Reklama

Reklama

Bartosz Kruhlik: Wiem, po co robię filmy

"Moim celem było zrobić film, który mnie samego zaskoczy, zmieni twórczo. Chcę naprawdę czuć, że zrobiliśmy coś cennego" - mówi Bartosz Kruhlik, twórca "Supernovej", nagrodzonej na tegorocznym FPFF w Gdyni za najlepszy reżyserski debiut.

"Moim celem było zrobić film, który mnie samego zaskoczy, zmieni twórczo. Chcę naprawdę czuć, że zrobiliśmy coś cennego" - mówi Bartosz Kruhlik, twórca "Supernovej", nagrodzonej na tegorocznym FPFF w Gdyni za najlepszy reżyserski debiut.
Pierwszy scenariusz "Supernovej" Bartosz Kruhlik napisał w 2014 roku /Krzysztof Mystkowski/KFP /Reporter

Jakub Izdebski, Interia: Twój film miał dosyć krętą drogę do konkursu głównego festiwalu w Gdyni. Po swoich pierwszych pokazach "Supernova" zebrała bardzo dobre oceny.

Bartosz Kruhlik: - To ostatnie jest oczywiście zaskakujące, ale bardzo przyjemne. Razem z ekipą, producentami i dystrybutorem wiedzieliśmy, że zrobiliśmy film dobry. Tyle że my byliśmy zaangażowani w ten projekt od roku, znamy na wylot tę historię, więc to słowo "dobry" było dla nas potwierdzeniem naszej ciężkiej pracy i tego, że w tej historii działają pewne elementy. Jednak zupełnie nie wiedzieliśmy, jak ten film oddziałuje na zwykłych widzów, którzy nie byli zaangażowani w produkcję. To, co dzieje się teraz wokół naszej premiery, jest bardzo ciekawą obserwacją dla mnie jako twórcy. Potwierdzającą, że pokazanie ekipie filmu wcześniej i spytanie o ich opinię, jest dla mnie wyznacznikiem odbioru wśród zwykłych ludzi.

Reklama

Jakie emocje towarzyszą ci po zaprezentowaniu swojego filmu szerokiej publiczności?

- Czuję się fantastycznie, bo skończyliśmy postprodukcję filmu w marcu. Czyli czekałem aż sześć miesięcy, aż moje "dziecko" ujrzy światło dzienne. To jest tragedia dla reżysera, bo wiadomo - jak tylko skończymy film, to chcemy, żeby poszedł w świat i żył swoim życiem. Taka jest jego rola. Czekaliśmy długo na tę premierę, ale może to i dobrze, bo obsada nie widziała go wcześniej. Miała zakaz ode mnie. I do wczoraj mnie nienawidzili, a od wczoraj mi dziękują, że naprawdę było warto przeżyć te pierwsze świeże emocje tutaj, z publicznością. Być w podwójnej roli: widza i aktora. Także jestem przeszczęśliwy. Mam nadzieję, że w końcu ruszę z kopyta z drugim filmem, bo trochę nie mogłem się skupić, zanim nie mieliśmy tej premiery.

"Supernova" znalazła się wśród czterech filmów zarekomendowanych przez Zespół Selekcyjny i początkowo pominiętych przez Komitet Organizacyjny w Konkursie Głównym festiwalu. Czy docierały do ciebie wyrazy wsparcia od środowiska filmowego?

- Oczywiście, docierały sygnały wsparcia od koleżanek i kolegów filmowców. Myślę, że wszyscy znaleźliśmy się w przykrej sytuacji. Nie ma co ukrywać, środowisko filmowe jest dosyć małe. Wszyscy się znają, nawet jeśli nie osobiście, to jako postaci w tym środowisku. Wydawało mi się, że ktoś - może z przypadku, może trochę celowo - próbuje skłócić bliższą i dalszą "rodzinę". Że mogą z tego powstać jakieś zupełnie niepotrzebne nieporozumienia. Przez trzy czy cztery dni byłem reżyserem filmu niezakwalifikowanego, a nagle stałem się reżyserem filmu odrzuconego. Zostałem więc siłą rzeczy wepchnięty w tę całą sytuację. Oczywiście cieszę się, że byłem na festiwalu. Chciałbym, żeby wszystkie debiuty, które się nie dostały, były tam. Przykro mi, że przestrzeń dla nich jest tak mała. Często są one ciekawsze od filmów wysokobudżetowych.

- Cieszę się, że ostatecznie byliśmy w konkursie, bo ten film zrobiła wspaniała ekipa i jest to nasz wspólny sukces. Sam nie wiedziałem za bardzo. jak zachować się jako jeden z naznaczonych tytułów. Czy będzie to jakoś oceniane przed premierą, czy pomoże, czy przeszkodzi, czy w ogóle myśleć takimi kategoriami, czy zrezygnować z tej selekcji? Na szczęście finał był taki, że środowisko nie dało się skłócić. To bardzo cenne, bo będziemy mijać się przez całe życie zawodowe i spotykać się przy najróżniejszych okazjach. Byłoby najgorszą rzeczą, gdyby powstały jakieś obozy i podziały, które są kompletnie niepotrzebne i niczemu niesłużące. To, co się stało, to jest taki średni happy end. Tak bym to nazwał.


Opowiedziana przez ciebie historia obejmuje kilka przeplatających się ze sobą wątków i kilkanaście postaci. Co zainspirowało cię do napisania tej fabuły?

- Zalążkiem powstania tego filmu był tragiczny wypadek drogowy. Mamy ich w naszym kraju bardzo dużo, ale ten był wyjątkowy. Nie będę przytaczał nazwy miejscowości, bo nie o to chodzi. Inspiracją była sama tragedia. Osoba, która była pod wpływem środków odurzających, w sekundę zmiotła z powierzchni ziemi sześć osób. Media bardzo długo zajmowały się tą sprawą, codziennie wrzucając kolejne wiadomości i zdjęcia z miejsca wypadku. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Bardzo długo i intensywnie myślałem o tej sytuacji. Próbowałem postawić się w miejscu osoby, która była tego świadkiem. Idą dwie rodziny i w sekundę ich nie ma. Zacząłem szukać w tym znaczeń - przeznaczenia, przypadku, nitek losu, które się spinają i nagle rozpinają. Sam fakt, że to jest tak bardzo uniwersalne - to też mnie stymulowało jako twórcę.

- Nie potrafię zabrać się za temat, jeśli nie jest on zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną. Inaczej nie interesuje mnie on jako opowieść na ekranie. Muszę rozumieć go najpierw emocjami, a dopiero później mogę osadzić go w kontekście. Przez uniwersalność tego wypadku drogowego byłem totalnie pewny, że to jest bardzo dobre miejsce, by zbudować wokół tego historię. Bo to jest rzecz, która może przydarzyć się tobie, mi i każdemu jutro, dzisiaj, za pięć minut albo nigdy. To jest coś zupełnie... "Normalnego" to złe słowo... "Surrealistyczne" jest dopiero wtedy, gdy dzieje się to nam lub naszym bliskim. A "normalne", gdy słyszymy o tym w radiu.

Jak ewoluował twój scenariusz?

- Po tym tragicznym wypadku - to był noworoczny poranek - zacząłem pisać. To był 2014 rok. Stworzyłem trzydziestominutową wersję, która miała być moim szkolnym łódzkim dyplomem. Nie udało się, na szczęście. Myślę, że w realiach szkolnych projekt nie spiąłby się budżetowo. Nie działałby też czasowo. Teraz nie wyobrażam sobie tej historii ściętej do 30 minut. Myślę, że straciłyby wtedy wszystkie wątki i psychologia postaci. Scenariusz odłożyłem do szuflady i nie zakładałem, że kiedyś do niego wrócę.

- Jednak Studio Munka w 2017 roku otworzyło program 60 minut. Zaproponowałem Jerzemu Kapuścińskiemu, że przepiszę ten scenariusz na dłuższą formę i go tam złożę. Tutaj miałem bardzo fajne wsparcie mentalne ze strony Jerzego i pani Ewy Jastrzębskiej, producentki. Bardzo kibicowali temu pomysłowi. Udało się, razem z drugim projektem zostaliśmy wybrani do realizacji. No i taka jest historia. Ten tekst odleżał ładnych... Nie wiem, trzy, cztery lata - i może dzięki temu nabrałem dystansu do całej tej historii. Mogłem dopracować niektóre wątki od strony psychologicznej. Z postaciami póki co na papierze, jeszcze nie z aktorami. W wersji trzydziestominutowej bohaterowie byli bardziej płascy. Brakowało też ważnych wątków, na przykład kim jest postać policjanta dla mieszkańca wsi.

Jak przebiegał casting do filmu? Od początku byłeś zdecydowany, by obsadzić w nim wyłącznie nieopatrzonych aktorów?

- To nie jest tak, że ja nie cenię sobie aktorów, którzy są bardziej doświadczeni i mają większe portfolio. Ten rodzaj obsady - to znaczy aktorzy, którzy być może są odkryciem dla polskiego widza - ma kilka przyczyn. Pierwszą jest mnogość postaci w filmie. Wszystkie musiały być równe. Nie wyobrażałem sobie, że jako policjanta albo polityka obsadzę bardzo znanego aktora, a cała reszta to będą naturszczycy, aktorzy półprofesjonalni lub profesjonalni, ale nieograni. To musiał być film absolutnie równy, bo bohaterów jest strasznie dużo. Byłoby z mojej strony - jako twórcy i reżysera - nieuczciwe, gdybym wyróżniał jakąś postać taką decyzją.

- Po drugie, dla mnie jako osoby, która ma tę historię ulepić swoimi rękoma, sercem, głową i tak dalej, jest bardzo ważne, żebym sam był ciekawy, co inna osoba ma mi do zaoferowania. Nie chciałem znać jej na pamięć z innych ról albo nie mieć na nią pomysłu, bo to znany aktor i on zawsze będzie swoją twarzą. To mnie siłą rzeczy inspirowało, bo nie znałem wcześniej tych aktorów. Widziałem jakieś pojedyncze nagrania w internecie. Cały casting zrobiłem sam. Trwało to kilka ładnych miesięcy. Na początku "przeguglowałem" cały internet, wszystkie teatry i zespoły aktorskie, jakie są w ogóle w tym kraju. Plus miałem jakieś mgliste wspomnienia z przedstawień, na które chodziłem i z filmów, które widziałem - i ktoś mi tam mignął na trzecim planie, a ja go zapamiętałem. Drugi etap to intensywne próby z bardzo zawężonym gronem. Do każdej postaci miałem dwie, góra trzy osoby. Parowałem ich i sprawdzałem, jak można ciekawie ustawić te relacje i wykorzystać ich prywatną energię.

Przez większość czasu na ekranie masz kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu aktorów. Czy było to dla ciebie wyzwanie jako dla reżysera? Jak opanowałeś tak wielką grupę?

- Jak widać, warto bardzo dobrze przygotować się do zdjęć. Tutaj ukłony dla operatora Michała Dymka, z którym zrobiłem ten film bardzo partnersko. Na każdym etapie był dla mnie dużym wsparciem. Pierwszy etap, żeby ten tekst przełożyć na podstawową formę, powstał na resorakach i ludzikach. Zrobiliśmy sobie naszą drogę w odpowiedniej skali, żeby zobaczyć, czy to w ogóle działa. Później wszedł etap tabelki. Tekst był już zamknięty, próby aktorskie za nami i trzeba było robić tak zwaną "kalendarzówkę". Podejrzewam, że to nie jest odkrycie Ameryki, tylko jeśli ktoś ma projekt z tyloma osobami, to właśnie tak pracuje. Podzieliliśmy sobie te nasze 200 metrów planu - bo na tylu mniej więcej rozgrywa się ta historia - i nazwaliśmy to sobie strefa A, B i C. Mając tę naszą bazę, dokładaliśmy kolejne klocki. Ile samochodów stoi w tej scenie, a ile w tej? Kto przeszedł na drugą stronę taśmy? I tak dalej. To była nasza latarnia morska, której używaliśmy, kiedy pojawiało się jakieś zwątpienie "co tu ma być", "kto gdzie stoi", "jak to było wcześniej" - bo przecież nie kręciliśmy tego filmu chronologicznie.

- Czasami trzeba było wiedzieć, że szesnaście scen później trzy samochody muszą dojść albo ta postać już tam nie stała. Było to trochę karkołomne, matematyczne, ale sprawiło, że na planie wszyscy czuli się pewnie. Nie było chaosu. Nawet jak musieliśmy zdecydować na gorąco, bo zaczęło padać albo słońce zaszło i trzeba było szybko wszystko przemeblować, to mieliśmy tę naszą książeczkę i wiedzieliśmy, na co możemy sobie pozwolić. Tej sceny nie nakręcimy dzisiaj, bo brakuje statystów, którzy nie mają dnia zdjęciowego. Ale możemy zrobić inną - przełożyliśmy gotowy klocek. Mieliśmy wszystko gotowe, tylko kręciliśmy inną scenę. Myślę, że takie solidne przygotowanie uchroniło nas przed katastrofą.

Chociaż w twoim filmie pojawia się postać polityka, nie identyfikujesz go z konkretną opcją. Nie boisz się, że twój film może jednak zostać wplątany w interpretacje polityczne?

- Szczerze mówiąc, mam to kompletnie gdzieś. Wiem, po co robię filmy. Napisałem ten scenariusz w 2014 roku. To, że teraz w jakimś sensie zazębia się z rzeczywistością, może sprawić tylko, że więcej ludzi go obejrzy - co dla mnie jako twórcy jest dobrą wiadomością. Natomiast nigdy nie przyświecają mi cele, które nie są artystyczne. Mnie interesuje tylko to, żeby zrobić jak najlepszą historię. Dla mnie ten polityk jest w pewnym sensie archetypem takiego... Nie chodzi mi o to, że każdy jest taki, ale archetypem tego "złego ponad prawem". I to może być polityk z Litwy, z Chin, ze Stanów Zjednoczonych, z Polski. To, że to się jakoś dziwnie zazębiło, wynosi "Supernovę" - znowu, nie wiem, czy przypadkiem, czy przeznaczeniem - do innych interpretacji. Jeśli za 15 lat ktoś obejrzy ten film po raz pierwszy, to nie będzie tego tak czytał. Moim celem było zrobić film, który mnie samego zaskoczy, zmieni twórczo. Chcę naprawdę czuć, że zrobiliśmy coś cennego. A cała reszta - konteksty, polityka - w ogóle mnie to nie interesuje.

Wspomniałeś, że pracujesz już nad nowym filmem. Zdradzisz coś na jego temat?

- Mogę zdradzić tyle, że formalnie to będzie "Supernova 2", bo znów umieszczam kilkadziesiąt osób w jednym miejscu, czasie i akcji. Tylko tym razem przenoszę sytuację z drogi do budynku. I nic więcej nie powiem.



INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Bartosz Kruhlik | Supernova (film)

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy