Reklama

Anna Próchniak: Komu powierzyć sekret?

- Kiedy myślę o aktorstwie przypomina mi się takie zdanie: "Każdy mógłby być każdym". Wszystko zależy od otoczenia, w jakim się rodzimy lub funkcjonujemy. Kiedy patrzę na postać widzę nie tylko kogoś obcego, ale przede wszystkim siebie - postawioną w nienaturalnych okolicznościach - mówi Anna Próchniak, jedna z najzdolniejszych polskich aktorek młodego pokolenia. Zawsze kiedy staje przed kamerą lub na scenie daje z siebie wszystko. Dużo czyta, uważnie obserwuje świat i stara się pieczołowicie poznawać swoje postaci.

Anna Próchniak, fot. Radek Świątkowski

Urodziła się w Lublinie i skończyła Wydział Aktorski PWSFTviT w Łodzi. Dziś mieszka w Warszawie, którą poznała od podszewki podczas przygotowań do roli w "Mieście 44" Jana Komasy. W historii o warszawskim powstaniu zagrała Kamę - postać, która do ostatniej kropli krwi walczy o to, co kocha. Pod tym względem Anna Próchniak jest do niej podobna "Gdybym się nie odzywała i wyłącznie posłusznie wykonywała polecenia to by znaczyło, że już sobie odpuściłam. A sądzę, że wszystko, co jest związane ze sztuką, wiąże się też z (jakąś) walką" - mówi.

Reklama

Spotykamy się w kawiarni na Saskiej Kępie, Ania wspomina pracę z Janem Komasą, opowiada o pierwszych przygodach na scenie, ambicjach i nowych rolach.

Zanim na ekrany trafi film "Agnus Dei" Anne Fontaine i serial "Bodo", w sobotę, 19 września znów będzie ją można zobaczyć w "Mieście 44", tym razem na antenie Canal+. To telewizyjna premiera tej niezwykłej produkcji.

Anna Bielak: "Miasto 44" wraca na ekrany, a mnie echem w głowie odbijają się twoje słowa. Powiedziałaś, że postać Kamy, w którą wcieliłaś się w filmie Janka Komasy cię napiętnowała. Co miałaś na myśli?

Anna Próchniak: - Słowo, którego mogłam kiedyś użyć, brzmi dziś trochę pejoratywnie, ale moje uczucia względem tej postaci nigdy takie nie były. Kama po prostu bardzo mocno wdrukowała się w moją psychikę. Przygotowania do filmu trwały kilka lat, a projekt rozwijał się cały czas też we mnie. Chociaż długo nie wiedziałam, którą postać będę grała byłam pewna, że chcę pracować z Jankiem Komasą. To był okres intensywnej pracy, nawiązywania mocnych relacji z reżyserem i innymi aktorami. Chcieliśmy jak najgłębiej zanurzyć się w tworzonym przez nas świecie. Poznać bohaterów do szpiku kości. Kama najpierw była moją przeciwniczką. Rywalizowałam z nią. Mamy dużo wspólnego, ale i sporo nas różni.

Na jakim poziomie rozgrywała się ta rywalizacja? Walczyłaś z kimś do siebie podobnym, czy z bohaterką, którą trudno ci było zrozumieć?

- Jan Peszek kiedyś powiedział, że aktor zawsze musi bronić swojej postaci - niezależnie od tego, jaka by ona była i jak głupia mogła ci się wydawać w pierwszym momencie. W istocie nigdy taka nie jest i nie może być. Gdybym uznała, że coś jest niemądre, albo z czymś się nie zgadzam, nie byłabym w stanie zagrać.

Crispin Glover, który z Peszkiem zagrał w "Hiszpance“ twierdzi, że aktor musi wierzyć, że wszystko, co robi jego bohater, jest dobre.

- Tak, też tak uważam! Od każdej postaci możesz się też czegoś nauczyć, bo każda daje ci okazję, by zajrzeć w siebie i dowiedzieć się czegoś o sobie. Kiedy myślę o aktorstwie przypomina mi się takie zdanie: "Każdy mógłby być każdym.“ Wszystko zależy od otoczenia, w jakim się rodzimy lub funkcjonujemy. Kiedy patrzę na postać widzę nie tylko kogoś obcego, ale przede wszystkim siebie - postawioną w nienaturalnych okolicznościach. Trudno mi to wytłumaczyć, bo sama jeszcze do końca nie rozumiem tego mechanizmu. Grając Kamę miałam chyba problem z tym, że wydawało mi się, że ona ma dużo silniejszy charakter, niż ja. Później okazało się, że wcale tak nie jest, ale potrzebowałam czasu, żeby do tego dotrzeć.

Czujesz, że zmieniły cię postaci, które zagrałaś do tej pory? Oprócz roli w "Mieście 44" pojawiłaś się w "Bez wstydu“, kilku krótkich metrażach, dwóch serialach. Grywasz również w teatrze.

- Na pewno. Zawsze miałam duży problem z pewnością siebie, a każda z postaci, które grałam jakoś mnie ukształtowała. Nie umiem jednak wymienić konkretnych cech ani zmian, które we mnie zaszły. To byłoby za proste. Obserwuję siebie i mam nadzieję, że dzięki kolejnym rolom staję się po prostu lepszym człowiekiem. Ale co to znaczy? Chyba jeszcze nie wiem [śmiech].

W pewnym momencie poczułaś jednak pewność, że aktorstwo jest ważniejsze, niż taniec. Pierwszy raz na scenę wyszłaś jako baletnica.

- Byłam na scenie od ósmego roku życia i jedną ze swoich pierwszych ról zagrałam w "Dziadku do orzechów“. Ale później, bardziej od baletu zainteresowały mnie formy tańca współczesnego. Miałam jednak kilka kontuzji, jedną z poważniejszych było przeciążenie kolana. Przez jakiś czas nie mogłam wtedy trenować i czułam się z tym bardzo dziwnie. Zrozumiałam, że jeden niefortunny wypadek może mi złamać życie. Czy dałabym sobie z tym radę? Przestraszyłam się tej wizji. Poza tym kariera tancerki generalnie nie jest długa, a ja nie widziałam siebie w roli pedagoga. Miałam w końcu osiemnaście lat! [śmiech] Poczułam, że potrzebuję innej formy ekspresji.

Pochodzisz z Lublina. Ukształtowała cię tamtejsza scena teatralna?

-
W liceum byłam w klasie dziennikarsko - teatralnej. W ramach zajęć robiliśmy swoje spektakle i pracowaliśmy nad tekstami. Kilka osób z klasy planowało zdawać do szkoły teatralnej. Ja ukończyłam Łódzką Filmówkę, koleżanka Akademię Teatralną w Warszawie. W Lublinie odbywały się Konfrontacje Teatralne, które zawsze były dla mnie silnym przeżyciem, bo przyjeżdżały na nie zespoły teatralne z całego świata. Zainteresowałam się wtedy m.in. teatrem Tadeusza Kantora i zespołem DEREVO [jednym z najsłynniejszych europejskich teatrów awangardowych - przyp. red.]. Poza tym pochodzę z rodziny, w której dużo się czyta i ogląda. Mój tata jest profesorem akademickim, mama pedagogiem. Wszystko to ukształtowało mnie po trochu. Dorastałam na różnych scenach. Tańczenie i granie dawało upust mojej ambicji, która była i jest ogromna. Czasem mnie przeraża! [śmiech]. Wśród tancerek panuje ogromna rywalizacja. Wszystko, co Darren Aronofsky pokazał w "Czarnym łabędziu“ to prawda.  Myślę, że gdybym nie tańczyła lub nie grała mogłabym być okropnym człowiekiem, bo przelewałabym swoje wielkie ambicje na codzienne życie. Sztuka to oczywiście nie terapia, ale dzięki niej mogę dawać upust swojej ciemnej stronie [śmiech].

O "Czarnym łabędziu“ wspominałaś też w kontekście przygotowań do roli w "Mieście 44“. Jak daleko odchodzisz od scenariuszy filmowych w poszukiwaniu inspiracji do kreowania swoich postaci?

- Scenariusz jest bardzo ważny. Mój dziekan Bronisław Wrocławski powtarzał, że trzeba go przy sobie nosić i bez przerwy czytać, bo zawsze można znaleźć w tekście coś nowego. Ważne jest też ulokowanie postaci w okolicznościach historycznych. Chcę wiedzieć, jak ludzie w danej epoce się zachowywali, co jedli na śniadanie, jakiej muzyki słuchali, gdzie chodzili na spacery. Znajomość życia codziennego daje dużą wolność, bo kiedy staje się przed kamerą nie trzeba grać. Wiesz, gdzie jesteś, wiesz kim jesteś. Poza tym szukam inspiracji wszędzie. Czasem zainspiruje mnie jakieś zdjęcie, czasem jakaś osoba spotkana na ulicy, melodia lub sytuacja. Staram się to wszystko zapamiętywać. Kiedyś pisałam pamiętniki postaci, dziś kolekcjonuję zdjęcia. Sądzę, że kiedy poszukiwania są tak szeroko zakrojone i nie ograniczają się do jednej epoki, postać nabiera ponadczasowego wymiaru; staje się żywym człowiekiem.

Często pojawiasz się w filmach historycznych. Po "Mieście 44" zagrałaś w "Agnus Dei" Anne Fontaine. Akcja tego filmu rozgrywa się tuż po wojnie. Łatwo ci się odnaleźć w kostiumie z epoki?

- Jan Komasa, reżyser "Miasta 44", szukał osób o podobnej jemu wrażliwości. Na castingach sprawdzał, czy potrafimy wchodzić w skrajne stany emocjonalne, a potem z nich wychodzić i czy nie robimy sobie krzywdy tylko po to, by dostać rolę. Myślę, że kostium nigdy nie gra głównej roli. Mnie skłania on tylko do tego, by zastanowić się nad historią, kulturą, polityką i społecznymi relacjami w danej epoce. Kiedy grasz w filmie osadzonym we współczesności wydaje ci się, że wszystko wiesz i niczego nie musisz się dowiadywać. A to oczywiście nieprawda.

Chciałabym wiedzieć więcej na temat tego, kim jest Luna z Łodzi. To bohaterka świetnego filmu krótkometrażowego Filipa Gieldona, w którym zagrałaś główną rolę.

- Nigdy nie grałam w filmie, który byłby oparty wyłącznie na mojej postaci, więc to było bardzo ciekawe wyzwanie. Luna przyjeżdża do Łodzi, gdzie zaczyna się angażować w nielegalne bójki uliczne. W ten sposób zarabia na życie. Imprezuje, bierze narkotyki, pije, ma dziewczynę, ma chłopaka. Walczy ze sobą i całym światem. Ale ten jej sposób na życie, to tak naprawdę rozciągnięte w czasie samobójstwo. Plan był ciężki. Brałam udział w kaskaderskich scenach. Ale bardzo polubiłam tę postać za to, że jest tak silna i delikatna zarazem. Fascynują mnie sprzeczności. Nic nie jest czarne albo białe, psychika ludzka jest nakreślona odcieniami szarości. Człowiek na tę samą sytuację raz może zareagować śmiechem raz płaczem.

Ty też na co dzień walczysz - z reżyserami na planie - o swoje idee.

- [śmiech] W szkole straszliwie się sprzeczałam z Krzysztofem Czeczotem. Pracowaliśmy wspólnie nad adaptacją sztuki Davida Mameta "Oleanna“. Myślałam, że Krzysztof znienawidzi mnie za nasze kłótnie, ale minęły dwa lata i zaprosił mnie na casting do teatru telewizji ["Miss HIV“ - przyp. red.]. Zaufał mi i obsadził w roli osiemnastolatki, choć miałam wtedy dwadzieścia pięć lat. Wtedy zrozumiałam, że on lubił to, że walczę o swoje. Rozumiał, że w ten sposób pokazuję, że bardzo mi zależy. Gdybym się nie odzywała i wyłącznie posłusznie wykonywała polecenia to by znaczyło, że już sobie odpuściłam. A sądzę, że wszystko, co jest związane ze sztuką, wiąże się też z jakąś walką. Do niedawna miałam też problemy z nagością. Dziś jest ich mniej, ale w dalszym ciągu uważam, że ciało bardziej należy do mnie, niż do postaci.

Zdarza ci się odmawiać przyjmowania ról?

- Tak. Zdarzyło mi się odrzucić nawet główną rolę. Scenariusz był bardzo dobry, wręcz świetny ale nie byłam w stanie zaufać reżyserom. To był trudny materiał, a ja - znając siebie samą i swój styl pracy poczułam, że nie będę miała wsparcia. Wszystko bazuje na zaufaniu. Relacja aktorki z reżyserem jest bardzo silna i intymna. Choć reżyser jest obcym człowiekiem już w momencie spotkania z nim czegoś się o nim dowiadujesz. Czujesz, czy możesz z nim porozmawiać i czy chciałabyś go wysłuchiwać przez kilka godzin dziennie; czy jest między wami jakiegoś rodzaju chemia. Wiesz, czy możesz mu powierzyć swój sekret.

A seriali się nie boisz?

- Bardzo się boję i generalnie ich nie lubię. Uważam, że mogą otępiać. Zagrałam jednak w serialu "Krew z krwi“ i bardzo dobrze to wspominam. Miałam małą rolę, ale wspaniałych ekranowych partnerów - grałam m.in. z Agatą Kuleszą, Jackiem Poniedziałkiem i Piotrem Głowackim. Bardzo się cieszę, że poznałam Kasię Adamik i po raz kolejny pracowałam z Jankiem Komasą. Teraz gram w serialu o Eugeniuszu Bodo i to również bardzo ciekawe wyzwanie. Kolejny raz gram w kostiumie, ale postać jest zupełnie inna, niż te, w które wcielałam się do tej pory. Zwykle nie miałam makijażu, a on też jest elementem postaci i trzeba się nauczyć nim grać. [Nora Ney] przechodzi też gruntowną przemianę. Z młodej dziewczyny, garderobianej, zamienia się w gwiazdę - femme fatale tamtych czasów, Nora Ney to taka pierwsza polska celebrytka.

I w końcu postać, która nie przeżywa traumy!

- Tak! [śmiech] Choć ja bardzo lubię emocje. Starsi aktorzy się trochę ze mnie śmieją i powtarzają, że to widz ma przeżywać, a nie ja. Ale ja chcę przeżywać! Lubię czuć życie.

Rozmawiała: Anna Bielak

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Anna Próchniak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje