Reklama

Blanka Lipińska o filmie "365 dni": Taczka obłędu

Film "365 dni" na podstawie bestsellera Blanki Lipińskiej wejdzie do kin dopiero 7 lutego, ale już teraz autorka odsłania kulisy tej produkcji. Pisarka nie przypuszczała, że jedną ze scen erotycznych, która w filmie trwa raptem 4 minuty, będzie nagrywana przez 16 godzin.

Blanka Lipińska na konferencji prasowej "365 dni"

Nie przypominam sobie, by w Polsce nakręcono film podobny do "365 dni".

Reklama

Blanka Lipińska: - To jest pierwszy polski film erotyczny. Ale uważam, że zrobiliśmy coś, czego do tej pory nie udało się zrobić w polskim kinie. Również na świecie próżno szukać drugiego filmu, w którym tak wiarygodnie przedstawiony byłby seks. Obraz "Pięćdziesiąt twarzy Greya" miał być pełen pikanterii, tymczasem seksu było w nim tylko trochę. Mam nadzieję, że "365 dni" rozbudzi temperament u dorosłych Polaków, pokaże im, czym jest dzika namiętność.

Co cię najbardziej zaskoczyło podczas kręcenia filmu?

- Czas! Wiesz, jak długo realizowaliśmy 4-minutową scenę erotyczną? 16 godzin! Kręciliśmy ją z osiemnastu różnych ustawień kamery. Można więc sobie wyobrazić, jaką orkę mieliśmy przez dwa miesiące zdjęć i jak wiele osób musiało być zaangażowanych w ten projekt. Produkcja jest taczką obłędu. W pewnym sensie ja byłam sprawczynią tego zamieszania, bo wymyśliłam sobie, że premiera będzie w Walentynki 2020 roku. Podobno przygotowanie scenariusza takiego filmu trwa około rok, a my całą produkcję zrobiliśmy w 10 miesięcy. Teraz film jest w postprodukcji.

Podobno, gdy powstaje ekranizacja książki, której autor wciąż żyje, jest to przekleństwo dla ekipy.

- Na nieszczęście ekipy, jestem żyjącym autorem, co więcej, nie sprzedałam praw do powieści (śmiech). Bardzo dziękuję ekipie za cierpliwość, którą mi okazała. Gdy na plan wchodzi osoba, która nie ma zielonego pojęcia o kręceniu filmów i mówi innym, co mają robić, na przykład próbuje reżyserować sceny erotyczne, to domyślam się, jak musi działać na nerwy ekipie.

Czy podczas zdjęć mieliście zatem jakąś karczemną awanturę?

- Tak! Była to kłótnia o... buty (śmiech). Kozaki są niezwykle istotne, zarówno w moim życiu, jak i w moich powieściach. Zwróciłam uwagę męskiej części ekipy, że kadr jest zły, bo nie widać butów. Oni mówią: "To tylko buty". "Ale jakie buty?! To są kozaki Givenchy, model Shark Lock" - odpowiedziałam . Marzyłam o tych bardzo drogich butach, gdy pisałam powieść i wreszcie je mam. Ekipa nie chciała spełnić mojej prośby, więc obraziłam się i wyszłam z planu. Ale koniec końców te kozaki są w filmie (śmiech).

Fanki twoich powieści umierały z ciekawości, kto wcieli się w rolę Massimo Torricellego. Już wiemy, że przystojnego bossa sycylijskiej rodziny mafijnej zagra Michele Morrone. Jakie były twoje pierwsze odczucia, gdy go poznałaś?

- Kiedy Michele stanął przede mną, miałam gonitwę myśli. Zastanawiałam się nad milionem rzeczy - czy ma odpowiedni wzrost, owłosienie, itd. On był wtedy w okularach przeciwsłonecznych. W pewnym chwili je zdjął, a ja wtedy zamarłam. Świat się na chwilę zatrzymał. Michele zapytał mnie, cytując fragment scenariusza: "Czy zabrakło ci słów, dziewczynko?". Byłam zachwycona.

A jak było z Anną Marią Sieklucką, która wcieliła się w postać Laury Biel?

- Zanim poznałam filmową "Amę", obejrzeliśmy na castingach dziesiątki aktorek. W końcu producent Tomasz Mandes pokazał mi jej zdjęcie i zapytał: "Kogo przypomina ci ta dziewczyna?". "Przecież ona jest podobna do mnie" - pomyślałam. Spytałam, czy będzie na castingu. Usłyszałam, że ekipa walczy o to, by przyszła, ale może nie przyjąć naszego zaproszenia, bo jest aktorką teatralną. A jednak się zgodziła, przyszła i "pozamiatała" konkurencję. Potem trzeba było skonfrontować "Amę" z Michele i zobaczyć, czy jest między nimi chemia.

Jak Anna Maria odnalazła się w duecie z Michele?

- Podczas castingu mieli zagrać scenę kłótni, która kończy się namiętnym seksem. Ona wali go w twarz, on ją łapie, zaczyna całować. Aż spadłam z krzesła... Dosłownie! W tym samym momencie ja i producenci westchnęliśmy: "Mamy to!" Ta dwójka na zawsze stała się dla mnie Laurą i Massimo.

Film wyreżyserowała Barbara Białowąs. Czy zależało ci, by za kamerą stanęła kobieta?

- Tak, to był nasz cel. Chcieliśmy bowiem ująć w filmie także kobiecą wrażliwość. Nie czarujmy się, to jest film, który ciężko będzie zrozumieć mężczyznom. Choć bardzo bym chciała, żeby przynajmniej się postarali. Dzięki Barbarze uświadomiłam sobie, że postać Laury jest o wiele bardziej wielopłaszczyznowa, niż mi się wydawało. Weszliśmy w umysł silnej kobiety sukcesu, która jednak jest niespełniona w życiu prywatnym i bardzo potrzebuje namiętności.

Rozmawiał Andrzej Grabarczuk (PAP Life).


PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Blanka Lipińska | 365 dni (film)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje