Dorota Gawryluk: Staram się zadawać trudne pytania

Od ponad 20 lat sprawdza się w roli dziennikarki informacyjnej. Dorota Gawryluk ma w mediach ugruntowaną pozycję, lecz jak przyznaje, największą wartością jest dla niej rodzina i wychowywanie dwójki dzieci.

Dorota Gawryluk od 20 lat pracuje jako dziennikarka informacyjna

Dobry dziennikarz powinien ujawniać poglądy, być chwiejny, czy nie mieć ich wcale?

Dorota Gawryluk: - Odpowiedź na to ważne pytanie wydaje się oczywista. Nie powinien popierać ani faworyzować żadnej partii. Ma być rzetelny, prezentować wszystkie strony sceny politycznej i równo je traktować. Same poglądy to jego prywatna sprawa.

Reklama

Lepiej, żeby zachował je dla siebie?

- Nie. Walczyliśmy o wolność, by móc je prezentować. Istotne jest to, by był obiektywny, żadnej opcji nie dyskryminował ani zanadto nie wychwalał. Ma szukać dziury w całym, krytykować rząd, ale też patrzeć krytycznie na to, co proponuje opozycja.

Polsat rozpoczął nadawanie w grudniu 1992 roku. Pani, nie licząc krótkiej przerwy, była tam od początku. Jak to wyglądało? Były trema, przerażenie, ekscytacja?

- Trudno nam było wyobrazić sobie skutki przemian na rynku medialnym, co szalenie ułatwiało sprawę. Dzięki temu nie zastanawialiśmy się, co z tego wyniknie, po prostu wpadaliśmy w wir pracy. Dziś rynek okrzepł, widzimy, jaka to siła. Gdybyśmy wtedy zdawali sobie sprawę z tego, w czym uczestniczymy, może bylibyśmy pokorniejsi, ale też bardziej stremowani?

Dlaczego wybrała pani tę drogę?

- Jeszcze w liceum, a potem na studiach dziennikarskich, miałam kontakty z mediami. Weszło mi to w krew, toteż po jakimś czasie właśnie ta droga wydawała się naturalna. Najpierw były reportaże, gazeta. A że zmieniał się rynek medialny, powstawały firmy z polskim kapitałem (m.in. Polsat), które dawały szansę rozwoju młodym ludziom, pomyślałam - czemu nie? Żyliśmy w pięknych czasach. Dziś jest trudniej.

Najważniejsze momenty w pani karierze to...

- Jeśli już myślę o rozwoju, to całościowo, z uwzględnieniem życia prywatnego. A sama praca? Sprawą istotną, zwłaszcza na początku, gdy człowiek się uczy, jest cierpliwość. Kolejnym krokiem było wejście na wizję, choć zamknęło mi kilka innych możliwości. Nie mogłam już być reporterem. Wreszcie kampanie wyborcze - ważne dla mnie, ale też dla Polaków.

Debata prezydencka to największe wyzwanie?

- Nie! Formuła debaty ogranicza możliwości dziennikarskie. Chodzi w niej raczej o to, by kandydaci mogli przedstawić swoje poglądy w miarę równo, tak, by widz miał poczucie, że dowiedział się więcej, niż wiedział do tej pory.

Pani ulubiony typ rozmówcy?

- Każdy gość jest wyzwaniem. Otwieram go, staram się zadawać trudne pytania. Łatwe donikąd nie prowadzą. Nie mam jednak natury huntera, myśliwego, który chce kogoś na czymś przyłapać. Z natury jestem optymistką, w każdym staram się dostrzec dobre cechy. Ten optymizm dotyczy także życia prywatnego.

Jak wygląda pani dzień? Zaczyna się od szukania newsów?

- To nie jest tak, że w pracy towarzyszy mi chorobliwa ekscytacja. Po prostu zbieram informacje, segreguję je, próbuję przekazać tak, by były interesujące dla człowieka po drugiej stronie ekranu. To raczej manufaktura niż ekstaza. Muszę natomiast w ciągu dnia mieć czas dla siebie. Zamknąć się na chwilę, oderwać od bieżączki.

Ma pani dwoje dzieci. Syn otrzymał oryginalne imię.

- Wynika to z tradycji. Mąż jest Białorusinem wyznania prawosławnego, ja - katoliczką, mamy więc synka Nikona (tak nazywa się jeden z prawosławnych świętych) i córeczkę Marię. Wie pan, że kiedy myślę o sukcesach, właśnie to przychodzi mi do głowy? Chcę być z rodziną i uczestniczyć w rozwoju dzieci.

Bywa, że dzieci zasiadają przed TV i stają się surowym sędzią mamy?

- Nie, wręcz przeciwnie. Lepiej, żeby w domu skupiały się na nas i na sobie, a nie na naszej pracy.

W życiu każdego z nas przychodzi moment wypalenia. Co wtedy?

 - Wtedy jest ogród, są góry i eksperymenty w kuchni. Zwykle mi nie wychodzi, ale mam kilka trafionych dań. W wakacje wybieram się "w Polskę". Za granicę jeżdżę wyłącznie poza sezonem, bo tylko wtedy można coś zobaczyć. W ścisku, zgiełku nie ma to przecież sensu. Jeśli znajduję kilka chwil, wiem, co robić. Mam swoje azyle i miejsca ucieczki.

Rozmawiał Maciej Misiorny

Dowiedz się więcej na temat: Dorota Gawryluk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje