Reklama

Brady Corbet: Wolę robić filmy, niż w nich grać

11 listopada odbędzie się polska premiera filmu "Dzieciństwo wodza" ukazującego prace nad Traktatem Wersalskim. Układ pokojowy dał Polsce wolność, równolegle pchając świat w otchłań totalitaryzmów i najkrwawszego konfliktu w dziejach ludzkości - II wojny światowej. "Zawsze będzie istniała walka pomiędzy dobrem i złem, to historia stara jak świat" - mówi reżyser filmu, Brady Corbet.

Brady Corbet podczas festiwalu filmowego w Wenecji

"Dzieciństwo wodza" opowiada historię chłopca przebywającego w podparyskiej wsi w 1918 r. Ojciec dziecka jest wysłannikiem amerykańskiego prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona biorącym udział w pracach nad traktatem pokojowym. Dorastający chłopiec przejawia zaburzenia socjopatyczne, zatraca się w myślach epoki. Formułuje się tytułowy wódz. Dramat nagrodzono podczas 72. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji za najlepszą reżyserię i najlepszy debiut fabularny. W filmie występują m.in. Robert Pattinson i znana z roli w "Nimfomance" Stacy Martin.

Reklama

Twój film "Dzieciństwo wodza" hipnotyzuje widza. Efektowne ujęcia i doskonała muzyka Scotta Walkera tworzą klimat, który trzyma w napięciu. To twój debiut reżyserski - wolisz być aktorem czy reżyserem?

Brady Corbet: - Byłem aktorem przez wiele lat i jestem z tego zadowolony. Wolę jednak robić filmy, niż w nich grać. Trudno powiedzieć dlaczego. Myślę, że w większym stopniu zaspokaja to głębszą część mnie samego.

Czy po drugiej stronie kamery odnalazłeś się bez trudu?

- "Dzieciństwo wodza" był ciężkim projektem do zrobienia, nie tylko dlatego, że to mój pierwszy film. Od lat reżyserowałem, m.in. filmy krótkometrażowe i teledyski, montowałem i pisałem scenariusze. Był to bardzo naturalny rozwój. Zawsze zamierzałem stworzyć swój własny film, a nad tą historią pracowałem od dawna.

Czy podczas pracy nad filmem przydało ci się doświadczenie aktorskie?

- Tak, oczywiście. Wiedza, jak jest po drugiej stronie, sprawiła, że czułem się bardziej komfortowo. Wydaje mi się, że moje doświadczenie było też pomocne przy pracy z małym bohaterem, Tomem Sweetem.

Kadry w twoim filmie przypominają obrazy. Są bardzo estetyczne. Co było inspiracją do zdjęć?

- Scenariusz do filmu napisałem wraz ze swoją partnerką życiową Moną Fastvold. Dużo rozmawialiśmy o twórczości malarzy: Duńczyka Vilhelma Hammershøia i Niemca Anselma Kiefera. Oglądając film, reagujesz na przestrzeń, jakość światła, kostiumy. Dlatego staraliśmy się przez cały czas mieć otwarty umysł.

Filmowa opowieść osadzona jest w 1918 r. przed podpisaniem Traktatu Wersalskiego. Świadkiem tych wydarzeń jest mały bohater, osobowość socjopatyczna, przyszły dyktator. Czy nie obawiałeś się zmierzyć z tak trudnym tematem w swoim pierwszym filmie?

- Nie bardzo. Wydaje mi się, że nikt nie jest prawdziwym autorytetem, jeśli chodzi o to, co zdarzyło się w 1918 r., bo nikt z nas tego nie przeżył. Wszyscy więc bazujemy na tych samych informacjach, mamy te same książki, te same dzieła sztuki jako punkt odniesienia. Ja też nie miałem poczucia bycia ani mniejszym, ani większym autorytetem niż ktokolwiek inny. Wiedziałem też, że robię film, który nie jest dramatem dokumentalnym. Film jest bardzo poetycki, uniwersalny i alegoryczny.

Interesuje cię historia?

- Oczywiście, szczególnie okres międzywojenny. Zebrałem na ten temat wiele książek. Dla mnie, jako Amerykanina, fundamentalna jest konferencja pokojowa w Paryżu. W 1918 r. została zapoczątkowana polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych. Niewiarygodne, jak mało ewoluowała w ciągu wieku. Historia Woodrowa Wilsona jest jednocześnie fascynująca i niepokojąca, trochę naiwna. Niewątpliwie inspirująca. 

Co dokładnie w historii prezydenta wywołuje u ciebie zapał twórczy? 

- Wilson miał bardzo dobre intencje. Było wiele bitew, które rozegrał i przegrał. To pierwszy amerykański prezydent, który przyjechał do Europy, by ocalić świat. Powinien być tym, który ma strategię, a jego działania przyniosły więcej szkód, niż dobra. Jest to niełatwe do opowiedzenia, trudno uogólniać, bo to, jak przebiegają procesy historii, zwykle nie sprowadza się do woli jednego człowieka. Rok 1918 był bardzo złożonym momentem naszej historii, ludzie stawali przed trudnymi decyzjami.

Czy obawiasz się, że podobna historia może się powtórzyć?

- Ona już się powtarza w wielu różnych częściach świata. Zawsze będzie istniała walka pomiędzy dobrem i złem, to historia stara jak świat. Zawsze będzie walka, zmaganie się prawych i występnych. No i oczywiście jest jeszcze dużo przestrzeni pomiędzy, wiele odcieni szarości. Życie jest niepoukładane, skomplikowane i wszyscy musimy robić, co w naszej mocy, żeby kierować je we właściwą stronę.

Właśnie to chciałeś przekazać swoim filmem?

- Poświęciłem na to dzieło kilka lat, umieszczając efekty tej pracy w dwóch godzinach filmu. Dlatego nie wyraża on jednej myśli. Ideą było sięgnięcie do przeszłości, która byłaby punktem wyjścia do rozmowy o teraźniejszości. Ponad wszystko film jest próbą przywołania emocjonalnej odpowiedzi na wydarzenia, które generalnie są dla ludzi bardzo odległe. Chciałem stworzyć poczucie duchowej intymności za pomocą wydarzeń, które zdefiniowały XX wiek.

Na tle tej wielkiej historii rozgrywa się dramat dorastającego chłopca. Jest trudnym dzieckiem, jednak rodzice nie okazują mu czułości. W jakim stopniu wychowanie przesądzi o jego dorosłym życiu?

- Postawienie w opozycji natury człowieka i wychowania jest staroświeckie. Ludzka natura i wychowanie odgrywają równoważną rolę, psychologiczne predyspozycje do przemocy wzmacniane są przez rodziców, którzy nie wiedzą, jak sobie z nimi poradzić. Jednak nie to jest ważne. Pytanie, co przemienia człowieka w tyrana, nie jest najciekawsze, naprawdę interesujący są ludzie, którzy pozwolili, aby to się wydarzyło. Znacznie bardziej obawiam się mas ludzkich, niż jednej psychopatycznej, tyranizującej jednostki.

Czy nie sądzisz jednak, że rodzice mogli zapobiec tragedii, poświęcając synowi więcej uwagi?

- Nigdy w ten sposób nie myślałem, film mówi o splocie okoliczności, na który składa się doktryna religijna, ucisk kobiet i biurokratyczny rytm epoki. Wszystko to tworzy jednostkę. Jeśli miałbym się doszukiwać winy, to odpowiedzialność leży po stronie otoczenia, wszystkich i wszystkiego, a nie wyłącznie po stronie rodziców.

Oglądając film, odniosłem wrażenie, że chłopcu brakuje przede wszystkim matczynego ciepła.

- No cóż, był 1918 r., szczerze powiedziawszy tradycyjne wychowywanie dzieci polegało na tym, że dzieciom się nakazywało, nie wsłuchiwano się w ich potrzeby. Ludzie dorastali pod okiem twardych rodziców. Ciekawsze wydaje mi się prześledzenie tego, co sprawiło, że matka była właśnie taka, surowa. Jest oczywiste, że ona czuje się gnębiona i uciskana, przenosi to na kontakty z synem. Innym razem chłopiec manipuluje nią. Widać tam ewidentnie walkę o dominację w domu.

Identyfikujesz się ze swoimi bohaterami?

- Zdecydowanie tak, w końcu pisałem dialogi... Nie zakładam nic z góry, jeśli chodzi o moich bohaterów. Wiele rzeczy może się zmienić, kiedy piszę. Gdy w filmie gra inny aktor niż ten, którego sobie wcześniej wyobrażę, postać się zmienia, wykuwa. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć zbieram wszystkich aktorów, aby stworzyć odpowiednią atmosferę i wniknąć w postacie. A jeżeli postać jest jednoznaczna, to wszystko staje się płaskie, trywialne, czarno-białe.

Z reżyserem i współautorem scenariusza Bradym Corbetem rozmawiał Mateusz Kicka.

Dowiedz się więcej na temat: Brady Corbet | Dzieciństwo wodza

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje