Reklama

Anna Polony: Wyraziste rysy, ekspresyjna mimika

Krakowianka. Legenda polskiego teatru, znakomita aktorka o bardzo charakterystycznej urodzie. Z każdej, nawet najmniejszej roli, potrafi zrobić perełkę. Anna Polony nie tylko gra, lecz także uczy innych, jak to robić. Ma opinię wymagającego, ale świetnego pedagoga.

Anna Polony

Proszę mi wybaczyć to porównanie, ale można pokusić się o stwierdzenie, że jest pani dzieckiem wojny.

Anna Polony:  - Nie mam powodu się obrażać, bo to jest prawda. Zostałam poczęta przez ludzi tamtej epoki i przez to jestem rozdarta wewnętrznie między teraźniejszością a tradycją. Genetycznie jestem człowiekiem przedwojennym, czasem żałuję, że nie urodziłam się w XIX wieku. Uwielbiam tamtą kulturę, sztukę, filozofię, no ale wychowywałam się już po wojnie. Aczkolwiek doskonale pamiętam jej ostatnie lata. Okropny to był czas. Moje dzieciństwo było biedne i przepełnione strachem. Napięcie wśród ludzi dorosłych udzielało się dzieciom. Pamiętam bombardowania przez aliantów miejsc, w których Niemcy mieli swoje koszary, a więc i składy amunicji. W sąsiedztwie jednego z takich miejsc mieszkaliśmy. Chwila nieuwagi i byłby ze mną święty spokój.

Dlaczego pani tak mówi?

- Między mną a moim rodzeństwem była duża różnica wieku. Wręcz pokoleniowa. Miałam dwie siostry i dwóch braci. Byłam tym piątym kołem u wozu i raczej niemiłą niespodzianką dla mamy, ponieważ ojciec zmarł przed moim urodzeniem. W efekcie powstały plotki, ale szybko ucięło je moje niesłychane podobieństwo do ojca. Natomiast geny długowieczności odziedziczyłam chyba po mamie, która dożyła prawie stu lat.

Czy wybór szkoły teatralnej miał być kontrą dla dzieciństwa, sposobem na ubarwienie sobie życia?

Reklama

- Być może podświadomie było i tak, ale nie doszukiwałabym się w tym głównej przyczyny. Mama bardzo kochała teatr. Przyjaźniła się z suflerką z Teatru Słowackiego, która załatwiała naszej rodzinie bilety. Uczestniczyłam w tych wizytach od wczesnej młodości. Starsza siostra chciała pójść w aktory, ale wybuch wojny zniweczył jej plany. Później wyszła za mąż i już nie było szans na ich spełnienie. Dlatego to swoje pragnienie przelała na mnie. Od maleńkości uczyła mnie wierszyków i śpiewu. Kiedy poszłam do szkoły w wieku sześciu lat, nauczycielka już w I klasie zaproponowała mi wystąpienie na uroczystości z okazji mikołajek, która odbyła się w sali teatralnej. Ten mój pierwszy występ okazał się sukcesem. I stało się, połknęłam bakcyla. Później zaraziłam tą miłością siostrzeńca, który również ukończył szkołę teatralną. Początkowo grywał na scenach krakowskich, później przeniósł się do Warszawy. Po latach powrócił do Krakowa, żeby opiekować się ciężko chorymi rodzicami. Tylko sporadycznie występował w teatrze, ale zaczął wykładać w szkole teatralnej. Dzisiaj, tak jak ja, jest na emeryturze. Los umożliwił nam artystyczne spotkanie na scenie teatralnej, w telewizji, filmie, nawet w radiu.

Zdradzi pani, o kim mowa?


- Oczywiście, żadna to tajemnica. Chodzi o Andrzeja Mrowca, z którym się wychowałam, bo jest ode mnie młodszy pięć lat.

Wyznała pani kiedyś, że nie lubi swej powierzchowności.

- Zawsze chciałam być jak moja siostra: dziewczyną śliczną, o niezwykle delikatnej urodzie.

Dlaczego więc wzbraniała się pani przed rolami charakterystycznymi?

- Ależ na początku drogi zawodowej grałam tylko takie. Często obsadzano mnie w rolach pokojówek czy służących. W końcu zbuntowałam się, ponieważ zawsze czułam pociąg do dramatu. Wiedziałam, że stać mnie na więcej niż tylko bawienie publiczności. Chociaż to także jest potrzebne. Byłam przecież dzieckiem wojny i doskonale wiedziałam, co to strach, ból, poczucie sieroctwa. Wychowana w wierze katolickiej, zawsze zadawałam sobie pytanie, dlaczego Bóg, który jest tak dobry, pozwala na te wszystkie cierpienia i ludzkie tragedie. Kiedy zostałam aktorką, zapragnęłam pytać o takie rzeczy ze sceny. W tamtych czasach tylko z niej można było mówić o tym, jaki świat jest niesprawiedliwy, a ludzie wobec siebie podli. Taką możliwość stworzył mi mój mistrz Konrad Swinarski, obsadzając mnie w wielkim dramatycznym repertuarze.

Pokochała pani Swinarskiego, prawda?

- No pewnie. Zresztą któż go nie kochał.

Wróćmy do wspomnianych wcześniej ról charakterystycznych. Na szczęście po latach Andrzej Wajda namówił Panią na Dulską w serialu "Z biegiem lat, z biegiem dni", który zresztą był przeniesieniem na ekran spektaklu-rzeki ze Starego Teatru w Krakowie.

- Co chwilę ktoś mi tę Anielkę przypomina. Nie dziwię się, bo pokolenia, które pamięta moje wielkie dramatyczne role, praktycznie już nie ma. Albo jest tak stare, jak ja (śmiech). Dlatego proszę mnie zrozumieć, że po tylu wspaniałych zadaniach ciężko było mi wejść w tę Dulską. Poza tym wydawało mi się, że wtedy byłam za młoda do tej roli.

Przecież powinnością aktora jest grać wbrew warunkom zewnętrznym. To chyba jest ciekawsze?

- Wewnętrzne warunki mówiły mi coś innego. Ale dałam się w końcu namówić mistrzowi Wajdzie. Nie mogę narzekać, bo nawet po śmierci Konrada, która była dla mnie olbrzymim ciosem, zagrałam mnóstwo wspaniałych ról. Zaczęłam też reżyserować.

Mało kto wie, że była pani pierwszą żoną nieżyjącego już Marka Walczewskiego.

- Bo myśmy krótko byli małżeństwem. Zaledwie trzynaście lat.

To krótko?

- W porównaniu z jego drugim związkiem, tak. Nie układało się nam. Niepotrzebnie konkurowaliśmy. No i mieszkaliśmy z moją mamą. Życie, które prowadził Marek, kompletnie mi nie odpowiadało. Może byłam za bardzo zazdrosna. Więc kiedy odszedł do Warszawy, nasze drogi się rozeszły. A po paru latach uświadomiłam sobie, jakie to szczęście, że nie usiłowaliśmy ratować tego związku.

Czy po tym doświadczeniu znienawidziła pani mężczyzn?

- Nieee! Aczkolwiek zdarza mi się zadzierać z chłopakami. Jestem apodyktyczna, czasami wręcz despotyczna. Mężczyźni tego nie lubią i dlatego często popadamy w konflikty. Ale podobają mi się do dzisiaj. Chociaż teraz patrzę na nich już tylko okiem pedagoga i reżysera.

Podobno w szkole teatralnej miała pani ciekawą ksywę.

- Mówiono o mnie smoczyca, tę ksywkę wymyśliła moja ówczesna studentka Sonia Bohosiewicz. Owszem, bywałam wręcz niedobra dla studentów, ale to dla ich dobra. Krzyczałam, złościłam się, rzucałam czym popadnie. Jeśli ktoś nie spełniał zadań, wpadałam szał i waliłam jak smoczyca ogonem. Ale każdy ich sukces wprawiał mnie w zachwyt. Okazywałam im ten zachwyt i miłość. Empatia jest moją koszulą.

Mówiła pani, że kamera pani nie kocha i z wzajemnością. Ale często się pani przed nią pojawiała.

- Mam wyraziste rysy i ekspresyjną mimikę. To dobre na scenie. Natomiast kamera przy nadmiernej ekspresji deformuje twarz kobiety. Przed nią zawsze muszę pamiętać, co wyprawiam z twarzą. To mnie krępuje. Ale zdarzyło mi się, że dzięki operatorom i reżyserom zaistniałam na ekranie tak dobrze, że sama siebie nie poznałam.

Marcin Kalita

Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Anna Polony

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje