Reklama

Bogowie są omylni!

Gwiazdy superprodukcji "Starcie Tytanów" - Sam Worthington, Alexa Davalos i Mads Mikkelsen - opowiadają o przeżyciach związanych z realizacją filmu w reżyserii Louisa Letteriera.

Ten film oparty jest na greckiej mitologii. Czy wcześniej znane wam były te mityczne opowieści? Jak wyglądał wasz pierwszy kontakt z nimi?

Reklama

Sam Worthington: - Nie wiem, jak wygląda to w Ameryce czy gdziekolwiek indziej, ale w mojej rodzinnej Australii uczniowie poznają mity, jak na przykład ten o Minotaurze i labiryncie. Nie zgłębiałem jednak mitologii greckiej pod kątem tego filmu. To była po prostu frajda - ja w czymś na kształt sukienki i kilku gości, również w sukienkach, z gumowymi mieczami przy boku stawiający czoła potworom. To nie była lekcja historii, a zatem nie zagłębiałem się jakoś szczególnie w antyczną opowieść o Perseuszu, ponieważ on akurat nie nosił żadnych ubrań. Myślę, że taki Perseusz byłby przerażający dla dzieciaków (śmiech). Byliśmy jednak całkiem dobrze zorientowani w tych mitach.

Alexa Davalos: - Wydaje mi się, że to jest tak, iż w głowie ma się ogólny zarys fabuły, o którym się pamięta, ale w ciągu lat powstały liczne wariacje na temat poszczególnych mitów. Jest to więc kompilacja wielu różnych elementów.

Mads Mikkelsen: - W greckich bogach - podobnie zresztą jak w przypadku antycznych bóstw rzymskich i bogów z mitologii nordyckiej - najfajniejsze jest to, że wszyscy oni mieli cechy ludzkie. Bogowie są zawistni; odczuwają uczucia takie, jak chciwość, chęć czynienia zła, miłość. W ich obrazie odbija się również rasa ludzka. Łatwo jest więc identyfikować nam się z tymi bogami. I właśnie to czyni całą rzecz zabawną.

Sam Worthington: - Bogowie są również omylni.

Alexa Davalos: - O, tak!

Mads Mikkelsen: - Popieram, popieram.

Sam, zagrałeś w kilku filmach, w których aż roiło się od efektów specjalnych. Ukończyłeś szkołę teatralną, początkowo twoja kariera rozwijała się w sposób konwencjonalny. Czy tego typu przedsięwzięcia są dla ciebie trudne i jak bardzo; czy z każdym kolejnym filmem tego typu stają się łatwiejsze - czy też każda z takich produkcji wiązała się ze szczególnym rodzajem wyzwań, które musiałeś podjąć?

Sam Worthington: - Cóż, uważam, że każda rola jest wysiłkiem dla wyobraźni. Taka praca! Aktorstwo to bycie prawdziwym w wyimaginowanych okolicznościach. Blue box czy technika motion capture wymagają od ciebie osiągnięcia prawdy absolutnej w sytuacji absolutnie wyimaginowanej. Rozmawiałem o tym z Louisem (Leterrierem, reżyserem filmu - red.). Już podczas wielu sesji poświęconych realizacji "Avatara" przekonaliśmy się, że nie można grać w próżni. To niemożliwe. Twoje ciało reaguje inaczej, gdy uderzasz w coś, czego nie ma; twoje mięśnie po prostu nie reagują! Poprosiliśmy więc Louisa o to, żeby każdy specjalny lub wizualny efekt, który miał pojawić się w filmie, miał swoją "praktyczną" wersję. Dlatego też zbudowaliśmy chociażby skorpiona z włókna szklanego. Mieliśmy - na wszelki wypadek - statystów ubranych w kombinezony w kolorze blue boksa; wszystko, co było potrzebne do odegrania interakcji, bo wtedy nasza praca staje się łatwiejsza.

- Tu akurat pomagał nam fakt, że zdjęcia kręciliśmy w rzeczywistych miejscach, nie korzystając z techniki motion capture. To również zmienia postać rzeczy. Ale mimo to granie w próżni albo wyszukiwanie szczegółów, z pomocą których można zbudować coś z niczego, jest dla mnie stosunkowo łatwe. To jak szkoła aktorka, jak granie w sztuce. Chodzi o to, by uzmysłowić sobie, że detale są niezbędne. Wyobraź sobie, że wkładasz ziarenka do takiej specjalnej pufy wypełnianej ziarenkami właśnie. Jeśli włożysz dwa czy trzy ziarenka, nie będzie to zbyt komfortowe siedzenie. Ale im więcej szczegółów, czyli takich ziarenek, wkładasz w konkretną wizję, tym łatwiejsze staje się granie. I tak konieczne staje się nawet poznanie wymiarów skorpiona czy to, jak szybko będą się one poruszać - i wtedy już możemy zachowywać się stosownie do zdobytych informacji, chociaż na pozór na planie niczego nie ma.

Nie ulega wątpliwości, że jest to film o bardzo wartkiej akcji. Czy możesz opowiedzieć coś o wyzwaniach natury fizycznej związanych z pracą nad "Starciem Tytanów", o trudzie grania i o tym, jak kręci się sceny akcji w sandałach i skąpych kostiumach?

Sam Worthington: - Nie miałem na sobie sandałów, tylko trampki. Namalowałem na nich palce stóp. Chłopaki zorientowali się dopiero po jakimś miesiącu, a ja tymczasem gnałem jak strzała i sam wykonywałem o zaawansowane popisy kaskaderskie. A oni męczyli się z brudem, który dostawał się im do sandałów, i potykali się na każdym kroku. Ja byłem tym spryciarzem, który zawsze biegł na przedzie.

Mads Mikkelsen: - Wcale nie przewracaliśmy się na każdym kroku! (śmiech)

Alexa Davalos: - A właśnie, że tak. Widziałam to na własne oczy.

Sam Worthington: - Ty próbowałaś za nami nadążyć, i to dopiero było zabawne!

Mads Mikkelsen: - Kręciliśmy ujęcia na rafie, gdzie chodziliśmy po lawie i piasku w samych sandałach; lataliśmy w powietrzu... Staraliśmy się dotknąć ziemi i nie zginąć w powietrzu.

Sam Worthington: - No i fruwaliśmy nad chmurami... Tamte dwie sytuacje były niedorzeczne.

Mads Mikkelsen: - O, tak.

Sam Worthington: - Nie wiem, jak wysoko się znajdowaliśmy.

Mads Mikkelsen: - Do takich rzeczy potrzebna jest niezła kondycja fizyczna. A przecież wielu z nas w filmie grało żołnierzy - weteranów. Nie mogliśmy więc wyglądać jak Arnold Schwarzenegger, ale, tak czy inaczej, musieliśmy stawiać czoła tym wyzwaniom przez sześć miesięcy.

Sam Worthington: - Tak, no i te walijskie krajobrazy. Kocham Walijczyków i uważam Walię za piękne miejsce, ale przy tych intensywnych opadach nie było nam łatwo. Mam na myśli scenę, w której schodzimy do podziemnego świata. Fizycznie było to ciężkie zadanie. Kiedy na planie wszyscy dookoła mają na sobie kaski, dociera do ciebie, że masz kłopoty. Wszystko się wali, a ty stoisz sobie w tej swojej sukience. Tak, wiesz, że jesteś w opałach.

Mads Mikkelsen: - Tak, kiedy tamci uciekają i krzyczą: "Akcja!" (śmiech). To znak, że coś jest nie tak.

A jak było z tobą, Alexa? Ty z kolei byłaś troszkę wystrojona.

Alexa Davalos: - Tak. To znaczy, głównie znajdowałam się pod wodą.

Sam Worthington: - Zgadzam się, podwodne ujęcia są ciężkie. Okazały się trudniejsze, niż przypuszczaliśmy.

Alexa Davalos: - To prawda. Faktycznie, jest to skomplikowane. Zakochałam się w tego rodzaju ujęciach, ale uważam je za trudne. To coś zupełnie odmiennego. Na planie nigdy nie jest tak, że przebywasz w całkowicie spokojnym i cichym otoczeniu. Natomiast podwodny plan to miejsce bardzo ciche i spokojne, co dla mnie było czymś niezwykłym.

Sam Worthington: - Ale kiedy Dwight zszedł na dół... (udaje krzyki). "Zabierzcie mnie stąd!" To trudna rzecz. Pod wodą ciężko się pracuje. Osobiście myślałem, że będzie to łatwe. No i oczywiście woda spowolnia wszystkie ruchy, czasami - powiedziałbym - dwukrotnie. To dziwne. Nie mam pojęcia, jak Jim (James Cameron - red.) nakręcił "Otchłań", bo pod wodą filmuje się ciężko. W naszym przypadku było to jakieś dwadzieścia - trzydzieści pięć sekund całego filmu, a i tak zabrało nam to cztery dni.

Alexa Davalos: - Co najmniej! Ja spędziłam tam niemal cały tydzień. A poza tym byłam przywiązana do tych słupów i musiałam ufać osobom trzecim, że w razie czego pospieszą mi z pomocą. W takich okolicznościach odczuwa się silne emocje (śmiech). Ale i tak dobrze się bawiłam.

Alexa, czy możesz opowiedzieć, na ile był ci znany pierwowzór "Starcia Tytanów"? Powiedz nam coś również o kryształowym charakterze twojej bohaterki i o tym, jak grało się taką właśnie postać.

Alexa Davalos: - Oczywiście. Nie mogę powiedzieć, że wychowałam się na oryginale. Nie widziałam wcześniej tamtego filmu. Czekałam z tym zresztą, aż skończymy zdjęcia. Jestem bardzo wyczulona na obrazowość opisu, dlatego chciałam, żeby scenariusz - ta swoista Biblia tego, nad czym pracowaliśmy - był świeży w mojej pamięci. Doczekałam więc do końca i obejrzałam "Zmierzch Tytanów" później.

- Jeśli chodzi o Andromedę, to jest ona niewiarygodnie silna. Jest zdecydowana. Dużo rozmawialiśmy o tym, że w pewien sposób jest ona bardzo podobna do Perseusza, i że jest to osoba z tym rodzajem mentalności, który sprawia, że jest gotowa walczyć do końca, bez względu na to, czy oznacza to poświęcenie swojego własnego życia, czy uratowanie życia innego człowieka. Dostrzegam między nimi wiele podobieństw i sądzę, że między tymi postaciami jest jakiś związek. Ale Andromeda walczy przeciwko temu, co stanowi esencję jej całej egzystencji - przeciwko królewskiemu pochodzeniu, swojemu dziedzictwu. Wypowiada totalną wojnę filarom swojego życia i niejako intuicyjnie podążą własną ścieżką.

Sentyment do oryginału

Panowie, a czy wy byliście fanami oryginalnego filmu i wiedzieliście o jego istnieniu? A może obejrzeliście go ponownie, zanim rozpoczęły się zdjęcia?

Mads Mikkelsen: - Myślę, że byłem jedyną osobą na planie, która go nie widziała. Zrozumiałem to, kiedy pojawiła się ta cała sowa i wszyscy zaczęli się śmiać. Ja nie załapałem, o co chodzi (śmiech). Ale mam zamiar obejrzeć "Zmierzch Tytanów" pewnego dnia.

Sam Worthington: - Owszem, obejrzałem go przed rozpoczęciem zdjęć. Chciałem po prostu na nowo się z nim zapoznać. Wszyscy mają jakiś taki sentyment do tego oryginału, stąpaliśmy więc po grząskim gruncie. W jaki sposób Louis chciał ulepszyć pierwowzór? Oczywiście poprzez efekty wizualne. Animacja poklatkowa, której autorem był Harryhausen, jest, moim zdaniem, fantastyczna. We współczesnym kinie, jak sam możesz się przekonać, są efekty wizualne, które mogą polepszyć efekt. Ale są też inne kwestie, które są istotne z punktu widzenia dzisiejszego społeczeństwa i osób takich, jak - powiedzmy - mój dziewięcioletni bratanek. Są w tej opowieści elementy dotykające aspektu boskiego i realizacji zamierzeń przez bogów, których przesłanie jest takie, że tylko będąc bogiem można odnieść sukces. Powiedzieć taką rzecz dziecku, to coś okropnego. Ale jeśli można mu powiedzieć, że daną rzecz można osiągnąć, będąc człowiekiem, że wystarczy spojrzeć w głąb siebie i wydobyć z siebie te właściwe cechy, łącząc swoje siły z innymi ludźmi - to już jest, moim zdaniem, pozytywny przekaz dla każdego. Bardzo nalegałem na Louisa, abyśmy zgłębili temat od tej właśnie strony.

Mads Mikkelsen: - Ciężko jest mi porównywać te dwa filmy; nie widziałem pierwowzoru. Wydaje mi się, że w zamierzeniu chodziło o to, by naszym filmem złożyć hołd miłości oryginałowi. Louis uwielbia tę opowieść i chciał zrealizować ją jeszcze raz, dać kolejnemu pokoleniu szansę zapoznania się z nią. Dla mnie to oczywisty hołd miłosny.

Alexa Davalos: - Tak. A co do technologii tamtych czasów - przecież to, co wtedy robili oni, jest odpowiednikiem dzisiejszego 3D i wszystkich tych efektów. Dla nich było to tak samo szokujące przeżycie, co dla nas dzisiaj, z tym, że w innych okolicznościach. To przecież ewolucja w postaci czystej, która jest wpisana w mitologię i w jej odwieczne trwanie i ciągłość. Sądzę więc, że jest to proces, którego istotą jest nieustanny wzrost i zmiana.

Ile wysiłku włożyliście w pracę nad swoimi postaciami i ich historią przed przystąpieniem do zdjęć?

Mads Mikkelsen: - To czysta zabawa, mówię ci. Serio, dla aktora to rozrywka. To tak, jak w każdym filmie, w którym w pewnym momencie zapominasz o tym, że masz do czynienia z grupą bohaterów. Można porównać to do "Gwiezdnych wojen". Ktoś ma swojego Luke'a Skywalkera, ktoś inny ma Hana Solo. Dalej mamy księżniczkę Leię, dwóch pozostałych kolesi, czyli C-3PO i R2-D2, i tego gościa imieniem Chewbacca.

- Tak właśnie podszedł do tego Luis. Zwróciłem mu na to uwagę pewnego dnia. "Co takiego?"- pyta mnie. A ja na to: "To właśnie są reguły, jakimi rządzi się epicka wyprawa". Bohaterowie są archetypami, rozwijanymi w ramach wytycznych. Dzięki Louisowi i wytwórni mogliśmy naprawdę nadać im realny kształt. Dokonaliśmy wielu zmian w oryginalnym scenariuszu. Jeśli możesz to zrobić, to znaczy, że masz świetnego współpracownika w postaci reżysera, który pozwala każdemu aktorowi nadać odgrywanej postaci jego indywidualne rysy. Potem taka historia zostaje dopracowana, przyspieszona, obrobiona - to było właśnie to zadanie, którego podjęliśmy się jako ekipa. Wszyscy wykazywali się praktycznym zaangażowaniem: "Co robię w tym konkretnym momencie?" "Gdzie znajduje się punkt odniesienia dla tego, co robi moja postać? Czy jestem tylko pieprzonym głosem w tle? To nie fair!" Lubię, kiedy na planie spotyka się grupa ludzi tak chętnych do współpracy. W sytuacji, gdy realizacja filmu trwa sześć miesięcy, to dobre podejście. Nikt nie czuje się wypompowany, rozumiesz?

Sam Worthington: - Ja się tak czuję (śmiech). Nie, nie, żartuję. Rzeczywiście, pracowaliśmy bardzo ciężko. W takiej sytuacji zależy ci, żeby była to praca grupowa. Chłopaki z jednej strony, a z drugiej ja, kształtujący postać Perseusza. Staję się kimś, kto stara się być człowiekiem, który wydobywa z siebie boską stronę swojej natury. Historia ta rozwijała się w miarę, jak posuwaliśmy się do przodu z realizacją, ale - masz rację. Ten film ma bardzo szybkie tempo. Osobiście jestem zdania, że szybkie tempo wychodzi filmom na korzyść.

"Avatar" i "Starcie Tytanów"

Sam, ostatnio często grałeś postaci, które przeistaczają się w bohaterów. Jak zdefiniowałbyś bohatera?

Sam Worthington: - Ważne są dwie rzeczy. Po pierwsze, bohaterstwo nie oznacza walki. Tak naprawdę to umiejętność podnoszenia się po upadku "na deski", a także niesienie pomocy innym, którzy zostali "znokautowani". Tak właśnie się na to zapatruj; to jest moja definicja bohatera. Chciałem, żeby mój Perseusz był jak stwarzający problemy nastolatek. Traci rodzinę - rodzinę, która go przygarnęła - i staje się takim nieznośnym młodzikiem. Chciałem, żeby był właśnie taki, żeby nikogo nie słuchał. Ta droga prowadzi go do odkrycia w sobie pokładów bohaterstwa poprzez odnalezienie innej rodziny. Perseusz uczy się, jak panować nad emocjami, i może także tego, jak być dorosłym.

- Filmy, w których gram, mają wiele cech wspólnych: chociażby dwoistość moich postaci oraz ich indywidualizm. Perseusz był pół-człowiekiem, pół-bogiem. W "Terminatorze" mój bohater był na poły człowiekiem, na poły robotem; w "Avatarze" - w połowie człowiekiem, a w połowie wielkim, błękitnoskórym kosmitą. Wychodzi na to, że albo jestem popieprzony i staram się odnaleźć coś w sobie samym, albo po prostu lubię te cechy w fikcyjnych postaciach. Jeśli weźmiemy bohatera, którego toczy wewnętrzny konflikt, taki, którego źródłem jest wspomniany dualizm, i jeśli wrzucimy go w inne konflikty, powstanie z tego albo łotr, albo bohater. I tyle. A heroizm, jak już mówiłem, nie ma swojego źródła w wyczynach, których twoim zdaniem potrafisz dokonać. To inni ludzie wyposażają nas w cechy bohatera. Perseusz, który uczy się panowania nad swoimi emocjami i który przejmuje pieczę nad swoją nową rodziną, może zostać uznany za bohatera. Tak właśnie postrzegam bohaterstwo.

Sam, w jakim odstępie czasu nakręciłeś "Starcie Tytanów" i "Avatara"? Czy po skończeniu jednego filmu od razu przystąpiłeś do pracy nad drugim?

Sam Worthington: - Kiedy skończyłem "Avatara"? W 2007 roku, zabrało mi to jakieś czternaście miesięcy. Potem niejako z marszu zrobiłem "Terminatora", dwa inne filmy i zacząłem "Starcie Tytanów". Ale i tak cały czas wracałem do pracy nad "Avatarem". Podróżowałem tam i z powrotem pomiędzy tymi filmami. Nad "Avatarem" pracowaliśmy w zasadzie do ostatniej minuty - wydaje mi się nawet, że Jim zadzwonił kiedyś do mnie już po tym, jak skończyłem pracę na planie "Starcia Tytanów".

Czy możesz porównać te dwa doświadczenia?

Sam Worthington: - Nie da się ich porównać. " Avatar" po prostu niszczy. To monstrum samo w sobie. Świadczy o tym zresztą box office. Ręczę ci, że tego filmu nie można porównać do niczego innego, jeśli chodzi o sposób filmowania. Jeśli chodzi o podstawowe doświadczenie aktorskie w "Starciu Tytanów", to w porównaniu do takiego "Terminatora" była to o wiele cięższa przeprawa. Myślałem, że będzie to bułka z masłem, będę sobie biegać w sukience po planie, będzie łatwo. Nie było łatwo - z powodu tempa. Sposób, w jaki Louis filmuje, jest bardzo dynamiczny. Plan aż kipi energią. Cały czas filmują cię trzy kamery, a ty zasuwasz. W związku z tym i w związku z ekstremalnymi lokalizacjami, w których kręciliśmy ujęcia, okazało się to trudniejsze, niż przypuszczałem.

Sam, oryginalny "Zmierzch Tytanów" i "Starcie Tytanów" to filmy bardzo eskapistyczne. Stajesz się aktorem z gatunku tych, których ludziom ciężko jest oddzielić od kreowanych przez nich postaci. Czy starasz się jakoś oddzielić swoją tożsamość od tych fikcyjnych bohaterów?

Sam Worthington: - Moim celem nie jest bycie gwiazdą. Moje zadanie polega na pomaganiu innym w opowiadaniu różnych historii. Pomagam reżyserowi w urzeczywistnianiu jego wizji, która jest niczym innym, jak snuciem tych eskapistycznych opowieści. W Internecie i gazetach mogą o mnie pisać, co chcą, ale tak naprawdę nikt mnie nie zna. Pokutuje pogląd, że jestem twardym, heroicznym typem. A ja jestem jak wrażliwe kocię. Ale kiedy wykonuję swoją pracę, zanurzam się w odgrywane postaci i staram się ukształtować je z materiału, którym dysponuję jako człowiek. Mam nadzieję, że moja osobowość przekłada się na moich bohaterów. Nie wyrzekam się żadnego konkretnego typu filmów. Robię filmy, na które sam chciałbym pójść do kina - to chyba dobre kryterium wyboru. I rzeczywiście lubię chodzić na takie filmy. Chodzi o to, by zagwarantować, że widz nie będzie miał poczucia, iż zmarnował pieniądze wydane na bilet. To moja praca.

Mads, ten film będzie z pewnością porównywany z jego pierwowzorem - ale ty zagrałeś również w "Casino Royale", a seria filmów o Bondzie ma ogromną rzeszę fanów. Czy podczas pracy niepokoiłeś się perspektywą, że będziesz porównywany do innych "bondowskich" czarnych charakterów?

Mads Mikkelsen: - O, tak. Co do "Zmierzchu Tytanów", to, jak już mówiłem, nie widziałem tego filmu. Wydaje mi się natomiast, że "Casino Royale" było wcześniej przenoszone na ekran dwa razy. Nie mam jednak ochoty na porównania. Nie lubię tego. Wszystkie te filmy żyją swoim własnym życiem. Ludzie, którzy uwielbiali je w latach 80., dalej będą je uwielbiać. Znajdą się też tacy, którym do gustu przypadnie ten film.

Sam, jakie to było uczucie grać u boku Liama Neesona i jak zareagowałeś, kiedy dowiedziałeś się, że zagra twojego ojca?

Sam Worthington: - Byłem onieśmielony (śmiech). To ważna figura. Wiesz, o co chodzi - teraz grasz z ważnymi figurami, więc bierz się w garść, zamknij się i słuchaj. Tyle w tym temacie. A wtedy ważne figury udzielają ci lekcji. Liam gra z ogromnym wdziękiem. To dżentelmen. Na planie jego siła imponuje. Dosłownie, wchodzisz na plan - i rozpoczyna się lekcja. Podpatrujesz jego warsztat, a on udziela ci wskazówek (przy czym liczysz, że zrobi to delikatnie) co do tego, jak ty możesz podejść do konkretnych scen. A tobie pozostaje tylko słuchać. To człowiek, który zagrał w "Rob Royu", a ostatnio w "Uprowadzonej"? W sumie zebrałoby się jakieś sto parę filmów, w których zagrał, prawda? Taki dzieciak, jak ja, może więc tylko słuchać.

materiały dystrybutora

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sam Worthington

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje