Reklama

Reklama

Będzie dużo ostrych scen

- Chciałbym, aby młody widz zobaczył, że ich rówieśnicy również są fajni - kochają się, robią sobie kawały, są śmieszni, a zarazem potrafią rozmawiać i mają ideały - mówi reżyser Robert Gliński. Jego filmowa adaptacja "Kamieni na szaniec" Aleksandra Kamińskiego, skoncentrowana na relacji "Zośki" i "Rudego", trafi do kin 7 marca.

Już w czasie pracy nad filmem twórca zapowiadał, że jego bohaterowie nie będą "pomnikowi". "Spiżowi bohaterowie byliby niewiarygodni. Nie ma ludzi ze spiżu. Widz zobaczy fajnych chłopców, którzy mają bardzo różne cechy i rozwiniętą zdolność analizy własnej osobowości" - opowiadał Gliński.

Premiera "Kamieni na szaniec" odbędzie się 7 marca, a już pojawiają się zarzuty odnośnie "wiarygodności historycznej filmu". Co na to reżyser? Gliński przyznał, że takie informacje docierają do niego. Na przykład profesor historyczny prof. Grzegorz Nowik wycofał się ze współpracy z twórcami filmu. "Profesor Nowik miał zastrzeżenia co do rozwiązań niektórych scen. Mówił, że są niewiarygodne w warunkach konspiracyjnych. Ostatecznie profesor powiedział, że mimo całego szacunku dla filmu musi się wycofać" - wspomniał reżyser w rozmowie z PAP.

Reklama

Robert Gliński film "Kamienie na szaniec" zadedykował swojej mamie, która należała do Szarych Szeregów. Mama reżysera, Marta Alicja, była sanitariuszką w Batalionie "Zośka" i brała udział w Powstaniu Warszawskim.

O pracy nad filmem "Kamienie na szaniec" opowiada Robert Gliński.

Jakie przesłanie dla młodych ludzi mogą zawierać "Kamienie na szaniec"?

- Osobiście lubię mówić o magnesie, który przyciągnie młodych do filmu, ponieważ młodzież odrzuca wszystko to, co im się wciska na siłę. Ja chciałbym, aby młody widz zobaczył, że ich rówieśnicy również są fajni - kochają się, robią sobie kawały, są śmieszni, a zarazem potrafią rozmawiać i mają ideały. Takie słowa jak, "przyjaźń" czy "patriotyzm" to nie puste wartości, ale coś prawdziwego i autentycznego, ponieważ sprawdza się w działaniu. Chciałbym, aby młody widz pomyślał sobie: "Dlaczego moje życie nie mogłoby być równie fajne?".

Jaką historię próbuje pan opowiedzieć w filmie?

- "Kamienie na szaniec" to przede wszystkim film o młodym pokoleniu, które podczas okupacji przeżywa okres próby, ponieważ musi walczyć i zdecydować, czy wyjść na ulicę czy nie. Są to harcerze, Szare Szeregi, chłopcy którzy w 1939 roku zrobili maturę i chcieli studiować. Chcieli normalnie żyć, kochać się, pracować uczyć się, ale nagle okazało się, że los wyznaczył im zupełnie inną rolę.

- Historia zmusza ich do tego, aby szli na śmierć po kolei, jak "kamienie przez Boga rzucane na szaniec". Tak napisał Słowacki w swoim wierszu, który był pewnym hymnem harcerzy dyskutujących i rozważających różne strony medalu. Chłopcy zastanawiali się - podjąć walkę czy nie, czy zginąć, uczyć się dalej, schować i przeżyć po to, aby tworzyć wspaniały kraj po wojnie, czy iść na barykady i prawdopodobnie zginąć.

- To jest fantastyczne w tym pokoleniu, że ci ludzie o tym rozmawiali. To nie były decyzje przyjęte arbitralnie - z góry, czy narzucone przez dowódców. Te wybory rodziły się wśród nich i zapadały przy pomocy rozmów, dyskusji. To odróżnia bardzo to pokolenie od innych uczestników wydarzeń wojennych.

Dlaczego wybrał pan akurat Marcela Sabata, Tomasza Ziętka i Kamila Szeptyckiego do głównych ról filmu?

- Po pierwsze Zośka i Marcel mają pewną tajemnicę. My nie do końca wiemy, co Marcel myśli pod spodem. To ważne, że aktor, który gra główną postać ma w sobie coś więcej, niż tylko to, że staje przed kamerą i gra. W przypadku Marcela jest to naddatek nad tym, że dobrze odgrywa swoją postać. Myślę, że sam go jeszcze do końca nie rozgryzłem do tej pory.

- Z kolei Tomek Ziętek, który gra Rudego to taki polski James Dean - młody i sympatyczny chłopak. Historia jego bohatera jest taka, że najpierw musimy go poznać, zobaczyć, że jest fajny, aby następnie zacząć go żałować, kiedy wpadnie w ręce Gestapo. Czujemy wtedy żal. Postać Rudego jest więc niezwykle podoba do osoby Tomka.

- Kamil jest aktorem dosyć młodym, jeszcze nie ma tak daleko posuniętego warsztatu, ale ma pewnego rodzaju żarliwość i młodzieńczą naiwność. Taka była również postać "Alka", chłopca niezwykle radosnego.


Jak więc przygotowywał pan swoich aktorów do wejścia na plan?

- Przed samym filmem zawsze pracuję nad tekstem i scenami. Również tym razem spotykaliśmy się z aktorami i jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć próbowaliśmy wszystkie sceny dialogowe zagrać wspólnie. Szczególnie pamiętam próby, które przeprowadzaliśmy z aktorami z Niemiec oraz Tomkiem Ziętkiem. Była to scena jednego z przesłuchań w siedzibie Gestapo, podczas którego Rudy wisi podwieszony liną do sufitu, z nogami do góry. Właśnie taką próbę przeprowadziliśmy przed rozpoczęciem zdjęć. Tomek wisiał na balkonie, gdzie przyczepiliśmy sznur.

Opowiadał pan również, że zabrał aktorów na Powązki, aby pokazać im groby swoich postaci...

- Tak, akurat 1 sierpnia groby Zośki są licznie odwiedzane. Ja sam często chodziłem tam z mamą, która opowiadała mi o tamtych ludziach. Mówiła na przykład: "tu leży Baśka, której pożyczyłam buty, a następnego dnia zabili ją okupanci". Znałem tamte alejki i zaproponowałem wizytę aktorom. Kamil Szeptycki, który gra "Alka" rzeczywiście stanął nad "swoim" grobem i się rozpłakał. Bardzo się wzruszył. Chłopcy niezwykle utożsamili się ze swoimi postaciami. Było to bardzo ważne dla filmu, ponieważ poczuli, że grają prawdę.

Jaki będzie film w sensie warsztatowym?

- Przez to, że wyodrębniliśmy trzy rozdziały filmu, to będzie miał on nieco inną konwencję. Opowieść o historii wymaga bardzo żywego języka, dlatego próba przedstawienia jej w spójnej stylistyce stworzyłaby staroświecki gniot. Tu należało zastosować zmienną, żywą stylistykę. Będzie dużo ostrych i dynamicznych scen stworzonych z krótkich ujęć. Oczywiście będą również długie i spokojne ujęcia inscenizowane klasycznie. Będzie to podyktowane pewną temperaturą. Staraliśmy się stworzyć film dynamiczny w środkach wyrazu.

Jak układała się panu współpraca z Pawłem Edelemanem?

- Paweł Edelman jest fantastycznym operatorem i ma jedną cechę, którą szczególnie podkreśla Andrzej Wajda. Paweł jest operatorem, który im mniej ma czasu na zrobienie scen, tym lepsze zdjęcia robi. Niestety współczesne wymogi produkcyjne są takie, że scenę trzeba przygotować w jak najkrótszym czasie. Paweł ma w sobie coś takiego, że wie od razu co chce, dlatego pracuje bardzo szybko. Na planie wszystko ustawia w błyskawicznym tempie. Dla mnie zaskoczeniem było to, że plan, światło i kamery było gotowe, a aktorzy jeszcze guzdrali się z kostiumem czy charakteryzacją. Z drugiej strony Paweł jest w stanie podjąć odważną decyzję. Jest bardzo elastyczny w sposobie realizacji zdjęć na planie.

Czy Paweł Edelman znalazł również czas na preprodukcję?

- W zasadzie wszystkie sceny wcześniej omówiliśmy i rozrysowaliśmy. Byliśmy przygotowani w stu procentach do każdego dnia zdjęciowego. Już wiedzieliśmy, gdzie będzie stać kamera, jaki chcemy osiągnąć efekt i co jest ważne w scenie. Oczywiście, jeżeli coś rodziło się z aktorów i sceny, to zmienialiśmy lekko koncepcję. Paweł jest fantastyczny, ponieważ jest partnerem dla reżysera i aktorów.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Wywiad na podstawie materiałów dystrybutora. Jak film ocenią widzowie, dowiemy się 7 marca. Zapraszamy do kina.


Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje