Reklama

Dlaczego został donosicielem?

O najnowszym filmie Jana Hřebejka, autora głośnego obrazu nominowanego do Oscara "Musimy sobie pomagać", już teraz mówi się, że jest jednym z najważniejszych tytułów w historii kinematografii naszych południowych sąsiadów. "Czeski błąd" to bowiem pierwsza czeska produkcja, poruszająca tematykę współpracy z tajnymi służbami.

Hřebejk patrzy na historię poprzez losy indywidualne. Ma świadomość, że każdy film robiony o tamtych czasach dziś, powstaje dla współczesnego widza i w jakimś stopniu musi być metaforą współczesności.

Reklama

- Od 1990 roku Czesi wciąż nie mogą pogodzić się ze swoją komunistyczną przeszłością, w większości z osobistych pobudek. Ludzie mieli dostęp do wielu informacji o swoich znajomych, wcale nie było łatwo określić, kto był tchórzem, a kto bohaterem. Przez bardzo długi czas myśleliśmy i dyskutowaliśmy na ten temat. Znakomity niemiecki film "Życie na podsłuchu" przedstawił bardzo dokładny opis metod pracy tajnej policji, dał nam też odwagę, by podjąć podobną tematykę - tłumaczy Hřebejk.

- Na samym początku fabuły pada bardzo poważne oskarżenie. Mężczyzna zazdrosny o swoją żonę oskarża teścia o donosicielstwo za czasów reżimu. Nie wiemy, czy ten zarzut ma jakieś podstawy czy nie. Informacja, która zdaje się być zwykłym oszczerstwem, oraz postępek z przeszłości stopniowo zaczynają zmieniać codzienne życie rodziny, prowokując paradoksalne sytuacje. Przyglądamy się, jak różnie bohaterowie reagują na oskarżenia - dodaje reżyser.

Podczas tegorocznej 4. edycji Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym i Janowcu nad Wisłą z Janem Hřebejkiem rozmawiała Emilia Chmielińska.

"Czeski błąd" opowiada o działalności służb specjalnych, o tym jak łamali człowieka i... właściwie o samotności głównego bohatera. Co dla pana podczas pracy nad filmem było najważniejsze?

- Długo myśleliśmy nad tym filmem, nad jego tematyką, bohaterami. Koniec epoki komunistycznej, przesłuchania - my to jeszcze pamiętamy. Wciąż wychodzi na jaw, że ktoś na kogoś donosił, że czyjeś oskarżenia zniszczyły komuś życie. Chcieliśmy pokazać, że praca służb bezpieczeństwa była bardzo wyrafinowana.

- Prawda jest taka, że większość tych przesłuchujących to byli debile i kretyni. Kiedy zdradza ktoś miękki, kto ma "charakter zdrajcy", to nie jest ciekawy temat dla artysty. Nas interesowało, jak może zdradzić człowiek, który jest inteligentny, z silną osobowością, który wierzy w siebie. Równocześnie chcieliśmy sportretować ubeka. Już wcześniej, w krótkim filmie dokumentalnym, znaleźliśmy kogoś takiego. To był bardzo sympatyczny człowiek, ale kompletna świnia. Niektórych z jego sformułowań użyliśmy nawet w filmie "Czeski błąd". Do jego roli zatrudniliśmy słowackiego aktora, który zawsze grał szlachetne role, taki słowacki Laurence Olivier. Potem Vaclaw Havel po obejrzeniu naszego filmu powiedział: "Żaden przesłuchujący mnie ubek, nie był taki sprytny".

Pana ekipa nagrała cały film przy użyciu dwóch kamer, korzystając z techniki cyfrowej. Oglądając "Czeski błąd" ma się wrażenie, że w ogóle nie widać kamery, która towarzyszy aktorom. Jakim sposobem pan to osiągnął?

- Przede wszystkim pracuję z doświadczonymi aktorami, chociaż do filmów zatrudniam również naturszczyków. Borka w moim najnowszym filmie gra na przykład znany fotograf Antonin Kratochvil, który nie ma aktorskiego wykształcenia. Oczywiście wszystko to miało wpływ na sposób gry. Kręciłem w systemie RET - to cyfrowy zapis. Czasem operator kręcił aktora, który nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.

- Według mnie najważniejsze dla aktora jest to, żeby nie miał podczas pracy na planie "uczucia odpowiedzialności". W wypadku mojego filmu ważne było również to, że role zostały dobrze napisane. Tekst był doskonały, a tam, gdzie aktorzy-amatorscy mieli problemy, mogli wszystko powiedzieć własnymi słowami.

Wspomniał pan, że dialogi były świetnie napisane. Przy "Czeskim błędzie" po raz kolejny współpracował pan z Petrem Jarchowskim [wcześniej twórcy pracowali razem nad filmem "Musimy sobie pomagać" - red.]. Czy teraz już ma pan pewność, że za każdym razem, gdy siadacie do wspólnego projektu, to będzie dobry film?

- No tak, oprócz tej pewności, że to będzie dobry film, ta współpraca bardzo mi odpowiada. Znamy się bardzo długo, wiemy czego chcemy i do czego jesteśmy zdolni. Ja wiem, czego on na przykład nie potrafi napisać, a on - czego ja nie nakręcę. Peter Jarchowski pisze też dla innych twórców, niedługo będzie premiera filmu, który zrobił z Andrzejem Trojanem. Ja pewnie też mógłbym współpracować z kimś innym, ale rzeczywiście to znakomicie mieć kogoś u boku, do kogo ma się zaufanie.

Chciałam panu podziękować za ostatnią scenę filmu, bo ona pokazuje, że ten który zdradził, jest jednak ogromnie samotny...

- Ta interpretacja jest chyba najbliższa temu, o co nam chodziło. Czasem się mówi: ten temu podarował winy, ten temu wybaczył. Jest w tym wszystkim jednak pewna bezradność, że niektórych rzeczy nie można już odwrócić. To właśnie jest ta samotność. A na koniec ironiczna puenta, że ci najbardziej winni pozostają i uśmiechają się.

Dziękuję za rozmowę.

------------------------------

Jan Hřebejk to jeden z najbardziej uznanych czeskich reżyserów, twórca filmów "Do Czech razy sztuka", "Pod jednym dachem", "Musimy sobie pomagać" oraz "Na złamanie karku". Na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie w 2010 roku obraz "Czeski błąd" zdobył Nagrodę Specjalną oraz Nagrodę Jury Ekumenicznego.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje