Reklama

Reklama

Być aktorem, nie celebrytą

W Polsce zapamiętany z roli Marka Winicjusza w "Quo Vadis". W swoim ostatnim filmie francuskiej produkcji "Los Rzymu" ("Le destin de Rome") Paweł Deląg wcielił się w kolejną historyczną postać, tym razem kreując rolę Marka Antoniusza.

Aktor na ekranie zadebiutował w epizodycznej roli serbskiego uchodźcy w "Liście Schindlera" w 1993 roku. Zagrał później w wielu znanych polskich filmach, m.in. w: "Szamance" i kultowym "Kilerze". Deląg ma też na swoim koncie już kilkanaście ról w zagranicznych produkcjach. Zagrał m.in. w rosyjskich filmach wojennych "Czerwiec 1941", czy "Snajper", a także w amerykańskim "Domu". Poza wspomnianymi obrazami obecnie na kanale National Geographic możemy oglądać Deląga w fabularyzowanym dokumencie "Wojna imperiów".

A aktorem rozmawiała Emilia Chmielińska.

Najwięcej zagranicznych filmów zrobił pan za naszą wschodnią granicą. Spędził pan wiele czasu z Rosjanami. Jacy oni są?

Reklama

Paweł Deląg: Rosjanie żyją "tu i teraz". Jest to związane trochę z historią Rosji. Tam po prostu trzeba było tak żyć. Nigdy nie wiadomo było, kiedy przyjdzie NKWD i zastuka do drzwi, kiedy przyjdzie ktoś, kto znowu zabierze wszystko... W momencie kiedy nastąpiła pierestrojka, okazało się, że system się zmienił. Oni te długie lata byli zamknięci w butelce. Ta butelka nagle została otworzona. I to wszystko: energia, ukryte pragnienia i dążenia, zostały u Rosjan uruchomione. Oni nie mają do końca poczucia bezpieczeństwa czy to się jutro nie skończy, czy jutro znów nie pojawi się człowiek, który im wszystko zabierze. W związku z tym trzeba żyć "tu i teraz".

Jak współpracuje się z rosyjską ekipą na planie?

- Rosyjscy aktorzy mają w sobie żywiołowość, pewnego rodzaju radość i umiejętność nawiązywania błyskawicznie kontaktu z drugim człowiekiem. I to nam pomaga. Grupy filmowe, z którymi pracowałem, są naprawdę bardzo profesjonalne. Ale spotykam też grupy, na przykład na Białorusi, na Ukrainie czy w Rosji, które są jeszcze nieprzygotowane do wykonywania zadań na takim poziomie jak my. Nie chodzi o to, że jest biednie, ale że to wszystko jest niepodopinane tak jak na przykład w Polsce, we Francji czy przy produkcjach amerykańskich. Oczywiście to nie jest w tej chwili reguła, tak bywa. Znam produkcje, które były świetnie przygotowane do pracy.

Chyba nie jest łatwo pracować z rozkapryszonymi moskiewskimi gwiazdami? A i takie przecież się zdarzają...

- Gwiazdorzy z Moskwy zadzierają nosa. Żuławski kiedyś powiedział o takich aktorach: "to są aktorzy, którzy trochę za dużo bananów zjedli". Gdy występują gwiazdorzy z Moskwy, to wtedy naprawdę nie jest łatwo nikomu na planie zdjęciowym. Ale to też się dzieje w Polsce i w każdym innym kraju.


Jest pan teraz rozpoznawalny już nie tylko w Polsce, ale i w Rosji. Jak pan się z tym czuje?

- Cieszę się, że środowisko rosyjskie mnie rozpoznaje. Wiedzą, że jestem aktorem z Polski. W "ratingach" pojawiłem się na dosyć wysokich pozycjach. Ale to się bardzo szybko zmienia. Dla aktora to jest zawsze satysfakcja że praca, którą wykonuje, ma oddźwięk. Z tego się należy cieszyć.

Kiedy po raz pierwszy został pan rozpoznany w Rosji?

- Pierwszy raz, kiedy zrozumiałem, że w Rosji zaczynają mnie widzowie rozpoznawać na ulicy, to było w Afryce... Byłem w Zimbabwe, stałem pod wielkim baobabem; nagle ktoś prosi mnie łamaną angielszczyzną z wyraźnym akcentem wschodnim, czy mogę mu zrobić zdjęcie na tle tego baobabu. Ta pani nawet nie popatrzyła na mnie, tylko ustawiła się i poprawiła grzywkę... Gdy podniosła wzrok, zobaczyła, że to ja. Otworzyła szeroko oczy i poprosiła mnie o autograf. Pierwszy autograf dałem pod baobabem w Zimbabwe w Afryce... Bardzo się z tego faktu ucieszyłem, że taki zwyczajny rosyjski turysta gdzieś już mnie kojarzy i rozpoznaje.

Mimo rosnącej popularności woda sodowa jednak nie uderzyła panu do głowy.

- Już wyrosłem z tego wieku, żeby "sodówka mi odbiła do głowy". Mam dużo pracy do wykonania. Koncentruję się na tym, żeby być aktorem, a nie celebrytą.

Myśli pan, że polscy aktorzy mają szansę na karierę na Zachodzie? Pana przykład pokazuje, że Polacy mogą zaistnieć również za granicą...

- Kinematografia rosyjska, francuska, niemiecka czy amerykańska jest o tyle pojemna, że w pewien sposób staje się kosmopolityczna. Na przykład Amerykanie potrzebują od czasu do czasu w swoich filmach ludzi, którzy mówią z akcentem. Rosja też w pewien sposób jest kosmopolityczna i potrzebuje takich bohaterów. To jest nisza, w której się możemy odnaleźć.

Po niemiecku, francusku, rosyjski, angielsku i łacinie

Polska kinematografia nie jest kosmopolityczna?

- Nasza kinematografia jest hermetyczna. Cały czas powstają filmy, które są "arthouse'owe". Powinniśmy mieć możliwość współpracy z reżyserami francuskimi, czy rosyjskimi. Myślę, że taka wymiana ludzi, operatorów, aktorów czy kostiumografów powinna mieć miejsce. Polska kinematografia powinna szukać swojej tożsamości właśnie w takich koprodukcjach. Na razie to są marzenia, bo polityka każdego kraju broni trochę swoich interesów. Mamy niestety cały czas "czyste" produkcje polskie. Myślę jednak, że warto postawić na to, żeby nie być uzależnionym tylko i wyłącznie od małego i wąskiego rynku polskiego, gdzie panują swoistego rodzaju mody, fobie i uzależnienia, powiązania producentów.

Panu udało znaleźć własną ścieżkę.

- Za to mogę sobie sam podziękować. Jestem samodzielny i nie jestem uzależniony tutaj od czyjegoś "widzimisię". To jest wielki powód do satysfakcji.

Ale i wielkie wyzwanie.

- To jest rzucanie się na głęboką wodę. Nigdy nie wiadomo, na co się wpadnie; czy na przykład decyzja, że podejmuję się zagrania roli w języku, którego nie znam, nie będzie po prostu katastrofą. W moim przypadku to jest okupione wieloma wątpliwościami i stresem, a także poczuciem dyskomfortu.

Jeśli o niedogodnościach mowa, co pana zdaniem jest największym problemem polskich aktorów za granicą?

- Przeszkód jest oczywiście bardzo wiele. Naszym instrumentem jest język. Niestety trzeba mówić w danym języku i to trzeba mówić bardzo dobrze. Poza tym agencje i reżyserzy castingów potrzebują aktorów o określonych typach do określonych filmów. Ale to nie znaczy, że aktor ma być piękny albo brzydki. Spotkałem się z tym, że bardzo dobry agent angielski robił selekcje aktorów z Polski. Zdziwilibyście się państwo, gdybyście zobaczyli, kogo on wybrał. To na pewno nie są ci aktorzy, którzy u nas są na pierwszych stronach gazet.

Właśnie, jak pan radzi sobie z tymi wszystkimi językami?

- Mniej więcej 8 lat temu zacząłem grać w językach innych niż język polski. Zagrałem trzy główne role w języku niemieckim, sześć w języku francuskim, a także po rosyjsku, angielsku, łacinie i w języku greckim. Szczerze mówiąc, to jest dużo pracy do wykonania. Trzeba bardzo dużo czasu spędzić z tekstem, żeby poczuć się w nim swobodnie. To jest takie podstawowe zadanie, po prostu: praca, praca, praca i jeszcze raz praca. I odrobina odwagi. Nigdy nie ma gwarancji, że to dobrze wyjdzie.

Wszystko dzięki "Quo Vadis"

W Polsce został pan zapamiętany jako Marek Winicjusz. Chyba trudno było później odciąć się od tej roli.

- W Polsce "Quo Vadis" zrobił mi dużo krzywdy. To jest też casus chociażby Bogusia Lindy. Myślę, że to było bardzo niesprawiedliwe. Jakiś szczególny rodzaj złości został wyładowany na tym filmie. Na przykład, że czyjaś kampania prezydencka została wybudowana tym filmem.


Jednak w sumie los się do pana uśmiechnął...

- O dziwo, ten film pomógł mi poza granicami kraju, czy to w Rosji, czy we Francji. Rolę Marka Antoniusza dostałem dzięki temu, że producenci zobaczyli "Quo Vadis". Dziesięć lat temu pojechałem na premierę narażając się poważnej stacji w Polsce. Musiałem zjechać z planu zdjęciowego, bo chciałem pojechać na premierę filmu do Rosji. Skończyło się to dla mnie tym, że przez dziesięć lat nie zagrałem w tej stacji telewizyjnej ani jednej roli, bo mi to pamiętano. Okazuje się, że los sam wymyślił taką historię. Dziwne jest życie, prawda? Na początku towarzyszyło temu poczucie goryczy i niesprawiedliwości, ale szybko wybiłem to sobie z głowy. Wszystko jest do zrobienia, to zależy ode mnie. A dzisiaj, mając te 41 lat, spoglądam na to dużo spokojniej i patrzę w przyszłość. Będzie bardzo dobrze.

Porozmawiajmy jeszcze o innym starożytnym Marku... O czym właściwie będzie "Wojna imperiów"?

- To uniwersalna opowieść o Marku Antoniuszu, Oktawianie i Kleopatrze. To w zasadzie trzy najbardziej znane postacie starożytnego Rzymu.

Co było najważniejsze podczas realizacji filmu?

- Jest to film dokumentalno-fabularyzowany, w którym staramy się opowiedzieć opartą na faktach historię tej właśnie trójki bohaterów. Naszym głównym zadaniem było to, żeby być bardzo blisko realiów. To było trochę zadaniem detektywa, żeby odkryć, kim tak naprawdę ten Marek Antoniusz, Oktawian i Kleopatra byli. Bo są jakieś obiegowe opinie zbudowane, przede wszystkim przez obrazy amerykańskie. Marek Antoniusz to najczęściej kochanek Kleopatry, przegrany żołnierz, trochę nieudacznik...


Jaki był więc naprawdę Marek Antoniusz?

- Film opowiada historię człowieka, który przede wszystkim wychodzi z tego zakłamanego, kreowanego nie tylko przez kinematografię, czy przez literaturę, ale przede wszystkim przez historyków jemu współcześnie żyjących obrazu. No, wiadomo, że zwycięzcy zawsze piszą historię... Okazuje się, że to był bardzo dobry mąż stanu, polityk, mówca, orator, a przede wszystkim wybitny i lojalny cezarowi żołnierz. A także po prostu fajny facet, który kocha swoją kobietę i który potrafi docenić uroki życia. Ta postać jest kompleksowa.

Dobra i zła krytyka

Porozmawiajmy chwilę o odbiorcach pana filmów. Co różni widza rosyjskiego od polskiego?

- Myślę, że widz w Rosji, to przede wszystkim jest widz serdeczny, tak bym powiedział. Mniej krytycznie ocenia i na pewno nie tak złośliwie jak polski widz. I autentycznie ceni swoich gwiazdorów. Nie szuka na siłę powodu, dla którego należałoby aktora oczernić.

Czyżby rosyjski widz przyjmował wszystko bezkrytycznie?

- Nie znaczy, że oni są bezkrytyczni. Są krytyczni, ale mają pewnego rodzaju taką wdzięczność i jest coś takiego jak autentyczny status gwiazdy w Rosji. U nas aktorzy bardzo często nie chcą być gwiazdami. A tam są gwiazdy. Ja nie mówię, że jestem gwiazdą, tylko mówię o pewnym zjawisku.

Wiemy już, że polscy widzowie bywają, delikatnie mówiąc, niegrzeczni, i że Rosjanie są bardziej serdeczni. A jaki jest widz francuski?

- Jest przede wszystkim widzem intelektualnym i krytycznym. Bardzo dużą uwagę zwraca na to, żeby coś było profesjonalnie zrealizowane.

Tak jak francuska krytyka...

- Bardzo lubię czytać krytykę francuską i recenzje Francuzów dlatego, że oni zupełnie inaczej oceniają aktorów. Na przykład te filmy, które nie do końca w Stanach się podobają, to we Francji mogą się bardzo spodobać. I na odwrót.

A jak było z "Wojną imperiów"?

- W przypadku "Wojny imperiów" dostaliśmy szeroką krytykę. Była bardzo uważna, bardzo precyzyjna, krytyczna i chwaląca. Punktująca dobre rzeczy i złe. Do tej krytyki mam zaufanie.

Na zakończenie, trochę o współczesnych mediach. Jak ocenia pan kulturę polskiego internetu?

- Niestety nasz internet jest po prostu najczęściej chamski. Gdybyśmy porównali komentarze na przykład ze strony polskiej i strony rosyjskiej, to są dwa zupełnie inne światy.

Prasa brukowa w Rosji też jest lepsza?

- Nie konfabuluje tak jak nasza. Mam nadzieję, że w pewnym momencie jednak nastąpią pewne regulacje prawne. I będziemy mogli się po prostu bronić. Dlatego, że łatwiej zapamiętać złą rzecz niż dobrą.


I w taki sposób ludzie tracą zaufanie do osób publicznych...

- I de facto działa to w ten sposób, że to nad czym staramy się pracować, bardzo często jakiś nieodpowiedzialny dziennikarz jest w stanie obniżyć znacznie wartość takiego aktora. Przytoczę jedną anegdotkę: kiedy stary rabin umierał, przyszli do niego uczniowie i poprosili go, żeby zostawił ich ze słowem, o którym będą zawsze pamiętali, z taką wskazówką na całe życie. Rabin westchnął, spojrzał na nich i powiedział: "wszystko jest inaczej". Więc najczęściej wszystko to, co państwo tam czytacie, jest prawdą w tylko minimalnym stopniu. Najczęściej to zupełnie inaczej wygląda.

Rozmawiała Emilia Chmielińska

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Paweł | Paweł Deląg | Quo Vadis

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy