Reklama

Bartosz Chajdecki: Nowa seria "Czasu honoru" będzie wyjątkowa

Prace na planie nowej serii "Czasu honoru" idą pełną parą. "Mówiąc Powstanie Warszawskie, myślę: młodość, energia, radość, wolność, marzenia. Dlatego muzyka ma oddać tę energię i siłę, i namiętność, które stały u podstaw wybuchu powstania" - tak o powstającej muzyce do serii "Czas honoru - Powstanie" mówi jej kompozytor Bartosz Chajdecki.

"Serial ewoluuje, dość mocno się zmienia. Ta nowa seria w ogóle będzie wyjątkowa" - zdradza Chajdecki. "Będzie bardziej kameralnie, będzie mocno zmieniony aranż utworów. Niektóre utwory, znane już z poprzednich serii wrócą, ale w zupełnie nowym wydaniu" - zapowiada.

Reklama

Zapraszamy na rozmowę z Bartoszem Chajdeckim. Wywiad z kompozytorem dla radia RMF FM przeprowadziła Maja Dutkiewicz.

Maja Dutkiewicz: Czy ojciec muzyki do "Czasu honoru" nadal kocha swoje utytułowane i wielokrotnie nagradzane dziecko?

Bartosz Chajdecki: - Myślę, że to jest dokładnie tak jak z dziećmi, że to jest miłość, ale trudna czasem. Oczywiście to jest nadal jedno z moich największych osiągnięć zawodowych i to jest fantastyczne. Jednak jest to też przekleństwo, bo cały czas człowiek próbuje się troszeczkę od tej jednej rzeczy, z którą jest kojarzony, odseparować, oderwać. Siłą rzeczy jest tak, że faktycznie do każdego sezonu powstaje partia nowej muzyki, w związku z tym, że ten serial też ewoluuje, dość mocno się zmienia. Ta nowa seria w ogóle będzie wyjątkowa.

Nowa, siódma już seria, dotyczy Powstania Warszawskiego, w obrazie zobaczymy pot, krew i łzy, a jakie zmiany zajdą w muzyce, czy będzie tam miejsce na liryzm, czy tylko na patetyczną nutę?

- Wręcz przeciwnie. My idziemy dokładnie w odwrotną stronę. Mówiąc "Powstanie Warszawskie", myślę: młodość, energia, radość, wolność, marzenia - to są takie hasła, którymi się posługujemy. Przecież ci ludzie idąc do powstania, nie wiedzieli, jak ono się skończy. Gdyby ktokolwiek to wiedział, to powstania by najprawdopodobniej nie było. Dlatego muzyka ma oddać tę energię i siłę, i namiętność, które stały u podstaw wybuchu powstania. Absolutnie jak najdalej od smutku. Będzie bardziej kameralnie, będzie inaczej, będzie mocno zmieniony aranż utworów. Niektóre utwory, znane już z poprzednich serii wrócą, ale w zupełnie nowym wydaniu. Będzie przede wszystkie - energia, szybkość, ale z drugiej strony będzie też pewny rodzaj intymności.

Sytuacja, w której został pan kompozytorem muzyki do tego serialu jest niezwykła. Prawdę mówiąc, przypomina trochę amerykański film akcji, bo wszystko bardzo szybko się potoczyło. Czy może pan opowiedzieć naszym słuchaczom, jak do tego doszło?

- Wiadomo, że to działo się już wiele lat temu, więc spowija to trochę mgła niepamięci. Tak naprawdę zrządzeniem losu płyta z moją muzyką znalazła się w samochodzie producenta serialu Maciej Kwiecińskiego, który jadąc z planu swojego filmu po prostu odruchowo włączył tę płytę. Na tyle mu się spodobała, że Monika Lang z Akson Studio zadzwoniła do mnie i zaproponowała mi wzięcie udziału w konkursie na muzykę do tego serialu. To już było faktycznie trochę późno, bo ten konkurs to już był nawet trochę rozstrzygnięty, a jakby wrócono do niego. Dzięki temu miałem tydzień na to, by przygotować i oddać materiał. To była absolutnie szalona historia. W ciągu tygodnia zrobiłem muzykę do sześciu takich większych scen, które mi dano. Ciekawe było to, że nadałem na pociąg płytę z tym demo. Wtedy jeszcze internet nie funkcjonował tak jak teraz. Może dwie godziny po tym, jak płyta trafiła do Warszawy, dostałem telefon, że zostałem wybrany do tej pracy.

Uporządkujmy więc fakty - dostaje pan telefon i opis scenariusza, by wiedzieć, czego będzie dotyczył film. Czyta pan i od razu w głowie rodzą się nuty? Jak taki proces kompozycyjny przebiega?

- On jest troszeczkę bardziej skomplikowany, ponieważ film czy serial to jest jednak dzieło zbiorowe, w związku z czym to jest tak, że to się opiera na współpracy z ludźmi. W przypadku filmu jest to oczywiście w pierwszej kolejności reżyser, w przypadku scenariusza serialu jest to producent i ilustrator muzyczny. Jak już dowiedziałem się, że to mam robić, zaraz pojechałem na spotkanie z Michałem Kwiecińskim [producent "Czasu Honoru" - przyp. red.], potem miałem spotkanie z panią Małgorzatą Górzańską z Telewizji Polskiej i Anną Malarowską, która jest ilustratorem tego serialu i tak naprawdę jest główną postacią, jeśli chodzi o oprawę muzyczną.

- Chodzi o to, że ja tę muzykę przygotowuję. Potem Anna Malarowska to wszystko podkłada pod obraz. Ja tak naprawdę już w tym procesie nie uczestniczę. Natomiast na początku było tak, że miałem dwa odcinki do dyspozycji i właściwie zadanie było takie, żeby napisać do tych dwóch odcinków muzykę i potem rozwinąć te motywy z tych dwóch odcinków na takie niezależne sekwencje, które będą mogły być stosowane i podkładane już w całej reszcie serialu.

Skąd czerpał pan inspirację do napisania tej muzyki? To znaczy zobaczył pan te pierwsze dwa odcinki i od razu wyobraził sobie, jakie mają być kompozycje?

- To nie było bardzo trudne. Przede wszystkim wiadomo było, jaki klimat powinna mieć ta muzyka. Z drugiej strony było wiadomo, że musi troszeczkę być jakby utrzymana w harmonii z tamtych czasów, do tego stopnia, że ja nawet czasami pisałem jakiś motyw, po czym specjalnie starałem się postarzyć, nazwijmy to, harmonią, trochę cofnąć o jakieś może nie kilkadziesiąt, ale kilkanaście lat, żeby ta muzyka mogła przemawiać także dzisiaj, ale też trochę mogłaby być z tamtych czasów. Ustaliliśmy też, że instrumentarium do tej pierwszej serii, bo potem to się już zmienia, ewaluuje i dochodzą nowe instrumenty, coraz bardziej współczesne. W pierwszej serii było tak, że ustaliliśmy z producentem, że to ma być jednak klasyczny skład orkiestrowy i dość klasyczne w związku z tym brzmienie. Też była taka niesamowita historia, że tam było kilka bardzo mocnych scen w tych pierwszych dwóch odcinkach.

- Wielką inspiracją między innymi była scena egzekucji. Ja pamiętam do dziś spotkanie z Michałem Kwiecińskim, który w ogóle spotkał się ze mną i obdarzył mnie absolutnie maksymalnym zaufaniem. To znaczy nie naciskał na mnie w żadną stronę, pozwolił rozwinąć moje pomysły. Była taka jedna scena właśnie egzekucji, do której napisałem bardzo "szeroką" muzykę i Michał Kwieciński mnie wtedy zaprosił do siebie i mówi tak: "Popatrz na tę scenę, ty napisałeś to w takim amerykańskim stylu, szeroko, ale wiesz, to jest serial. To jest polski serial, może idź bardziej intymnie. Wybierz jedną z osób, które stoją w szeregu tych, które mają zostać rozstrzelane, pomyśl co czuje i dla tej jednej osoby napisz muzykę". I to też było fenomenalne, bo to właściwie była uwaga, która kształtowała później już całą muzykę do tego serialu. To znaczy myślenie losem, dramatem pojedynczych bohaterów i taką emocją, ona czasami jest duża oczywiście, ale właśnie to jest trochę tak, że taka zbiorowa emocja czasami nie oddaje tego, co dramat jednak osoby.

Muszę przyznać, że na mnie ten motyw egzekucji robi wrażenie, aż dreszcze przechodzą. Ja bardzo lubię ten film i kompozycje do niego, ale jest też coś takiego w tej muzyce, że ona nie jest taką prostą ilustracją. To jest chyba taki zamysł, że ta pana muzyka jest jednym z bohaterów.... Bohaterek raczej.

- Powiem tak, chociaż mogę się narazić niektórym postaciom z branży muzyki filmowej, że ja nie wierzę w to, że najlepsza muzyka filmowa to jest taka, której nie słychać. Nie. Najlepsza muzyka filmowa to jest taka, która jest bardzo dobrze wpasowana w obraz, ale funkcjonuje. Funkcjonuje dokładnie, jako jeden z elementów tego obrazu. Nie jest zupełnie nieznaczącym dodatkiem, jakimś takim kwiatem do kożucha, tylko faktycznie działa, funkcjonuje. Oczywiście trzeba to robić z dużą wrażliwością, z dużą delikatnością i też jest taka tendencja żeby coraz mniej emocjonalnie mówić muzyką. W serialach można trochę więcej, ponieważ w ogóle ten przekaz telewizyjny musi być troszeczkę mocniejszy, bo ludzie dzisiaj nie są tak skupieni jak kiedyś. Włączają telewizor, robią różne rzeczy.

RMF FM

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje