Reklama

Daniel Olbrychski: Wciąż czuję się młody

Daniel Olbrychski to nie tylko znakomity aktor, ale też czarujący człowiek i świetny rozmówca. Uwielbia swój zawód. Ma też inne, równie ciekawe pasje - jazdę konną oraz boks. 27 lutego będzie świętował 74. urodziny.

Zawsze chciałem być taki, jak aktorzy amerykańscy - przyznaje Daniel Olbrychski

Niedawno dołączył pan do obsady popularnego serialu "Na dobre i na złe". Dzięki roli Cezarego ("Na dobre i na złe") znowu może pan wykorzystać w pracy swoje zdolności jeździeckie.

Reklama

Daniel Olbrychski: - Na plan jeżdżę z ogromną przyjemnością. Mam tam córkę, wnuka lekarza i prawnuczkę. Do tego już doszło, że jestem pradziadkiem! Ale bardzo żwawym, który z prawnuczką jeździ konno. Raz przywiozłem na koniu do szpitala kontuzjowanego kolegę z grupy rekonstrukcyjnej. "Na dobre i na złe" od samego początku oglądam z wielkim zainteresowaniem. Tak w ogóle, to oboje z żoną uwielbiamy wiele polskich seriali. Choćby "Ranczo", które było pod każdym względem arcydziełem.

Pewnie nie raz udzielał pan lekcji jazdy konnej?

- To prawda, już na początku kariery, kiedy stałem się znany za sprawą filmu "Popioły", ambasador Szwajcarii zaproponował mi, żebym uczył jazdy konnej jego kilkunastoletnią córkę. Płacił mi duże, jak na tamte czasy, pieniądze: aż 10 dolarów za godzinę. A przy okazji szkoliłem język francuski.

Przygotowując się do roli Rafała Olbromskiego w "Popiołach", uczył się pan jeździectwa od najlepszych trenerów.

- Już jako chłopak, wychowany w podlaskim Drohiczynie, trochę jeździłem na oklep na chłopskich konikach. Ale prawdziwej jazdy nauczyłem się od rotmistrza Wiktora Olędzkiego, trenera polskiej kadry. W klubie Legii na Kozielskiej szkolił najlepszych jeźdźców. Mnie uczył starodawnej jazdy, przypominającej jazdę westernową. Jedną ręką prowadziło się konia na długich strzemionach. W prawej była szabla, a u kowboja lasso.

- Dwa razy miałem trenera, który sugerował, żebym na jakiś czas odłożył aktorstwo i zajął się karierą sportową. Jednym z nich był właśnie trener Olędzki. Powiedział, że w parę miesięcy mogę zdobyć Mistrzostwo Polski a potem Europy w WKKW (Wszechstronny Konkurs Konia Wierzchowego), na który składają się skoki, ujeżdżanie i cross. Również trener Stamm, po filmie "Bokser", namawiał mnie, żebym na dwa lata zostawił aktorstwo, a przygotuje mnie do Mistrzostw Europy w wadze półśredniej. No ale miałem za dużo ciekawych propozycji, żeby zrezygnować z grania.

Co za paradoks! Początkowo chciał pan być sportowcem.

- Byłem przekonany, że zostanę mistrzem olimpijskim, tylko nie wiedziałem, w jakiej dyscyplinie. Czego ja nie ćwiczyłem! Nawet hokej na lodzie. Należałem do Młodzieżowej Szkółki Hokejowej Legii. Wygrałem Pierwszy Krok Szermierczy we florecie i szabli. Pierwszy Krok Bokserski, najpierw w Pałacu Kultury, następnie w Polonii. Potem przyszły filmy, w których to wszystko mogłem wykorzystać. Przydało się, z hokejem włącznie. W telewizji zachodnioniemieckiej zagrałem zawodowego hokeistę, bez dublera. Na taflę wychodziłem z zawodowcami.

Perfekcjonista z pana.

- Zawsze chciałem być jak najlepsi amerykańscy aktorzy, po których widać, że ćwiczą, jeżdżą konno, boksują. Kilka podstawowych dyscyplin uprawiałem wyczynowo, zarówno w filmach historycznych, jak i współczesnym "Bokserze", gdzie moimi partnerami byli czołowi polscy pięściarze.

Sportowy gen odezwał się w pana wnuku Antonim, który doskonale radzi sobie z szablą.

- To prawda, wygrał wszystkie turnieje w kraju. Był mistrzem Polski w mieczu i wicemistrzem w szabli. To nie to samo, co szermierka sportowa i floret. Szabla jest bardziej widowiskowa. Zawodnik w kostiumie i masce posługuje się prawdziwą bronią ciężką. Ostatnio w Göteborgu zdobył wicemistrzostwo świata w mieczu i zajął trzecie miejsce w szabli. W półfinale pokonał Szweda. Komentatorzy zwrócili uwagę, że poszedł w ślady dziadka, który gromił szablą Szwedów w nominowanym do Oscara filmie "Potop".

Historia zatoczyła koło.

- Tak! Ze sportów, które uprawiałem, mój wnuk najlepszy jest w szermierce. Reprezentuje najwyższy światowy poziom. Bardzo mnie to cieszy. Skończył studia na uniwersytecie. Napisał też książkę "Pojedynki, biesiady, modlitwy. Świat średniowiecznych rycerzy" i wiele artykułów na tematy historyczne. Ta odległa epoka to jego konik i wielka pasja.

Wiem, że na pamiątkę zachował pan sobie repliki szabli z "Potopu".

- Rzeczywiście, miałem ich kilka, ale rozdawałem przy różnych okazjach. Jedną dałem Janowi Tomaszewskiemu po piłkarskich MŚ w 1974 roku. Odnieśliśmy wtedy największy sukces w historii polskiego futbolu - trzecie miejsce! Janek obronił dwa rzuty karne, w tym jeden ze Szwedami. Dlatego, podczas telewizyjnego spotkania z drużyną Górskiego, wręczyłem mu jedną z szabel Kmicica. Została mi tylko jedna. Mam też wiele innych, które znajdowałem albo dostawałem od przyjaciół.

Wciąż uprawia pan swoje ukochane dyscypliny?

- W domu mam salkę bokserską. Ćwiczę regularnie 45 minut dziennie. Trzy razy w tygodniu zaglądam też do stajni. Czuję się młodo, nic mi specjalnie nie dolega, a forma dopisuje.

Pracował pan z największymi gwiazdami i najwybitniejszymi reżyserami. Schlöndorff, Lelouch, Michałkow, Wajda, Kieślowski, Hoffman. Czego się pan nauczył od swoich mistrzów?

- Cały czas się uczę, również obserwując, jak grają młodsi. A wielkich mistrzów, z którymi miałem okazję pracować, cechowało - poza talentem i charyzmą - to, że nie rozczarowywali w życiu prywatnym. W myśl zasady: im ktoś ciekawszy na ekranie, tym ciekawszy w życiu. Należeli do tego grona m.in. Beata Tyszkiewicz, Pola Raksa, Tadeusz Łomnicki, Gustaw Holoubek, Zofia Kucówna. Zachwycałem się nimi na ekranie i scenie. A poza nią potwierdzali swoją niezwykłość poprzez prostotę, inteligencję i piękny stosunek do ludzi.

Pańska dobra passa trwa. Jakie wyzwania widać na horyzoncie?

- Czekają mnie dwie sztuki w Teatrze Gudejko. Jedną, w której gram z Wojtkiem Mecwaldowskim, reżyseruje Magdalena Łazarkiewicz. Druga to "Berek, czyli upiór w moherze 2" Mariusza Szczygielskiego. Poza tym czekam na premierę rosyjsko-angielskiego filmu, który nakręciliśmy na Łotwie. Od aneksji Krymu konsekwentnie odmawiam przyjazdu do Rosji. Wszyscy popierają tam Putina, więc nie umiałbym w przerwach między zdjęciami z nikim rozmawiać "po duszam". Piękny film o relacji ojca z synem, którego zagrał Aleksiej Sieriebriakow. Wspaniały aktor rosyjski, znany m.in. z głównej roli w "Lewiatanie". Ja gram znanego dyrygenta, cierpiącego na Parkinsona. Scena, kiedy drżącymi rękami dyryguję "Lacrimosę" Mozarta, jest naprawdę wzruszająca.

Rozmawiała Ewa Jaśkiewicz


Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Daniel Olbrychski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje