Reklama

Bartosz Kruhlik: Wiem, po co robię filmy

"Moim celem było zrobić film, który mnie samego zaskoczy, zmieni twórczo. Chcę naprawdę czuć, że zrobiliśmy coś cennego" - mówi Bartosz Kruhlik, twórca "Supernovej", nagrodzonej na tegorocznym FPFF w Gdyni za najlepszy reżyserski debiut.

Pierwszy scenariusz "Supernovej" Bartosz Kruhlik napisał w 2014 roku

Jakub Izdebski, Interia: Twój film miał dosyć krętą drogę do konkursu głównego festiwalu w Gdyni. Po swoich pierwszych pokazach "Supernova" zebrała bardzo dobre oceny.

Reklama

Bartosz Kruhlik: - To ostatnie jest oczywiście zaskakujące, ale bardzo przyjemne. Razem z ekipą, producentami i dystrybutorem wiedzieliśmy, że zrobiliśmy film dobry. Tyle że my byliśmy zaangażowani w ten projekt od roku, znamy na wylot tę historię, więc to słowo "dobry" było dla nas potwierdzeniem naszej ciężkiej pracy i tego, że w tej historii działają pewne elementy. Jednak zupełnie nie wiedzieliśmy, jak ten film oddziałuje na zwykłych widzów, którzy nie byli zaangażowani w produkcję. To, co dzieje się teraz wokół naszej premiery, jest bardzo ciekawą obserwacją dla mnie jako twórcy. Potwierdzającą, że pokazanie ekipie filmu wcześniej i spytanie o ich opinię, jest dla mnie wyznacznikiem odbioru wśród zwykłych ludzi.

Jakie emocje towarzyszą ci po zaprezentowaniu swojego filmu szerokiej publiczności?

- Czuję się fantastycznie, bo skończyliśmy postprodukcję filmu w marcu. Czyli czekałem aż sześć miesięcy, aż moje "dziecko" ujrzy światło dzienne. To jest tragedia dla reżysera, bo wiadomo - jak tylko skończymy film, to chcemy, żeby poszedł w świat i żył swoim życiem. Taka jest jego rola. Czekaliśmy długo na tę premierę, ale może to i dobrze, bo obsada nie widziała go wcześniej. Miała zakaz ode mnie. I do wczoraj mnie nienawidzili, a od wczoraj mi dziękują, że naprawdę było warto przeżyć te pierwsze świeże emocje tutaj, z publicznością. Być w podwójnej roli: widza i aktora. Także jestem przeszczęśliwy. Mam nadzieję, że w końcu ruszę z kopyta z drugim filmem, bo trochę nie mogłem się skupić, zanim nie mieliśmy tej premiery.

"Supernova" znalazła się wśród czterech filmów zarekomendowanych przez Zespół Selekcyjny i początkowo pominiętych przez Komitet Organizacyjny w Konkursie Głównym festiwalu. Czy docierały do ciebie wyrazy wsparcia od środowiska filmowego?

- Oczywiście, docierały sygnały wsparcia od koleżanek i kolegów filmowców. Myślę, że wszyscy znaleźliśmy się w przykrej sytuacji. Nie ma co ukrywać, środowisko filmowe jest dosyć małe. Wszyscy się znają, nawet jeśli nie osobiście, to jako postaci w tym środowisku. Wydawało mi się, że ktoś - może z przypadku, może trochę celowo - próbuje skłócić bliższą i dalszą "rodzinę". Że mogą z tego powstać jakieś zupełnie niepotrzebne nieporozumienia. Przez trzy czy cztery dni byłem reżyserem filmu niezakwalifikowanego, a nagle stałem się reżyserem filmu odrzuconego. Zostałem więc siłą rzeczy wepchnięty w tę całą sytuację. Oczywiście cieszę się, że byłem na festiwalu. Chciałbym, żeby wszystkie debiuty, które się nie dostały, były tam. Przykro mi, że przestrzeń dla nich jest tak mała. Często są one ciekawsze od filmów wysokobudżetowych.

- Cieszę się, że ostatecznie byliśmy w konkursie, bo ten film zrobiła wspaniała ekipa i jest to nasz wspólny sukces. Sam nie wiedziałem za bardzo. jak zachować się jako jeden z naznaczonych tytułów. Czy będzie to jakoś oceniane przed premierą, czy pomoże, czy przeszkodzi, czy w ogóle myśleć takimi kategoriami, czy zrezygnować z tej selekcji? Na szczęście finał był taki, że środowisko nie dało się skłócić. To bardzo cenne, bo będziemy mijać się przez całe życie zawodowe i spotykać się przy najróżniejszych okazjach. Byłoby najgorszą rzeczą, gdyby powstały jakieś obozy i podziały, które są kompletnie niepotrzebne i niczemu niesłużące. To, co się stało, to jest taki średni happy end. Tak bym to nazwał.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Bartosz Kruhlik | Supernova (film)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje