Reklama

Artur Żmijewski: Dobro wraca

Rewelacyjny jako Sikora w nowym serialu TVN "Odwróceni. Ojcowie i córki" i niezmiennie jako ksiądz-detektyw w "Ojcu Mateuszu". Prywatnie jest skromnym człowiekiem, a największą nagrodą jest dla niego uznanie widzów. Woli pomagać innym, niż skupiać się na sobie.

Mój zawód to nie powód, żeby zachowywać się wyniośle - przekonuje Artur Żmijewski

Spotykamy się na planie "Ojca Mateusza" w Józefowie. Las wokół mnie urzekł. Pan lubi tu przyjeżdżać?

Reklama

Artur Żmijewski: - Sceneria faktycznie jest piękna, a jak wszystko się zazieleni, będzie jeszcze lepiej. Małą trudnością jest natomiast to, że czeka nas praca do 23:00, jeśli nie dłużej. Ale las, sosny i okolica rekompensują nam ten trud. Dobrze jest czasem pobyć z dala od miejskiego zgiełku. Zwłaszcza że zadanie mam dziś "utrudnione". Nie tylko gram, ale też reżyseruję dwie sceny.

Ksiądz-detektyw jest z nami od ponad 10 lat, ale ostatnio zagrał pan też w serialu kryminalnym "Odwróceni. Ojcowie i córki". Pan i Robert Więckiewicz przypominacie mi Ala Pacino i Roberta De Niro z "Gorączki".

- O, dziękuję, potraktuję te słowa jak komplement. Mamy z Robertem to szczęście, że działamy na siebie energetyzująco. Napędzamy się. A takiej relacji jak nasza dobrze robi umiejętnie podsycany konflikt. I tak się dzieje. Między byłym gangsterem Blachowskim i emerytowanym komisarzem Sikorą jest nieustanne falowanie.

Od pierwszego sezonu "Odwróconych" minęło 12 lat. Bez wahania przyjął pan propozycję wystąpienia w nowych odcinkach?

- Bardzo się z niej ucieszyłem. Dopiero później zaczęły mnie trawić obawy. Na szczęście okazało się, że ogień, który był między nami w 2007 roku, nie zgasł. Szybko roztlił się na nowo. Blacha bez przerwy wpada w tarapaty, a Sikora wyciąga go z opresji, ratując przy okazji własną skórę. W dodatku mamy tajemnicę, czyli to, co powinno być w dobrym kryminale.

Wróćmy jeszcze do "Ojca Mateusza". Aż boję się zapytać, czy nie znudził się panu i nie zamierza się pan z nim rozstać?

- Nigdy nie myślałem o takim scenariuszu. (śmiech) Lubię tę postać. Poza tym zżyłem się z ekipą. To wspaniali ludzie. A przejawy sympatii widzów są dla nas wprost bezcenne. Stanowią o sensie tego, co robimy.

Sprawia pan wrażenie serdecznego faceta, który nie gwiazdorzy. W show-biznesie to chyba rzadkość?

- Od stolarza czy ślusarza odróżnia mnie tylko to, że efekty wykonywanego przeze mnie zawodu oglądają miliony. Nie wydaje mi się, by był to powód, żeby zachowywać się wyniośle. Muszę spać, jeść i pracować jak inni. Zawsze chciałem być przede wszystkim normalnym człowiekiem. Zresztą zła opinia aktorów jest przesadzona. Większość z nas nie robi wokół siebie szumu. 

Zbliża się Wielkanoc. W taki czas chyba warto pomyśleć o dobrych uczynkach?

- A nie lepiej pamiętać o nich przez cały rok? Nie musi to przecież być nic wielkiego.

Jest pan Ambasadorem Dobrej Woli przy UNICEF i wspiera m.in. głodujące dzieci w Sudanie oraz uchodźców z Syrii. Jak oni żyją?

- Wielu naszych podopiecznych musi za dolara wyżywić rodzinę. Widziałem takie miejsca na świecie, gdzie cały dobytek to snopek słomy pod głowę i kawałek maty na klepisku w domu z gliny. Nawet sobie nie wyobrażamy, w jakich warunkach żyją ci ludzie, gdy my beztrosko wyrzucamy jedzenie do kosza. Ale oni nie proszą, byśmy ich  w czymkolwiek wyręczali.

W takim razie o co?

- Chcą mieć narzędzia, które pomogą im samodzielnie naprawiać ich własny świat. Takie jak m.in. edukacja. Dzięki wsparciu UNICEF kończą medycynę. A potem, zamiast zostać w kraju, w którym studiowali, jadą do rodzinnych wiosek, by leczyć tamtejsze dzieci. Robią to, bo do nich też ktoś kiedyś wyciągnął rękę. Dobro wraca.

Nie ogarnia państwa bezradność wobec bezmiaru nieszczęść?

- Nie uda nam się ocalić całego świata. Nie powstrzymuje nas to jednak od działania. Liczą się przecież drobne gesty. Mieszkańcy krajów słabo rozwiniętych mają takie same potrzeby i uczucia, jak my. A miarą naszego człowieczeństwa jest to, na ile potrafimy się z nimi solidaryzować. Dzieci umierają, bo nie mają antybiotyków, aspiryny czy szczepionek przeciwko polio. Bo od wielu dni nie dostały choćby miski ryżu. Im nie jest potrzebny najnowszy smartfon. Są szczęśliwe, gdy ktoś zainteresuje się ich losem i poda im pomocną dłoń.

Nam też przydałoby się odpocząć od telefonów, nie uważa pan?

- To prawda. Dzięki temu relacje międzyludzkie inaczej się układają. Można porozmawiać oko w oko, tak jak my w tej chwili. Szkoda, że życie jest tak obudowane gadżetami. Cały czas gdzieś biegniemy, ze wszystkim chcemy być na bieżąco. Efektem jest to, że w coraz młodszym wieku dopada nas zawał. Warto wziąć przykład z mieszkańców Afryki i zwolnić. Możemy się od nich bardzo dużo nauczyć.

Czekamy na premierę filmu "Klecha" o ks. Romanie Kotlarzu. Kogo pan w nim zagrał?

- Miałem wątpliwą przyjemność wcielić się w sekretarza partii. Towarzysz Stefan w konflikcie z księdzem (Mirosław Baka) zawsze na swój sposób przegrywa, ten bowiem umiejętnie gra mu na nosie. Spodobała mi się stylizacja na lata 70. Poza tym na planie po raz kolejny spotkałem się z Danusią Stenką, co zawsze sprawia mi wielką radość.

W "Nigdy w życiu" i "Kamieniach na szaniec" stworzyliście świetne duety. Kim są Stefan i Lucyna?

- Tak się składa, że dla odmiany parą. (śmiech) Danusia towarzyszy mi w moich partyjnych poczynaniach. Nie jesteśmy jednak ponurzy ani poważni. Zamysłem reżysera było prowadzenie nas w zabawny sposób.

Rozmawiał Maciej Misiorny

Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Artur Żmijewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje