Reklama

Bartosz Kruhlik: Wiem, po co robię filmy

Pierwszy scenariusz "Supernovej" Bartosz Kruhlik napisał w 2014 roku

Jak przebiegał casting do filmu? Od początku byłeś zdecydowany, by obsadzić w nim wyłącznie nieopatrzonych aktorów?

Reklama

- To nie jest tak, że ja nie cenię sobie aktorów, którzy są bardziej doświadczeni i mają większe portfolio. Ten rodzaj obsady - to znaczy aktorzy, którzy być może są odkryciem dla polskiego widza - ma kilka przyczyn. Pierwszą jest mnogość postaci w filmie. Wszystkie musiały być równe. Nie wyobrażałem sobie, że jako policjanta albo polityka obsadzę bardzo znanego aktora, a cała reszta to będą naturszczycy, aktorzy półprofesjonalni lub profesjonalni, ale nieograni. To musiał być film absolutnie równy, bo bohaterów jest strasznie dużo. Byłoby z mojej strony - jako twórcy i reżysera - nieuczciwe, gdybym wyróżniał jakąś postać taką decyzją.

- Po drugie, dla mnie jako osoby, która ma tę historię ulepić swoimi rękoma, sercem, głową i tak dalej, jest bardzo ważne, żebym sam był ciekawy, co inna osoba ma mi do zaoferowania. Nie chciałem znać jej na pamięć z innych ról albo nie mieć na nią pomysłu, bo to znany aktor i on zawsze będzie swoją twarzą. To mnie siłą rzeczy inspirowało, bo nie znałem wcześniej tych aktorów. Widziałem jakieś pojedyncze nagrania w internecie. Cały casting zrobiłem sam. Trwało to kilka ładnych miesięcy. Na początku "przeguglowałem" cały internet, wszystkie teatry i zespoły aktorskie, jakie są w ogóle w tym kraju. Plus miałem jakieś mgliste wspomnienia z przedstawień, na które chodziłem i z filmów, które widziałem - i ktoś mi tam mignął na trzecim planie, a ja go zapamiętałem. Drugi etap to intensywne próby z bardzo zawężonym gronem. Do każdej postaci miałem dwie, góra trzy osoby. Parowałem ich i sprawdzałem, jak można ciekawie ustawić te relacje i wykorzystać ich prywatną energię.

Przez większość czasu na ekranie masz kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu aktorów. Czy było to dla ciebie wyzwanie jako dla reżysera? Jak opanowałeś tak wielką grupę?

- Jak widać, warto bardzo dobrze przygotować się do zdjęć. Tutaj ukłony dla operatora Michała Dymka, z którym zrobiłem ten film bardzo partnersko. Na każdym etapie był dla mnie dużym wsparciem. Pierwszy etap, żeby ten tekst przełożyć na podstawową formę, powstał na resorakach i ludzikach. Zrobiliśmy sobie naszą drogę w odpowiedniej skali, żeby zobaczyć, czy to w ogóle działa. Później wszedł etap tabelki. Tekst był już zamknięty, próby aktorskie za nami i trzeba było robić tak zwaną "kalendarzówkę". Podejrzewam, że to nie jest odkrycie Ameryki, tylko jeśli ktoś ma projekt z tyloma osobami, to właśnie tak pracuje. Podzieliliśmy sobie te nasze 200 metrów planu - bo na tylu mniej więcej rozgrywa się ta historia - i nazwaliśmy to sobie strefa A, B i C. Mając tę naszą bazę, dokładaliśmy kolejne klocki. Ile samochodów stoi w tej scenie, a ile w tej? Kto przeszedł na drugą stronę taśmy? I tak dalej. To była nasza latarnia morska, której używaliśmy, kiedy pojawiało się jakieś zwątpienie "co tu ma być", "kto gdzie stoi", "jak to było wcześniej" - bo przecież nie kręciliśmy tego filmu chronologicznie.

- Czasami trzeba było wiedzieć, że szesnaście scen później trzy samochody muszą dojść albo ta postać już tam nie stała. Było to trochę karkołomne, matematyczne, ale sprawiło, że na planie wszyscy czuli się pewnie. Nie było chaosu. Nawet jak musieliśmy zdecydować na gorąco, bo zaczęło padać albo słońce zaszło i trzeba było szybko wszystko przemeblować, to mieliśmy tę naszą książeczkę i wiedzieliśmy, na co możemy sobie pozwolić. Tej sceny nie nakręcimy dzisiaj, bo brakuje statystów, którzy nie mają dnia zdjęciowego. Ale możemy zrobić inną - przełożyliśmy gotowy klocek. Mieliśmy wszystko gotowe, tylko kręciliśmy inną scenę. Myślę, że takie solidne przygotowanie uchroniło nas przed katastrofą.

Dowiedz się więcej na temat: Bartosz Kruhlik | Supernova (film)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje