wiersze Tuwima, bo też taka to była miłość.

Wcześnie zaczęła pani czerpać przyjemność ze słowa?

- Pierwszy wiersz, który powiedziałam na akademii szkolnej, zaczynał się od słów: "Hej! Szerokie pola pszenne i wysokie skały Tatr". Miałam dziką przyjemność z tego, że go mówię. W dodatku wszyscy dziwili się, że w tak ogromnej sali mnie słychać. Wcześnie zaczęłam czuć przyjemność z mówienia poezji na głos, ale też czytałam wiersze nocami, z głową pod poduszką. Do dzisiaj mam niesamowitą frajdę z tego, że biorę sobie do łóżka ulubionych poetów. Kocham czytać wiersze na głos. Wszystkich moich studentów do tego zachęcam. Czasami mówią o mnie "pani od wiersza", chociaż uczę różnych przedmiotów.

Są słowa-zaklęcia, które towarzyszą pani przez życie?

- Przyjaźń, miłość, lojalność, odwaga, wrażliwość, empatia, przygoda...

Jak "Hamlet" wystawiany w Japonii wywrócił życie młodej aktorki do góry nogami?

- Kiedy grałam "Hamleta" w Japonii, miałam 24 lata, a za sobą parę premier w teatrze i ogromny film realizowany na Węgrzech. Ten "Hamlet" w reżyserii Andrzeja Wajdy był pięknym przedstawieniem. Przyjmowano go wszędzie entuzjastycznie. W samym Tokio graliśmy 30 razy. Wiem, że gdyby nie pojechał tam Stanisław Radwan [mąż aktorki - przyp. red.], to byśmy się zeszli jakoś inaczej. Całe życie wierzę, że jesteśmy sobie przeznaczeni. A że stało się to akurat w Japonii? Zmysły szalały od zapachów i od wrażeń...

Zawód aktora jest na granicy szaleństwa.

- To prawda, ale trzeba umieć wychodzić z tego szaleństwa, wtedy jest piękny. Zapominać się i przypominać o sobie.

Piotr Fronczewski powiedział mi niedawno, że życie bez poczucia humoru i dystansu byłoby dla niego nieznośne. Pani ma naturę naiwnego dziecka, nieustająco w zachwycie?

- Kiedy zapytała mnie pani na początku o najważniejsze słowa, powinnam była wymienić przede wszystkim poczucie humoru. Dystans do siebie i do rzeczywistości, umiejętność cieszenia się, zaśmiewania - to jest podstawa. Ja kocham płakać ze śmiechu. Bez szczerej naiwności, zachwytu, w ogóle nie można być artystą. Ludzie śmiertelnie poważni i zakochani w sobie są strasznie nieszczęśliwi i nudni. Otaczam się ludźmi, którzy mają duże poczucie humoru, często bardzo abstrakcyjne. W ogóle nie wyobrażam sobie życia z kimś, kto go nie ma.

A kiedy gasną światła rampy, co wtedy? Las, woda, książka, rower, wino, ognisko i rozmowy do rana?

- Tak. Od niedawna jesteśmy przeprowadzonym, młodym małżeństwem. Zmieniliśmy nasze krakowskie mieszkanie na strychu - na parter. Strych bardzo kochaliśmy, ale wchodzenie z zakupami na wysokie trzecie piętro zaczęło doskwierać. Poza tym jak zapomnę telefonu komórkowego, to wracam teraz cztery schodki, a nie 78. W naszym domu w górach było już w tym roku kilka ognisk. Liczyłam, że będę czytać, ale dotychczas mi się to nie udało. Każdy, kto do nas przyjeżdża, chce chodzić ze mną na grzyby. Potem przetwarzam te grzyby i już jest czas na ognisko, a muszę jeszcze ugotować obiad. Dużo śmiejemy się z mężem z siebie, a ostatnio z niego, ponieważ nagrał wywiad rzekę. Tak powstała książka "Zagram ci to kiedyś" Jerzego Illga.

- Staszek nie lubi promować siebie, więc wymagało to ogromnej siły autora, aby go do tego nakłonić. Mój mąż słynie z niestawiania się na czas, jeśli czuje sprzeciw, by poddawać się zwierzeniom. Jerzy przyjeżdżał do nas w góry, a tu Staszkowi było trudno uciec. Gadali od rana do nocy, przy śniadaniu i ognisku. Czasami wyjeżdżałam na parę dni do pracy, a oni zostawali, pili wino i rozmawiali. Myślę, że to może być wspaniała lektura dla każdego, kto chociaż troszeczkę interesuje się teatrem, muzyką, ale też jest ciekaw, jak się żyło w Paryżu w latach 60., jak się było uczniem Pendereckiego, jak się robiło muzykę do "Wesela".

Była pani surowym recenzentem?

- Chyba tak. W końcu jestem dobra w wycinaniu tego, co niepotrzebne, bo często skreślam teksty dla studentów i dla siebie.

Beata Banasiewicz


Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Dorota Segda

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje