Reklama

Reklama

Błyskawicznie przytyć 25 kilogramów

3 kwietnia na DVD pojawi się ostatni film Ridleya Scotta "W sieci kłamstw". Tylko w INTERIA.PL wywiad z odtwórcą głównej roli - Russellem Crowe, który opowiedział, dlaczego zdecydował się na ponowną współpracę w twórcą "Gladiatora", ile kilogramów musiał przytyć do roli Eda Hoffmana oraz od kiedy jego filmowy partner, Leonardo Dicaprio nie jest już prawiczkiem.

Ridley Scott powiedział, że poprosił Cię, abyś do roli Hoffmana przytył 25 kilo. Jak poradziłeś sobie z tym zadaniem?

Russell Crowe: Możesz z pewnością zrozumieć, że mówienie o tym jest dla mnie naprawdę męczące, bo przecież widziałeś, ile razy w ciągu ostatnich 20 lat mój wygląd zmieniał się na potrzeby różnych filmów. Jeżeli to potrzebne, wiadomo, że to zrobię; po prostu to robię, nie jest to jakiś wielki problem. Nie myślę o tym jak o problemie. Nie chcę być za to chwalony. Sądzę, że było to potrzebne dla wykreowania postaci, którą gram. Skoro Ridley wyobraził ją sobie w taki sposób, zrobiłem to, czego sobie zażyczył. Jasne, nie jest to łatwe i przyjemne i wciąż się z tym męczę, wiesz?
Z 88 kg przytyłem do 117 kg, ale dopiero, kiedy wrócę do wagi 85 kg, uznam, że wykonałem w pełni swoje zadanie. Nie będę się jednak spieszył. Nie będę się starał błyskawicznie schudnąć tylko dlatego, że w jakimś czasopiśmie ktoś źle się o mnie wyraził. Takie zadania są częścią mojego zawodu. Wierzę, że np. grając boksera będę w tej roli bardziej realistyczny i wiarygodny dla widzów, jeśli będę wyglądać jak bokser. Nic prostszego.

Reklama

Grany przez Ciebie bohater, Ed Hoffman, musi podejmować wiele trudnych decyzji, ale mimo to prywatnie wydaje się prowadzić całkiem normalne życie, jakby nie miał żadnych zmartwień i dylematów.

Russell Crowe: Ed nie odczuwa na własnej skórze trudności związanych z podejmowanymi przez siebie decyzjami. Jest całkowicie izolowany od związanych z nimi problemów. Znajduje się przecież przy telefonie dziesiątki tysięcy kilometrów dalej.

Czy uważasz, że "W sieci kłamstw" jest filmem politycznym?

Russell Crowe: Nie sądzę, żeby Ridley zdecydował się na poparcie jakiejkolwiek agendy politycznej. Natomiast na pewno udało mu się w tym filmie stworzyć specyficzną atmosferę i wykreować pewien świat - świat szpiegostwa. To świat, w którym żyją szpiedzy, w którym nie ma ani pozytywnych ani negatywnych bohaterów. Ten film opowiada o podstępie, o uwiedzeniu i o opuszczeniu. Tych właśnie tematów, a nie polityki, dotyczy ten film.

Zobacz zwiastun "W sieci kłamstw".

Czy Ridley Scott jest dla Ciebie nie tylko bliskim współpracownikiem, ale też dobrym przyjacielem?

Russell Crowe: Oczywiście. Jednak kiedy pracujemy, nie prowadzimy wspólnego życia towarzyskiego, nie zajmujemy się rozrywkami. Nie potrzebujemy ich. Życiem towarzyskim zajmujemy się tylko wtedy, kiedy nie pracujemy nad filmem. Chodzimy razem na obiady, nasze żony się spotykają, dobrze czujemy się w swoim towarzystwie. Ale kiedy już pracujemy, nie robimy nic innego. Pracujemy 24 godziny na dobę. Kiedy jakaś kwestia wymaga przedyskutowania, dyskutujemy o niej natychmiast. W ten sposób, kiedy zaczynamy pracę na planie, okazuje się, że nie jest konieczne podejmowanie zbyt wielu decyzji, bo większość spraw zdążyliśmy omówić już wcześniej. Kiedy jesteśmy na planie, wszystko zależy od tego, czy będziemy wobec siebie szczerzy, nawet brutalnie szczerzy. Pytamy się nawzajem: czy to jest do niczego? Jeśli jest do niczego, zróbmy to jeszcze raz. Jeśli nie jest całkiem beznadziejne, to może do czegoś dojdziemy. Nic prostszego. Lubimy postępować intuicyjnie, chcemy zachować świeże podejście do filmu i pozwolić filmowi wytworzyć swoją własną wewnętrzną rzeczywistość; w tym wszystkim pomaga nam nasz szybki sposób pracy.

Jak szybko pracujecie?

Russell Crowe: Ridley już dawno temu przekonał się, że jeśli kręci się duży film, to tak naprawdę o wiele bardziej efektywne jest zrobienie tego w 10 tygodni za pomocą 5 kamer, niż kręcenie przez 20 tygodni 2 kamerami. Takie podejście podoba mi się, bo oznacza, że kiedy z Tobą rozmawiam, obaj jesteśmy filmowani i w tym samym czasie kamera rejestruje to, co obydwaj robimy, jedną i drugą stronę, akcję i reakcję. Moim zdaniem to wielki krok naprzód, pokoleniowa zmiana w procesie kręcenia filmów. Ridley całkowicie zmienił ten proces, spowodował, że w czasie tworzenia filmu wszystko robi się na bieżąco. Jako reżyser siedzi przed pięcioma ekranami, pięcioma monitorami - 5 ekip kamerzystów pracuje jednocześnie - i działa jak malarz. Ma swoją paletę; wszystkie możliwe opcje są dla niego dostępne, i jeśli chce gdzieś dodać odrobinę czerwieni - paf! Natychmiast dodaje tę czerwień dokładnie w tym miejscu, gdzie jest to potrzebne. Nie czeka, żeby później obejrzeć i ocenić dany fragment filmu; ocenia go samemu natychmiast, na miejscu. Cały czas pracuje, a nie siedzi i nic nie robi.
A wielu reżyserów tak właśnie postępuje. Siedzi nic nie robiąc, pozwalając, żeby wszystko działo się obok nich i tak naprawdę tworzą film dopiero w czasie postprodukcji. Ridley miał już właściwie większość swojego filmu zmontowaną jeszcze zanim wszedł on do postprodukcji. I wiesz co - mnie osobiście taka metoda pracy po prostu pasuje.

Czy ta metoda wspólnej pracy rozwijała się w miarę upływu czasu?

Russell Crowe: Początkowo, kiedy pracowałem z Ridleyem nad "Gladiatorem", jego metody nie były dla mnie całkowicie zrozumiałe; potem zrobiłem kilka innych filmów i kiedy Ridley zadzwonił do mnie w jakiejś sprawie, nie byłem specjalnie zainteresowany tym, co zamierzał robić. Albo byłem zainteresowany, ale byłem zajęty czymś innym, albo nie miałem ochoty starać się tak zmieniać i dostosowywać mojego kalendarza, aby znaleźć dla niego czas. I kiedy upłynęło już iks czasu, zaczęło być dla nas oczywiste, że teraz już tak naprawdę będzie nam bardzo trudno spotkać się i zacząć znów razem pracować. Dlatego, że po upływie iks czasu niesamowicie wzrosły oczekiwania wobec filmu, który moglibyśmy razem zrobić. Mieliśmy więc wybór - albo spełnić te oczekiwania i postarać się poszukać idealnego sposobu, abyśmy mogli znów razem pracować, albo podjąć prostą decyzję i powiedzieć sobie: "Jesteś typem faceta, z jakim lubię pracować, ja jestem typem faceta, z którym Ty lubisz pracować, Co chciałbyś robić? Po prostu to zróbmy". W rezultacie, [od tego czasu] wspólnie nakręciliśmy filmy "Dobry rok", "American Gangster" i teraz ten, o którym rozmawiamy. I to wszystko dzięki temu, że teraz na propozycję Ridleya odpowiadam 'tak", a dopiero potem staram się znaleźć powody, żeby zrobić dany film.

Jak się czujesz, znowu pracując z Leo [DiCaprio]?

Russell Crowe: Świetnie. Doskonale. Naprawdę dobrze się dogadywaliśmy, kiedy obaj byliśmy trochę młodsi, i czuliśmy się naprawdę fantastycznie, jakbyśmy powrócili do tamtych dawnych czasów w naszym życiu. W filmie "Szybcy i martwi" byliśmy w innej sytuacji - grali tam Sharon Stone i Gene Hackman, była więc grupa wielkich aktorów charakterystycznych, którzy mieli za sobą 20, 30 lat doświadczeń i my dwaj. Teraz obaj cieszymy się wyższym statusem na liście płac, ale wtedy byliśmy w dużym stopniu nowicjuszami, mimo faktu, że ja działałem w showbiznesie odkąd skończyłem sześć lat, a Leo także występował już jako dziecko. Media poświęcają nam obu dużo uwagi i zdajemy sobie sprawę, że mamy już status gwiazd, wiedzieliśmy więc, jakie są oczekiwania wobec nas i jakich pytań możemy się spodziewać. Byliśmy zasadniczo w tej samej sytuacji, dlatego spędzaliśmy ze sobą sporo czasu. Nie mieliśmy tak jak inni dokładnie zaplanowanego kalendarza - chcieliśmy po prostu cieszyć się tym doświadczeniem na tyle, na ile było to możliwe, I tak zrobiliśmy. W przypadku Leo największa zmiana nastąpiła w dwóch kwestiach - teraz może legalnie pić alkohol i nie jest już prawiczkiem (śmiech).

Jeśli o niego chodzi, nic więcej nie zmieniło się przez te wszystkie lata?

Russell Crowe: Wiesz jak dobrze było przekonać się, że rzeczywiście się nie zmienił? Wciąż jest tym samym śmiejącym się dzieciakiem o wielkim sercu. Jest bardzo związany ze swoją rodziną, przyjaciółmi i środowiskiem. Sukces komercyjny i cały wywierany na niego nacisk ani trochę go nie zmieniły, nie zaatakowały sedna jego osobowości, nie zmieniły go gruntownie jako osoby - to wspaniałe. Co zabawne, pomyślałem sobie o tym wszystkim w minutę po tym, jak zaczęliśmy się z czegoś śmiać w czasie naszego pierwszego spotkania po latach, i w jego oczach widziałem, że on pomyślał o tym samym, co ja. Mogę sobie wyobrazić, że czytał sporo na mój temat i na pewno myślał "o rany, ale on się zmienił". A potem spotkaliśmy się i było tak samo, jak dawniej. Jeżeli potrafimy się porozumieć, jeżeli umiemy się śmiać z tych samych rzeczy i jeżeli masz serce we właściwym miejscu, to na pewno jesteś osobą, z która po pierwsze chcę się przyjaźnić, a po drugie, z którą chce pracować.

Jak myślisz, czy fakt, że tyle czasu spędzasz w Australii, pomaga Ci pozostać tą samą osobą, jaką zawsze byłeś?

Russell Crowe: O, na pewno pomaga mi to w jakiś sposób. Jednak myślę, że niezależnie od tego, czy mieszkałbym w Sydney, czy w Syracuse, pozostałbym tą samą osobą, nie miałoby to znaczenia. Myślę, że jest to nam przeznaczone - albo stać się stworzoną przez kogoś innego wersją naszej osoby, albo pozostać na zawsze sobą.

Dziękuję za rozmowę.

Dystrybutorem DVD "W sieci kłamstw" jest Galapagos Films.

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Russell Crowe | W sieci kłamstw

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL